niedziela, 23 sierpnia 2015

You Show Me Stars I Want To Hold Them In My Arms


Wiesz, że Twoje wesele było udane po tym, gdy dwa dni później ciągle wydaje Ci się, ze masz połamane żebra, nogi jeszcze nie wyszły Ci z pośladków, cały czas mówisz jak stary bosman a w głowie nie chce przestać grać 'Ruda tańczy jak szalona'. Do tego nawet nie masz pojęcia kiedy się tak szybko skończyło, a chcąc je opisać, trudno Ci zdecydować od czego zacząć.

Cała organizacja tej imprezy z naszej strony była jedną wielką partyzantką, a my jakoś specjalnie się tym wszystkim nie przejmowaliśmy. Czekaliśmy na ten wielki stres, który to miał nas dopaść i o którym wszyscy nam mówili - zaprawdę powiadam Wam, czekaliśmy do ostatniej minuty i...NIC. Bo właściwie czym tu się denerwować? Mięliśmy najlepszych gości na świecie, naprawdę mieć takich ludzi blisko siebie to wygrać życie. Najlepszych świadków, milion razy bardziej ogarniętych niż my. Super orkiestrę i super jedzenie.
No i przede wszystkim siebie.
Czego chcieć więcej?
Właściwie cokolwiek by w tym dniu poszło nie tak zostało by przez nas obrócone w żart (choć nie było do śmiechu Kiziakowi, kiedy razem z nią nie przyleciał bagaż. Dla nas jednak taki problem to nie problem i na sali nikt nie zauważył, że miała za sobą kilka godzin stresu). W sobotę więc wstaliśmy, ubraliśmy się i poszliśmy przyrzec sobie miłość do grobowej deski.

Co tu dużo opowiadać, to był dzień wypełniony do granic możliwości śmiechem, łzami szczęścia i po prostu totalnym luzem. I w sumie o to nam najbardziej chodziło, by nasi najbliżsi po prostu się rozluźnili i wybawili razem z nami. Totalnie. I kiedy razem z Pawłem kładliśmy się do łóżka już o świcie, a za oknem było słychać jeszcze śpiewanie weselników, stwierdziliśmy, że lepszego wesela mieć nie mogliśmy. Ba! Było jednym z fajniejszych na jakim byliśmy!



a tak się bawiliśmy;)


zdjęcia - Aife <3

________________________♥_________________________

Na samym końcu chciałabym jeszcze raz podziękować Anicie i Asi bez których na pewno to wszystko by się tak super nie udało. To, ze Aife zgodziła się do nas przyjechać i to, że mogłam ją i Jej chłopaków przez te kilka dni gościć, jest dla mnie wciąż nie do uwierzenia (z resztą ciągle nie może do mnie dojść, że wszyscy nasi goście, nawet z bardzo daleka ot tak do nas wpadli). Oddała nam trochę swojej magii w tym ważnym dla nas dniu i sprawiła, ze obydwoje po prostu się w Niej zakochaliśmy (co nie do końca jest dobre, bo teraz już się od nas nie odczepi). Poza tym jest najlepszym fotografem na świecie - obfocić takiego ziemniaka jak ja bez mrugnięcia okiem trzeba umieć.
Z kolei gdyby nie Asia, nie miałabym w czym na własne wesele iść. Ba! Uszyć ślubną suknię w hm, tydzień to jednak nie jest tak hop siup, tym bardziej, że ładna koronka jest materiałem deficytowym w Krakowie (no bo przecież, że u mnie wszystko na ostatnią chwilę musi być, a to, że nie mam w czym się bawić w tym Wielkim Dniu przypomniałam sobie w czerwcu).
Tysiące słów nie oddadzą mojej wdzięczności. Zostawię tu zatem tylko małe 'dziękuję' i milion serc w kosmosie.



niedziela, 16 sierpnia 2015

Nothing's Gonna Stop Us Now


Wyszłam za mąż - zaraz wracam!

________________________♥_________________________


niedziela, 9 sierpnia 2015

A Blade Of Grass, A Grain Of Sand The Moonlit Sea, I'll Hold Your Hand


Musicie mi wybaczyć dziś brak bardziej aktualnych zdjęć (czyt. przynajmniej z tego tygodnia), ale temperatura ostatnich dni zmusza mnie jedynie do zakładania majtek (#wizualizacjoprecz). Trochę jakiegoś wstydu jeszcze w sobie mam, a moja ordynarność kończy się na używaniu niecenzuralnych słów i niesmacznych dowcipach. Dalej zapędzać się nie chcę. 
Wspominam zatem ostatnią sobotę, kiedy idealne dwadzieścia stopni dopieszczało moją skórę a ja wieczorem nie czułam się jak potrawka z grilla. Broń borze szumiejący nie narzekam. Jest lato, więc musi być gorąco, jednakże moja wampiryczna natura woli swego bladego lica na takie słońce nie wystawiać. 

Celebrujemy zatem upragniony (prawie miesięczny!!!!!!!1111111oneoneone) urlop, popijając lemoniadę oraz inne orzeźwiające drinki, jedząc lody na obiad i, co tu dużo mówić, zdychając. Zdychamy jednak z uśmiechem na pyskach, którym nie przeszkadza nawet awaria jedynego wiatraka w domu. Jeśli już niego wyjdziemy (z domu nie z wiatraka - ostatnie dni w pracy jednak do tego zobowiązywały) dopada nas największa burza świata, podczas której krakowskie ulice zmieniają się w rwące potoki, a schody do przejścia podziemnego w wodospad Niagara. Biegnąc z nogami zanurzonymi dosyć grubo ponad kostki i z duszami na ramieniu (no dobra, dwie dusze na moim ramieniu, albo nie - dusze całego świata na moim ramieniu - aj hejt burze. Będąc na zewnątrz dostaję wtedy palpitacji serca, cała się trzęsę i całe życie przebiega mi przed oczami. True story. Dla Pawła jest to zwykle najlepsza przygoda) jakimś cudem dopadamy przystanku tylko po to by wryć się w znajdujący pod wiatą tłum i modlić o szybki koniec. Gdzieś piorun uderzył w drzewo, koło nas przelatuje urwana gałąź - YOLO.
Do tego późne popołudnia zmieniły się nam w wieczorki taneczne i chillaoutowo się po pokoju bujamy, co przyznaję jest bardzo fajne i sympatyczne. 

Planujemy wakacje, planujemy podróże, oraz co i kiedy chcemy zobaczyć. Prawie jesteśmy spakowani (prawie, bo jeszcze leżę na kanapie)! Czas sobie płynie, nam się nigdzie nie śpieszy, mamy wakacje.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

bluza, jeansy - Pull&Bear