niedziela, 19 kwietnia 2015

All My Life I've Stepped To The Rhythm Of The Drums Inside My Head


Mniej więcej od piętnastu minut gapię się w kursor i zastanawiam o czym Wam by tu dziś napisać. Zupełnie mi nie idzie. Pustka w głowie, żadnego zgrabnego zdania, porównania, metafory. Cisza jak makiem zasiał, gdzieś w oddali przewijają się obrazy ze słodkimi zwierzątkami. W celu poszczucia weny zdążyłam już zrobić sobie herbatę, pobawić się z psem i podjeść trochę słodyczy (zły lemon, niedobry lemon. Za dużo pozwalam sobie podczas tego weekendu). Nope. Still nothing.

Tydzień miałam dość roboczo stresujący. Dużo pracy, dużo zaskoczeń i do tego musiałam podszkolić się z macedońskiego (nie pytajcie), ale za to skończył się o jeden dzień szybciej. Niestety nie dane mi było porozkoszować się nadprogramowym wolnym piątkiem, bo ten wypełniony był sprawunkami aż po same godziny wieczorne (spędzone w doborowym dentystycznym towarzystwie mojej ukochanej Pani Stomatolog wśród wierteł, sysaków i innych narzędzi oralnej tortury. Do tego wszelkim atakom na moją paszczę poddałam się bez bicia i znieczulenia. Taki ze mnie kozak).

Ale to nic.

Najważniejszą częścią dnia było udanie się (w końcu) do Urzędu Stanu Cywilnego by jakoś się na ten nasz ślub z Panem Urzędnikiem umówić. I absolutnie bym o tym tutaj nie wspominała, bo to w zasadzie żadne wielkie wydarzenie, ale w momencie wejścia do gabinetu Pana Kierownika oczom mym ukazał się siedzący za biurkiem brat bliźniak jednego z założycieli Latającego Cyrku Monty Pythona - John Cleese. I absolutnie nie śmieję się z tego, nie nabijam i nie szydzę, Ja po prostu już słyszę w głowie podczas wymawiania sakramentalnego 'TAK' słowa: "Always look at the bright sight of life...tudum, tudum, tudum, tudum...". 

Sami widzicie, w naszym wykonaniu nawet taka uroczystość nie będzie mogła być poważna. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

zamszowa kurtka, sweter - second hand; spodnie - Cubus; buty - Bershka; torebka - Paulina Schaedel



niedziela, 12 kwietnia 2015

I'd Live In A Hologram With You


Cały dom jeszcze śpi.
Słyszę równomierny oddech leżących obok siebie chłopaków. 
Od czasu do czasu Bąbel wychyli nos spod kołdry i powarkując da znać szczekającemu za oknem koledze, że on jeszcze nie wyjdzie, bo za dobrze przytula mu się do swojego Pana. Wcale mu się nie dziwię. Uspokoję go porozumiewawczym spojrzeniem, żeby nie pozwalał sobie na zbyt głośne dialogi. Przecież jest dopiero ósma rano, a poranek niedzielny jest taki słodki. 

Jeszcze tylko kilka minut...

Rozkoszuję się wpadającym przez otwarte okno wiatrem, wprawiającym zasłony w delikatne kołysanie i budzącym mnie rześkim pocałunkiem w pucki. 
Ponownie otwieram oczy.
Słońce maluje liściaste cienie na ścianach.

Jeszcze tylko kilka minut...

Ptasi koncert za oknem. Żaden niepowołany dźwięk nie przeszkadza skrzydlatym muzykom. W głowie mam znowu ledwie kilkanaście lat i leżę na trawie przyglądając się płynącym po niebie chmurom. 
Powietrze pachnie. 
Ten sam zapach dziś, tak samo jak wtedy, budzi mnie z zimowego odrętwienia. 

Jeszcze tylko kilka minut...

Za chwilę zostanie popełniona niewyobrażalna zbrodnia i zostanę eksmitowana z pieleszowych miękkości by w kuchni, pod czujnym okiem Mikropieseła, przygotować niedzielne śniadanie. W naszym domu to ja jestem ekspertem od tego najważniejszego w ciągu dnia posiłku. Jego przygotowanie do nasza świętość i tej świętości w niedzielny poranek sam Papież nie ma prawa nam odebrać. Założę się, że nikt tak nie uwielbia celebrować przepysznych, porannych degustacji jak my...

...ale zanim to się stanie i zanim zostaną mi dostarczone świeże bułki minie jeszcze kilka minut.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Asos; kamizelka - Cubus; buty - Adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel










niedziela, 5 kwietnia 2015

Under Friendly Fire


Tegoroczna Wielkanoc upływa nam na przemian na długich spacerach i grzaniu zmarzniętych nosów w kocach. Parafrazując powiedzenie: 'Czasem słońce, czasem śnieg', dokładnie możemy opisać to, co dzieje się za naszym oknem w górach. Szczawnica przywitała nas białymi stokami i oszronionymi drzewami. Słońce jednak nie daje za wygraną i co jakiś czas, grożąc palcem nie dającej się ciągle zimie, przegania ciemne chmury, a nas zmusza do wystawienia pucków w swoje objęcia. Kończy się to wszystko potem wielką ucieczką przed śnieżną burzą, ale cóż...nikt nie mówił, że 'Gra o Tron' w wydaniu matki natury będzie choć odrobinę bardziej subtelna.

W każdym razie, niczym specjalni, wiosenni agenci, zakamuflowani w dresy, szaliki i zimowe płaszcze, pod osłoną czapki z pomponem, udaliśmy się na poszukiwania pierwszych kęp zielonej trawy, pierwiosnków i pąków na drzewach. Nie straszne nam błotniste potoki, czy dymający w oczy wiatr, gdy całej eskapadzie Poszukiwaczy Zaginionej Arki Wiosny towarzyszy śpiew nie zrażających się pogodą ptaków oraz myśl, że już za chwilę całą naszą nieustraszoną trójką będziemy grzać się w cieple trzaskających w kominku drewienek. Do tego na rozgrzanie jajka z chrzanem i smyranie Bąbla po brzuchu. Nic tylko świętować.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz - House; bluza - Bershka men; czapka - Asia mi zrobiła; plecak - kupiony na Targach Dizajnu i strasznie wstyd bo nie pamiętam u kogo:<; jeansy - H&M; buty - Adidas Cadet



P.S. Wybaczcie mi proszę różnicę w rozmiarach zdjęć, ale zostałam pokonana przez szczawniczańską technologię. Jutro Wszystko poprawię:>