niedziela, 26 lipca 2015

On Your Beatiful Head Shining Crown, Everything Becomes Blue


Kursor puszcze do mnie oko od mniej więcej 15 minut a mnie jakoś trudno się do niego odezwać.

To pewnie przez to, ze jestem jeszcze trochę wczorajsza, trochę upojona nocą, trochę rozkojarzona i trochę niewyspana. 
Cieszę się do siebie na wspomnienie wczorajszego tortu, kolorowych drinków, najlepszych dziewczyn jakie udało mi się w swoim życiu spotkać i najlepszych niespodzianek. I ciągle w głowie stoję o trzeciej nad ranem z tiarą i welonem na głowie i z euforią witam się z rześkim deszczem wpadającym do nas w tę gorącą noc (a potem z Panem Taksówkarzem, który z taką samą euforią musiał słuchać moich opowieści - as always). Mam zatem za sobą najlepszy wieczór panieński świata i najchętniej jeszcze posiedziałabym like a princess z Cosmopolitanem w łapie. 

Bez sensu, że te najfajniejsze chwile w naszym życiu mijają tak szybko. Zbyt szybko. 
Tworzę notatki, segreguję wspomnienia, mój łeb to biblioteka wypełniona po brzegi pozycjami wywołującymi salwy śmiechu w każdej pochmurnej chwili.

Powoli zatem pakuję się do 'szarej' rzeczywistości, zachęcającej mnie do ogarniecia wpadającym przez okno słońcem. Dookoła szaleją kolory - kocham tę moją szarość.

Czas wracać do domu. 

Bąbel pod pachę, korona na głowę, uśmiech na pysk - znowu jestem królową życia.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________


crop top - River Island; jeansy - Pull&Bear; buty - adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel


niedziela, 19 lipca 2015

I Whisper Jesus Only Tells Me That He Loves Only When He’s Drunk


Błogość ostatnich kilku tygodni przekroczyła juz chyba wszelkie granice. Na ten moment leżę wywalona na kocyku jak sporej wielkości foka wygrzewająca się na plaży, a śniadanie w pełni zastępuje mi koktajl malinowy ze śmietankowymi lodami. Ostatkami sił próbuję się zmusić do jakiejś większej i pożytecznej aktywności, ale ani rozciągnięty na pół pokoju Bąbel, ani totalnie wychillowany Paweł nie pomagają. O upale nawet nie wspomnę.

Do tego praktykujemy ostatnio sobotnie (a jak sobota nie pasuje to niedzielne), prawie całodniowe śniadania w towarzystwie cudownej Rity, na których lemoniada leje się strumieniami, pogaduch nie ma końca a czas płynie powoli i ospale. Czasami ktoś do nas dołączy, czasami pieseł rozkocha w sobie dwóch sympatycznych Australijczyków. Do domu nie chcę się wracać, nie chce się końca weekendu.

Wieczorem za to, gdy żar lejący się z nieba ustąpi miejsca księżycowi, wychodzimy z Bąblem patrolować osiedle i obserwujemy rozchodzące się w oddali błyski na niebie. Mikropieseł chłodzi się na trawie a ja głęboko oddycham ciepłym powietrzem. Chłodniejszy wiatr jeszcze bardziej splątuje rozczochrane włosy, a łąka tonie w gwiezdnym brokacie. W wysokich trawach trwa koncert na milion smyczków - cykady dają czadu.

Wracamy do domu...czas przywitać sen przy akompaniamencie letniego deszczu. W tle pomrukuje noc. Czekamy na burzę.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - H&M; koszula - Stradivarius; buty - Adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel









niedziela, 12 lipca 2015

Some Of Us Are Wild Ones, Ever Underwanted, I Believe


Nadszedł w końcu ten upragniony moment, kiedy do wyczekiwanego urlopu został niecały miesiąc. Serce się raduje, wietrzę ósemki i przebieram nogami z podniecenia. Skreślam dni w kalendarzu dokładnie tak, jak robiłam to dwadzieścia lat temu, gdy na horyzoncie pojawić się mięli Święty Mikołaj i Gwiazdka (dla dorosłych w okresie wakacyjnym powinny powstawać kalendarze urlopowe na wzór tych adwentowych #thatstheplan #geniusz). 
Za niecałe trzydzieści dób będę o tej porze w ferworze pakowania, planowania i zapominania o najważniejszych rzeczach. Już w sierpniu będzie Łódź, Trójmiasto, przyjaciele i picie szampana na plaży. 

Póki co na wszystkie możliwe sposoby próbuję sobie ten czas oczekiwania umilić. Zatem klikam do Was teraz z wanny, w której jestem foczą księżniczką z tiarą na głowie (don't ask), opychającą się o północy soczystymi czereśniami (raz do roku mi wolno!). Trochę mi piana wchodzi do nosa i trochę jest za gorąco, ale gdzież mi to ma przeszkadzać - mentalnie jestem na Majorce. Ha! Mam nawet bezalkoholowego drinka z parasolką (czyt. whisky z colą i lodem bez whisky i parasolki. Bo mi do czereśni nie pasowała (whisky, nie parasolka)).

Do tego celebruję fakt bycia już praktycznie na mecie ze ślubnymi przygotowaniami. Wczoraj w dziesięć minut wybraliśmy obrączki, a Paweł zrobił szał wybierając ślubny garnitur. Nie sądziłam, że akurat wybór Jego odzienia pójdzie nam tak sprawnie, a efekt będzie tak bardzo wow (przynajmniej mnie się bardzo podoba, głównemu zainteresowanemu się bardzo podoba i wszystkim obecnym w sklepie Paniom (które nagle porzuciły swoich partnerów na rzecz podziwiania ze mną Pawła w muszce, a jeden klient chciał zakosić wybraną przez niego na ten 'wielki dzień' marynarkę #thatsmyboy). Wybieranie ałtfitu Pana Młodego zajęło nam godzinę - sprawnie, szybko, bezproblemowo (brzmi prawie jak reklama kredytu). Do pełni szczęścia pozostał jeszcze zakup moich butów (muszę je w końcu dziś zamówić) i jedyny problem w mojej głowie: czy do ołtarza iść z okularami na nosie i wszystko i wszystkich widzieć, czy też bez i swój własny ślub znać z czyiś opowieści #problemyludzipierwszegoświata.

Zdrowie zatem i plum, plum, plum w bąbelki.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

spodnie i marynarka - Bershka; top - H&M; espadryle - Zara