niedziela, 6 kwietnia 2014

I’m A Hot Air Balloon That Could Go To Space


Dzisiejszy post miał mieć zupełnie inny wydźwięk. Tydzień go sobie układałam w głowie, tworzyłam kolejne zdania oraz obmyślałam jak to dam upust swym emocjom (niekoniecznie dobrym) i wyleję swoje gorzkie żale na temat, myślę, dotyczący każdego z nas. Jednakże wstałam dziś rano, w piżamie wypełzłam z Mikropiesełem ze swojej pieczary i nagle, bez pardonu, do mych nozdrzy wdarł się zapach wilgotnej po nocnym deszczu trawy. Rześkość powietrza, ciepło, zapach ziemi i kwiatów zamienił mnie nagle z posępnego zombie w zwiewną rusałkę, która miała niezwykłą ochotę o tej szóstej rano skakać ze swoim czworonożnym towarzyszem po okraszonej rosą zieleni. Mało tego, poranek spędziłam w zacnym gronie na przepysznym śniadaniowym panini i w promieniach słońca grzałam swój blady pysk podczas spaceru.

Cytując klasyka: 'Endorfinki bulgotały w głowie'. Miłość, radość, błogość.

Żeby tego było mało, tworząc ten wpis obserwuję sobie zachód słońca przez otwarty na całą szerokość balkon, w ustach czuję smak wypitego kilka chwil temu truskawkowego koktajlu, a mały smyk chrapie mi na kolanach. W planach mam jeszcze dziś posadzenie pachnącego groszku, bazylii i innych aromatycznych ziół.

Więc niech mi ktoś powie, jak ja mam być w tym momencie zgryźliwa i poważna, kiedy wszystko wokół sprawia, że mentalnie cofam się 15 lat, a jedyne co w tym momencie mogę zrobić to szczerzyć się nieskończenie do siebie i waniliowego nieba?



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

kurtka; jeansy - Pull&Bear; bluza, koszula - Only, sneakersy - New Balance; czapka - Asia mi zrobiła; zegarek - Danish Design via. Classic Watch

niedziela, 30 marca 2014

Wake Me Up In July, Lick The Snow From My Eyes, Underneath The Blue Sky, All I Need Is My Bike

Trochę mnie tu nie było.
Trochę ponad dwa miesiące.
Trochę zaczęłam tęsknić...
...i chyba trochę powinnam się wytłumaczyć.

Początkowo mały zastój był zamierzony. Byłam zmęczona całą tą dosyć negatywną otoczką blogowego świata i po prostu zaczęło mnie to mierzić. Uwierało mnie wszystko co z tym było związane. Parcie na statystyki, parcie na 'fanów', parcie na wszelkie inne dogodności związane z blogowaniem. Świat poszedł do przodu, ja zostałam w tyle z mindfuckiem: 'co się do cholery stało'? Gdzie czasy kiedy większość piszących w internetach pannic się znała, kiedy z każdego wirtualnego pamiętnika unosił się zapach pasji i czystej sympatii do tego co się robi, gdzie blog powstawał dlatego bo miało się coś do powiedzenia a nie nieskończoną chęć zapełnienia kolumny pt. 'współpraca'.
Przez kilka lat patrząc na to wszystko do swojego cytrynowego świata straciłam trochę serca. I smuciło mnie to wielce, bo jakby nie patrzeć było to takie MOJE miejsce w którym wszystko działo się tylko i wyłącznie według moich zasad. Jednak świadomość wrzucenia mnie do wora z etykietką: 'bloguje - nie pracuje, w głowie same 'darmoszki', a twarz myślą nie skalana' działała na mnie demotywująco do tego stopnia, że na myśl o wyciągnięciu aparatu robiło mi się słabo. Nie chciałam się do niczego zmuszać, bo nic tak nie zabija miłości do tego co robimy jak właśnie przymus, ale nie chciałam się też z Wami żegnać. Za bardzo Was polubiłam i niejednokrotnie dzięki Wam uśmiech na twarzy malował mi się po same ósemki. Tym bardziej, że wielu z Was przez ostatni okres dało mi do zrozumienia, że może trochę za mną tęsknić (poza tym, jak Riennahera jeszcze raz mnie zrypie za brak wpisów to walnę się komputerem w łeb).

I to własnie działo się w mojej głowie do 31 stycznia, kiedy to nagle moje i Pawła życie stanęło trochę do góry nogami, a my sami musieliśmy pewne rzeczy przewartościować.

