niedziela, 19 maja 2013

Stop Dancing To The Music Of Gorillaz In A Happy Mood

Miałam dziś tu naskrobać wielkie przemyślenia, wyjaśnić dlaczego w dzisiejszym świecie jestem misiem o małym rozumku i po prostu głupiutkim lemonem, ale złożyło się tak niecnie, że pół weekendu przeleżałam pod jabłonką ze stópkami zanurzonymi w stokrotkach, a drugie pół degustując co smaczniejsze potrawy mojego Pana Ojca, Tatuna ukochanego. Teraz jestem jak foka nad brzegiem morza. Okrągła, nażarta i jedyne co zaprząta moją głowę to to, jakby tu, bez zmącenia umoszczenia, wykonać skomplikowany skręt ciała na drugi bok. Ot, problemy ludzi pierwszego świata. 

Ale wpis będzie, o to się nie martwcie, jednakże dziś dajmy sobie na luz z mądrościami. Wystawiajmy pyszczki do słońca, zajadajmy się lodami a w głowach niech nam szumi wiatr i grają zielone liście. 

W zamian za to, słów kilka wyklikam o szmatkach bo #jestęfoką i tylko na tyle mnie teraz stać. Sukienkę darzę ogromnym sentymentem nie tylko dlatego, że woźna w mojej podstawówce miała bardzo podobną, ale głównie z tego powodu, iż azaliż została zakupiona w gdańskim vintage shopie podczas pamiętnego, niespodziankowego wyjazdu. I tak, wiem, że na dwóch zdjęciach mój 'majestatyczny' biust nie wytrzymał i chciał wydostać się na podbój świata. Jednakże po stwierdzeniu: 'pff, co mi tam, nic wielkiego się nie dzieje, jakby nigdy nikomu cycki z kiecki uciec nie chciały, a do tego w miarę wyjściowo na tych fotografiach wyglądam', co się będę - wrzucę, pokażę. Poza tym wybrykiem sukienka jest wspaniała no bo w kratkę, z koronkowymi wykończeniami i guzikami w kształcie serca. Sami rozumiecie, nie mogłam jej sobie odpuścić. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - gdański vintage shop; sandały, opaska - Oysho; teczka - preznecioch od Zuzki





niedziela, 12 maja 2013

"Zrobisz Mi Dziś Zdjęcia...?"

...co za przyjemna pobudka*. Otwieram jedno oko, spoglądam za okno. Drugie oko, sprawdzam na telefonie szczegółową prognozę pogody**. Skreślam w myślach kilka rzeczy, które na dzisiaj zaplanowałem. Wiem, jak to się skończy. Wiem, że dziś nic z tego nie wyjdzie, ale cóż mogę zrobić, by zagwarantować sobie względny spokój (przynajmniej do czasu owych zdjęć)? „Oczywiście kochanie”!

Zwykle nie wiem co Lemon na siebie założy. Pytanie nie ma sensu, po odpowiedzi wiem zwykle tyle samo, ile przed. Od nikogo przecież nie wymagałbym zapamiętania zawartości garderoby autorki tego bloga, tym bardziej sam nie mam zamiaru się tego podejmować:) Miejsce? „Wymyślimy coś w pracy”. W domyśle „wymyślisz coś w pracy”, w praktyce „rozejrzyj się po pracy”.

Jak to wygląda, można przeczytać w poprzednim poście (przynajmniej z punktu widzenia Kasi, ja się nie zgadzam z połową tych bzdur). Aby fotografowany obiekt zaczął zachowywać się przed obiektywem tak jak chcemy, należy wykonać około pięćdziesięciu fotografii przeznaczonych do kosza***, po czym wypowiedzieć magiczne zaklęcie: „dobra, kończymy”. W momencie Lemoniada zaczyna wyglądać jak rasowa modelka, dziesięć zdjęć, mamy to o co chodziło. O ile tylko poziom irytacji fotografowanej nie zdążył osiągnąć masy krytycznej, w tym wypadku bowiem magia na nic się nie zda i rytuał należy powtórzyć dnia następnego.

A teraz sytuacja B:

Piękne popołudnie, wylegiwanie się na kanapie po zjedzeniu czegoś dobrego. Słońce tam gdzie chcę, delikatne chmury takie jak chcę, idealne światło do zdjęć które CHCĘ zrobić od tygodnia, zanim trawa zarośnie mi miejscówkę (tak, wiem nawet gdzie je zrobić!). “Dziś czuję się gruba” słyszę. W głowie zapala mi się neon z moim ulubionym hasłem Riennahery: „dzień mordy”... :) Dobra, w to lepiej nie brnąć, przecież skoro nie czuje się ładnie, to nie będzie wyglądać ładnie, deal with it****. Zrobię te idealne zdjęcia kiedy indziej, kiedy warunki nie będą idealne, a moje chęci dalekie od entuzjazmu. Grunt, to kobieta zadowolona.

