niedziela, 29 marca 2015

And Everyone's Competing For A Love They Won't Receive


Jednak ostatnie dwudziestolecie nie oznacza już wcale ostrej jazdy bez trzymanki i niezwykłej świeżości o poranku, kiedy to dzień wcześniej (WRÓĆ. Kilka godzin wcześniej) głowę do poduszki przytuliło się o godzinie czwartej nad ranem. To już nie ten czas kiedy po dwustu minutach snu jesteś rześki i gotowy do biegania boso po trawie i zbierania kropli rosy odbijających światło wiosennego słońca.

Nie.

To czas kiedy po przebudzeniu transformujesz się w pościelowego, neurotycznego walenia, który zgłębia czeluście własnej kołdry by uchronić swoje jestestwo przed światem i tymi okropnymi ostrymi promieniami, bezczelnie świdrującymi oczy nawet wtedy kiedy są zamknięte. To czas w którym godzina trzynasta uznawana jest za nieludzko wczesną porę na wstawanie, a skonstruowanie jednego, logicznego zdania graniczy z bólem fizycznym, bo mózg zmienił się w balonową gumę i przez uszy robi wielkie i głośne przy pękaniu balony.

Wszystko jednak odchodzi w zapomnienie gdy przypominasz sobie, że wczorajszy wieczór spędziłaś w gronie swoich najbliższych i najbardziej ulubionych ludzi. Gdy już wiesz, że szczęka boli Cię od niekontrolowanych wybuchów śmiechu i, że wczoraj, założony naprędce, Ruch Feministyczny 'Macica' pokonał w Kalambury Szowinistyczny Ruch 'Jajowód'. Nie było jednak łatwo, chłopaki naprawdę starali się dorównać nam fantastycznością. Doliczmy jeszcze do tego przepyszne jedzenie i nagle okazuje się, że nasze cierpienie jest znośnym, zwykłym efektem ubocznym kosmicznej zabawy.

Wal się bólu głowy - niczego nie żałuję!




zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________


sukienka - Zara; torebka - Paulina Schaedel; trampki - Converse




niedziela, 22 marca 2015

Pure Sweet Violent Hearts, Believes The Signs We See In The Cards


Nie wiem jak u Was (ale chętnie się dowiem), ale u mnie ostatni tydzień był pięknem, dobrem i fantastycznością. Rozpoczęłam rowerowy sezon (w końcu), Krowiszcze dostało w prezencie nową dętkę i opony dzięki czemu wygląda jak nowa, wprost z rowerowego salonu i aż prosi się o kręcenie milionów kilometrów. W przyszłym miesiącu dostanie jeszcze nowe pedały i w ogóle znowu będzie krakowską gwiazdą. 
Poranne przymrozki nie zniechęcają, a wiatr we włosach dodaje plus milion do poczucia dobrze rozpoczętego dnia. Sądząc po tym jak Pan Bąbelski obskakuje Velociraptora po moim powrocie do domu, też nie może się doczekać dwukołowych wycieczek. 

Rowerowa pańcia, rowerowy pies. 

Pierwszy dzień wiosny przywitaliśmy z kolei długodystansowymi spacerami o zachodzie słońca, wypełnionymi ulubionymi, postapokaliptycznymi widokami i zapachem ulubionej pory roku. Złocista kula tak słodko ocieplała nam twarze, całowała w nosy niczym najlepsza koleżanka po długiej nieobecności, aż miałam ochotę wyskoczyć z siebie i krzyczeć jak jest dobrze, jak jest fajnie.
Całość uświetnił koncert Fisza na którym to skakaliśmy i śpiewaliśmy ile tylko starczyło nam sił w płucach. Zaliczyliśmy też prawie bieg na nocny autobus i z roześmianymi mordami w środku nocy dopadliśmy łóżka. 

Pisząc Wam teraz to wszystko czuję jak nogi wołają o pomstę do nieba, a stopy urządzają włoski strajk. Ale to nic, dla nas to 'szalone' wyjście było pierwszym od prawie roku. Bo dziecko już duże, bo nie strach zostawić go wieczorem samego, bo wszystko tak pięknie się układa.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter/sukienka - River Island; spodnie - Pull&Bear; trampki - Converse; torebka - Paulina Schaedel



niedziela, 15 marca 2015

You Say You Don't Know You Were Gonna Break My Heart On The Winter Night


Raz na jakiś czas, lubię takie weekendy kiedy nic nie muszę. Takie podczas których nie mam na głowie setek odłożonych spraw, rzeczy do zrobienia bo w tygodniu nie miałam na nie czasu, takich kiedy nie muszę zrywać się bladym świtem z łóżka (nie licząc spacerowej pobudki Szanownego Pana Psa, który swoją toaletę musi (nawet wtedy kiedy nie musi) załatwić o godzinie piątej czterdzieści) bo tyle planów w głowie, tyle światów do zdobycia. 

W taki weekend dom jest naszą enklawą, naszą tajną bazą położoną daleko od ludzkości wszelakiej. Pachnie w nim od rana babeczkami i świeżo parzoną kawą. W wazonach swoje wdzięki prezentują goździki i tulipany, bo nic tak dobrze nie poprawia samopoczucia o deszczowym poranku jak świeże kwiaty. 

I filmy! Filmy, seriale, książki all day long.

Oglądane w piżamie, z całą rodziną taplająca się w morzu poduszek i innych pościelowych atrybutów. Przerywane od czasu do czasu przeciągłym bąblowym podchrapywaniem. W takie dni nawet wizja śniadania w Forum czy Tekturze nie jest w stanie wyciągnąć mnie z czterech kątów. Bo tak w ogóle ja bardzo lubię nasze mieszkanie. Lubię jego zapach i to, że działa na mnie jak bezpieczna przystań do której uwielbiam wracać po każdych ośmiu godzinach spędzonych w pracy. A gdy jeszcze trafi się weekend właśnie taki jak teraz, gdzie ciepłu domowych pieleszy akompaniują krople deszczu stukające o parapet, to możecie mi wierzyć, jestem jednym z najbardziej uśmiechniętych człowieków na świecie.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________


sweter - Pull&Bear; spodnie - House; płaszcz i szalik - H&M; buty - Adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel