niedziela, 23 listopada 2014

Candy Hearts And Chocolate Dreams


Nie ma sensu się po raz kolejny tłumaczyć, więc udawajmy, że wcale mnie tu ostatni raz nie było kilka miesięcy temu, a ostatni wpis był w zeszłą niedzielę. Tak. Tak będzie najlepiej.

Po wakacjach - gdańskich i norweskich, zorganizowaniu weekendowego remontu (tak jest! Jesteśmy jak ta hamerykańska ekipa od stawiania domu w tydzień. Za cholerę nie mogę sobie teraz przypomnieć nazwy programu, ale jak chcecie mieć odpicowany pokój w dwa dni to za dobre ciasto możecie nas wynająć), wróciliśmy do naszej błogiej codzienności. Błogość o smaku malinowej herbaty i czekolady Milki, niezmącona nawet donośnym szczekaniem głównego osiedlowego monitoringu sięgającego 30 cm nad ziemię. 

Bo wiecie, osiedlowy monitoring nie odpuści przywitania się z każdym swoim kolegą. Nieważne czy jest to samo południe, czy siódma rano w niedzielny, mglisty poranek. Kumpel zaszczeka pod balkonem - Bąbel już stoi na baczność na swoich czterech łapach i umawia się na wieczór. Bo jeszcze nie wiecie, ale Mikropieseł stał się gwiazdą osiedla. 
Zna wszystkich. 
A co za tym idzie, ja znam wszystkich właścicieli psów. 
Oczywiście, że znam ich z imienia! 
Z imienia psa. 

Jest więc sympatyczny Pan od yorka Mieczysława, jest starsza Pani od Berty. Jest emerytowany Pan (chyba) profesor od Zuzi (niech Was nie zmyli imię, Zuzia to dostojny Pan Pies, ale to dłuższa historia i na pewno Wam ją wkrótce opowiem), jest też Maja, Zula, Ezo, Rufus, Meggi, Ugly, Edward, Luna, Aramis, Cezary, Bąbel 1, Bąbel 2, Bąbel 4...i mogę tak bez końca bo moje osiedle jest zdominowane przez mocną ekipę miłośników machających ogonów. Dzięki temu spacer główny trwa od godziny wzwyż, a ja zawsze spotkam kogoś kogo mogę do nieprzytomności zagadać (nawet nie wiecie jak Paweł jest tym biednym duszom za to wdzięczny).

Największa psia tragedia jest oczywiście wtedy, gdy dopadnie nas pech i na naszej drodze nie stanie żaden nie tylko przyjaciel, ale jakikolwiek nowy potencjalny kolega (bo Bąbel uwielbia też zawierać nowe znajomości). Wtedy ze smutkiem wraca do domu, bierze w pysk swoją ulubioną piłkę i nie da nam spokoju do tego momentu, dopóki nie spełnimy się w roli czworonożnych substytutów (czyt. Panie, weź Pan rzuć tę piłkę, ja po nią pobiegnę, a Ty rzucisz ją jeszcze raz). I tak w kółko. Dlatego doceniam jeszcze bardziej chwile, kiedy wymęczona ruda pierdoła przyjmuje pozycję rogalika na moich kolanach i wspaniałomyślnie pozwala zostawić tu kilka literek. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Zara; skarpetki - z Lidla


Na samym końcu chciałabym Wam podziękować za wszystkie wiadomości i komentarze, które do mnie słaliście przez czas mojej nieobecności. Wzruszyliście mnie i doprowadziliście do śmiechu niezliczoną ilość razy i nawet nie wiecie jak bardzo karcę się w duszy za zostawienie tu takiej pustki. Jednakże im dłużej nie pisałam, tym trudniej było mi zacząć klikać znowu. Właściwie nawet nie wiem czy jeszcze ktoś tu postanowi zajrzeć, ale jeśli tak, to niech wie, że bardzo szeroko się do niego szczerze i dziękuję, że jest i czyta. A ja mam nadzieję, że się rozkręcę i częściej będę Was nawiedzać. Cmok!

czwartek, 10 lipca 2014

But When I See You - Everyone Else Just Fades Away...And When I’m Near You - You Fill My Hollow Heart Again


Przyjechały do mnie trzy gwiazdy. Powaliły blaskiem, urodą i długością nóg. Nasze małe cztery kąty zamieniły w salon kosmetyczny, showroom i wybieg z paryskiego tygodnia mody. Zazdrością i jadem plułyśmy sobie w twarze bo jak można mieć tak zgrabną talię, oczy takie ogromne i pośladki tak jędrne. O mały włos nie doszło do rękoczynów, bo przecież nie możesz w tym wyjść i wyglądać lepiej od reszty.