Kto więc z Was, drodzy czytelnicy, myślał że robienie zdjęć na bloga to sielanka i radosne pstrykanie, niech przemyśli sprawę jeszcze raz. Bo choć czasami mamy sporo radości i śmiechu, bywa też, że zdjęcia kończą się niezbyt przyjemną awanturą - tak jak te z poprzedniego wpisu:P Ja tymczasem dopijam kawę i jedziemy dalej z tą karawaną - bo choćbym chciał, kolejne same się nie zrobią...


zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________


sukienka - H&M; sweter - House; zakolanówki - Tkmaxx; torba - prezent od Przyjaciół; buty - Oysho



* Pobudka niekoniecznie oznacza poranek, czasem może to być też wyrwanie z zamyślenia, albo przerwa w czasie gry, zwykle w połowie jakiegoś ważnego dialogu.

** Aplikacja z danymi pogodowymi ICM niezbędnikiem szafiarskiego fotografa oraz miejskiego rowerzysty.

*** Chwała cyfrowej rewolucji fotograficznej!

**** Zasada nie działa w przypadku: “skoro mówię że zdjęcia teraz/tutaj nie wyjdą ładne, to nie wyjdą ładne”.

































niedziela, 5 maja 2013

We’re Up All Night To Get Lucky // O Tym Jak Wygląda Współpraca Między Blogerką A Fotografem

Czy zastanawialiście się kiedyś moi drodzy Czytelnicy jak wygląda współpraca między blogerką a jej fotografem? Czy choć raz jeden przez myśl Wam przemknęło zapytanie, jak to wszystko wygląda od kuchni? Wbrew pozorom nie jest to tak prosta i wygodna sprawa jak Wam się może wydawać. Mam to (nie)szczęście, że moim blogowym fotografem jest mój prywatny, osobisty Gamoń i jeśli sądzicie, że czas ten przebiega wśród pocałunków, czułych słówek czy myziań to jesteście jak Jon Snow. Nic nie wiecie. Robienie zdjęć na cytrynowego to prawdziwka orka. To horror. To nieskończona walka na używanie coraz bardziej wymyślnych przekleństw. W skrócie - sielanki i kicających po tęczy zajączków nie ma.

By lepiej zobrazować Wam co mam na myśli, oto kilka przykładów wyciągniętych z ustrzeliwania bogaskowych foć na przestrzeni ostatnich kilku tygodni.

  • Stoisz jak łajza, weź coś z tym zrób - jak wiemy, nic tak nie potrafi podnieść na duchu i poprawić nastroju jak właśnie takie słowa usłyszane zaraz po pstryknięciu pierwszego zdjęcia. Do boju! Motywacjo napierdzielaj!
  • Ale serio chcesz w tym zdjęcia? Jesteś pewna? Jesteś pewna tego, że jesteś pewna? No dopsz...ja się nie znam - ten moment, kiedy Twój mężczyzna jest połączeniem jury Top Model, X - Factor, a Ty zaczynasz się zastanawiać, dlaczego On nie został jeszcze jakimś sławnym stylistą, pesonal shopperem albo przynajmniej super kul szafiarką. Oczywiście nie zapominamy o patrzącym na nas pełnym wzgardy i niesmaku spojrzeniu.
  • Jezu lemon weź się i pozuj - w momencie kiedy wyginam się na lewo i prawo i staram się czynić pozy godne Kate Moss. What's wrong with me?!
  • Co Ty masz na twarzy, coś Ty jadła, przejrzałaś się dziś w lustrze? - nawet dwa razy!
oraz druga na ten temat wariacja:
  • Co jest nie tak z Twoją twarzą, nie rób takiej miny! - tego nie wiem, podczas zdjęć tak mam, jak również wtedy, gdy się uśmiecham. Reklamacje proszę kierować do Pana Boga.
  •  Ja tego miejsca nie czuję...nie, to nie to...nie masz innego pomysłu? - za godzinę zachodzi słońce, oczywiście, że mam milion pomysłów!
  • 'Mogę tu stanąć to ładne mi zrobisz zdjęcie'; 'Nie, robię zdjęcia roweru - nie Tobie'; 'Ale weź, przecież co za problem zrobić mi jedno?'; 'Dobra idź sobie siądź na tym trzepaku' - tak powstało jedno z naszych najlepsiejszych zdjęć na tym blogasku.
  • 'Borze zielony, jak ja się poświęcam, ile ja robię dla Ciebie i co ja z tego mam? no co?' - MIŁOŚĆ! I dobry obiad i możliwość cieszenie się moim towarzystwem i wiele innych przywilejów, których nie posiadają inni. To mało?!
  • Tu Ci koszula wyłazi, tu masz to jakieś dziwne, no jak Ty chcesz na tych zdjęciach wyglądać? - no właśnie tak...
  • Nie będę robił Ci kolejnego, takiego samego zdjęcia, masz już takich pięć, czego Ty jeszcze ode mnie chcesz? - no toż mówię, że szóstego! Może na nim moja facjata będzie wyjściowo wyglądać!