Otóż, wspomnianego dnia zostaliśmy nagle rodzicami małej, biszkoptowej znajdy, którą jakiś buc wyrzucił z samochodu do rowu. Bąbel - bo tak została nazwana nasza kulka, miał wtedy trochę ponad trzy miesiące i na sam widok smyczy oraz myśl o spacerze dostawał drgawek. We dwójkę zakochaliśmy się w nim bez pamięci, a wszystko, co w naszym lekko egoistycznym życiu było ważne, zeszło na dalszy plan. Numerem jeden stało się (i właściwie jest do teraz) karmienie, głaskanie, rzucanie gumowego hamburgera i pilnowanie by Młody nie zeżarł na polu czegoś co mogłoby w karygodny sposób odbić się na jego zdrowiu (a jest nie lada wyczyn, bo tylko po przekroczeniu granicy z łąką włącza mu się syndrom odkurzacza). Zupełnie straciliśmy na jego punkcie głowy, a mnie samej włączyło się 'Okołoszczeniakowe Zapalenie Mózgu' (senkju Freta) i przez pierwszy tydzień buczałam, że nie będę w stanie uszczęśliwić mojego psa a już na pewno dobrze go wychować. Wszystko jednak się uspokoiło, Bąbel otrzymał miano Mikropieseła, a wczoraj został szczęśliwie zaczipowany. Rośnie zdrowo (odpukać i nie zapeszać), już mieści się w szelkach i waży całe 4 kilogramy. Czasami wychodzi z niego mały perwers - uwielbia lizać stopy. Kradnie również majtki i staniki, a skarpetki wraz z papierem toaletowym to najlepsze zabawki na świecie. Zjadł już jedno posłanie (a taki wypas dostał. Jeansowy. W kratkę!) i dwie kołdry (w ręczniakach straciliśmy rachubę), raz udało mu rozsmarować swoją kupę na ścianie (czasami wychodzi z niego mały artysta), ale oprócz tego jest najwspanialszym psem na świecie. Kocha wszystkich i z każdym musi się zapoznać. W piątek otrzymał własny, prywatny kosz rowerowy, co by z nami mógł podróżować i po pierwszym włożeniu już wiem, że niezwykle mu posmakował.

Sami więc widzicie, że to moje blogowanie mogło trochę zejść na dalszy plan, jednakże mam nadzieję, że mi tę małą ucieczkę w internetowy niebyt wybaczycie i wrócicie do mnie. Ja Was ze swojej strony bardzo z tę przerwę przepraszam, jest mi trochę wstyd, że tak przepadłam nagle ni stąd ni zowąd, ale już jestem i szczuję. Zdjęciami. Z Mikropiesełem a jakże.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Zara; parka - House; buty - New Balance; czapa - Asia mi zrobiła; zegarek - Danish Design via. Classic Watch


środa, 22 stycznia 2014

My Days End Best When This Sunset Gets Itself Behind


Pierwszy dzień urlopu budzi mnie z opatulonym w puchową kołdrę balkonem. Krajobraz przybrał czarno - biały kolor, a pomaga mu w tym jeszcze leniwie opadający z nieba śnieg. Pierwszy, prawdziwy tej zimy. 

Niech go szlag. 

Nie licząc poprzedniego roku, jest to kolejny raz, kiedy ja postanawiam zrobić sobie kilka dni wytchnienia, a świat bombarduje mnie najgorszym z możliwych opadów atmosferycznych. Mam nadzieję, że to krótkotrwała niedogodność. Niech zmrozi, niech poskrzy się w słońcu i w połowie lutego zniknie na następne dwanaście miesięcy. Do wiosny wszak już bliżej niż dalej. 

Rozglądam się po pokoju i próbuję ogarnąć walające się po podłodze ubrania. Plecak do połowy zapełniony (taka tam alegoria szklanki w 1/2 pełnej) i zastanawiam się ile warstw muszę na siebie włożyć żeby nie zmarznąć. Nie jest to jednak najważniejsze, najważniejsze jest to, że będę mogła odpocząć od dającej ostatnio w kość pracy, od Krakowa i zmienić choć na chwilę otoczenie. Bo te najbliższe kilka dni nie tylko obfitują w jeden z najbardziej spontanicznych wyjazdów zorganizowanych z dnia na dzień, ale w miejsca zupełnie nowe i takie do których wrócę po kilkunastu latach nieobecności. Także ten, trochę nie mogę się doczekać. 

W każdym razie, bo czas mnie goni, a jeszcze do upchnięcia mam kilka szpargałów, zostawiam Was ze zdjęciami na których śniegu i mrozu jeszcze nie było. Wręcz przeciwnie, nawet można by pokusić się o stwierdzenie, że pogoda była całkiem niczego sobie. Z pewnością potwierdzić by to mógł Pan stojący obok mnie ostatnio w tramwaju, a mający na sobie jedynie puchową kurtkę i krótkie spodenki (yup, boso przez świat level hard). 

Do zobaczenia w niedzielę!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

marynarka, szalik - Zara; bluza; koszula - House; spodnie - H&M; trampki - Converse; torba - vintage