Brokat, staniki i tusz do rzęs.
Whisky i lamy.

Tak bardzo babski weekend. I nawet ja czułam się mniej ziemniakowato, kiedy to oczy i pucki zostały maźnięte kolorowymi precjozami czyniąc moją twarz trochę bardziej wyjściową.

I gdy rano, nieprzytomna zagryzałam kanapkę, która po średnio przespanej nocy smakowała tak wybornie, wsłuchiwałam się w szczebiot rajskiego ptactwa prowadzącego burzliwe dyskusje na mojej kanapie...obserwowałam i uśmiechałam się w środku bo mimo, że każda jest tak bardzo różna, charakteryzująca się zupełnie czymś innym i do tego pochodzi z różnych części Polski (i Świata) to jednak siedzimy tu razem, zmęczone po szalonym, pełnym wrażeń weekendzie, szczęśliwe i niechcące się jeszcze rozstawać.

What happens in Kraków, stays in Kraków. Miłość laski!


zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter - Zara; sukienka - H&M; buty - Stradivarius; plecak - Not A Virgin Shop


#prawiejaksekswwielkimmiescie

KiziakVenFerreira, Daria, Tattwa i wielka nieobecna na zdjęciu, ale za to niezwykle cierpliwa Asia












wtorek, 10 czerwca 2014

I Remember Good Old Times, The Starships In Your Eyes, Now We're Just Getting Drunk And Die


Chyba zbędne będzie kolejne kajanie się nad brakiem wpisów, ale cóż ja mogę począć kiedy życie rodzinne i 'pracowe' pochłania mnie od kilku miesięcy w prawie 90%. Myślę o Was jednak cały czas czule i nawet robię co chwilę zdjęcia, jednak jak się potem okazuje Mikropieseł wychodzi na nich lepiej niż ja i kradnie cały blogowy performens.

Jak żyć z takim ciężarem blogspocie, jak żyć?

Jednakże od dziś celebruję swój prawie miesięczny urlop, upijam się truskawkowym koktajlem z lodami śmietankowymi, robię trzecie pranie i myślę co mam wpakować w walizkę na moją niedługa podróż. Do tego wiszę na stronie Ikei, Obi i innych Castoram bo zaraz po powrocie z dalekiej północy (tak, w tym roku Gdańsk nawiedzimy kilka miesięcy później. Za kilka dni będę Queen in the North. A dokładniej panią Oslo. Iha!) zaczynamy mały remont, którego wprost nie mogę doczekać! Poza tym zostałam też kilka miesięcy temu 'Mają w ogrodzie', a dokładniej na balkonie, który to zazielenił mi się totalnie, a ja z dumą spoglądam na moje 7 (słownie: SIEDEM) pomidorów powoli dojrzewających w słońcu. Dookoła pachnie mi różami, a za chwilę zakwitnie oleander. Nigdy nie sądziłam, że zabawy z roślinnością pochłoną mnie na tyle, że zaraz po wypłacie zamiast do galerii będę jeździć do sklepu po nowe iglaki i nasiona ziół. Własny ogród, choćby najmniejszy, cieszy przeogromnie. Tym bardziej, kiedy bladym świtem można pośród tej zieleni napić się herbaty i spoglądać jak Bąbel wygrzewa się na słońcu. Mówię Wam - szczęście pierdyliard.

Poza tym mam Wam tyle do opowiedzenia, że gdyby nie to, że się trochę powstrzymuje, ten wpis skończyłby jako nie najwyższej klasy elaborat - a tego przecież nie chcemy. Dawkujmy wszystko po trochu, niech tajemniczość obleje cytrynowy świat;)

A co do szmatek...Na zdjęciach pocinam sobie w narzutce, którą Zara określiła jako sweter, a koło swetra ona nawet nie leżała. Jest jednak piękna i idealna na lato, a na wspomniany sklep nie powiem dziś złego słowa bo kilka dni temu moją reklamację rozpatrzył w ciągu pół godziny, a w ciągu dnia nowe buty dotarły do moich łap. Czyli jednak konsument może być zadowolony (szok i niedowierzanie). Oprócz tego mam fajne pasiaste body i spodnie (niepasiaste). Wielkiej filozofii w tym nie ma, ale ostatnio w taki lekki sposób bardzo lubię się nosić (co nie oznacza absolutnie tego, że sukienki poszły w szafy ciemny kąt. Och co to to nie).



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

narzutka - Zara; body , torebka - H&M; spodnie - Pull&Bear; zegarek - Danish Design via. Classic Watch; buty - Asos