Około siedemdziesięciu pięciu procent zdjęć kończy się awanturą, fochem, tupaniem nogą, pokazywaniem języka i poważnymi groźbami - 'już NIGDY nie poproszę Cię o zrobienie mi zdjęć! Nigdy, przenigdy!'. Oczywiście, wszystko wraca do normy po piętnastu minutach bo ani ja, ani Paweł nie potrafimy usiedzieć w ciszy i obrazie majestatu przez chwil kilka, a już na pewno nie wtedy, kiedy przejeżdżamy obok cukierni/LoveKrove/Kapkejków/czy innej DobroŻarłoDajni i koniecznie w tej chwili, od razu musimy wszystko co widzimy pochłonąć. Jednakże, jak widać, powinnam dostawać dodatek specjalny za niekorzystne warunki pracy. Albo przynajmniej słowo otuchy, czy gratulacyjny dyplom z frędzelkami (dostałam taki z okazji ukończenia przedszkola. Złote frędzle plus zdjęcie z małą mną w pokarbowanych włosach i różowym dresie robiącą dzióbek. Bez kitu, true story). Tak czy siak, będzie mi niezmiernie miło jeśli podzielicie się swoimi historiami, poklepiecie ze współczuciem po plecach czy też dacie znać, że nie jestem w swej traumie odosobniona.*



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - House; parka [%] - Pull&Bear; torebka - vintage; trampki - Converse; wianek - New Look


*Gamoń twierdzi, że żaden z wymienionych przypadków nie miał miejsca, grozi mi pozwem sądowym za pomówienie oraz obiecuje, że stworzy wpis w którym poznacie najprawdziwszą prawdę. Ekhm, no zobaczymy...Stay tuned w takim razie;)










niedziela, 28 kwietnia 2013

Come On Baby, Let’s Ride, We Can Escape To The Great Sunshine

Rozsmakowałam się w kolorach, w zapach i w słońcu. Ostatnio mogłabym żyć tylko energią kosmiczną płynącą z otaczającej mnie ferii barw i zapachów. Nie ma dnia, w którym nie wylegiwałabym się na zielonej trawie, nie wcinała truskawkowych lodów i nie liczyła nowych liści na drzewach. Malownicze zachody słońca, mieniące się w złocie kwiaty na drzewach i taka dziecięca, prawdziwa radość ze wszystkiego co mnie otacza. Głowna pełna pozytywnych myśli, a twarz wyszczerzona w uśmiechu po same ósemki - nadrabiam zimowe przetrzymanie.

Zaliczyłam pierwsze wiosenne rowerowe przemoknięcie! Wiatr we włosach, orzeźwiające krople na twarzy i ta chwila ulgi w ciężkim od duchoty dniu. Nie ma piękniejszego zapachu jak krystalicznie czyste, rześkie powietrze zaraz po ulewie zmieszane z wonią ukwieconych gałęzi mirabelek. Mój mały raj na ziemi, warto było tyle czekać.

A na zdjęciach poniżej wyleguję się w moim nowym kul komplecie, który wcale kompletem nie jest, ale jak zobaczyłam w zapowiedziach te dwie rzeczy leżące obok siebie, wiedziałam, że stworzą razem idealnie dobraną parę. Nie sposób mi ich rozdzielić. Plus, na stronie sklepiku, sweter został okraszony piękną nazwą:' lemoniada', więc jak mogłam go nie chcieć przygarnąć? No jak? Sami więc rozumiecie;)



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter, sukienka - Not A Virgin Shop; trampki - Converse; torebka - House











niedziela, 21 kwietnia 2013

Czego Ludzie Nie Powinni Robić Na Drodze Dla Rowerów, A Robią?

Sezon rowerowo - spacerowy w przeciągu kilku dni ruszył z kopyta. Pozimowe zombie przepoczwarzyły się w normalnie wyglądające ludzkie istoty i z przytupem wypłynęły ze swoich przytulnych pieczar by przypomnieć sobie jak wygląda świat nie przykryty płatem śniegu. Niektóre z tych jednostek jednak nie do końca odtajały i przedwcześnie postanowiły opuścić poduszkowe pielesze, a co za tym idzie, po raz pierwszy zainspirowały mnie do wylania żali i poczynienia wpisu o tym: czego kochany człowieku nie powinieneś robić i gdzie być, podczas gdy ja na swym VELOciraptorze przemierzam świat. Czyli o drodze dla rowerów będzie i typach przechodniów, którzy skutecznie próbują wyprowadzić mnie z równowagi.

No to jedziemy z tym koksem.

  • zakochane pary - rozumiem, wiosna - lafisindier, motyle w brzuchu, rozum niekoniecznie w miejscu gdzie powinien się znajdować, róża w dłoni, ręka na pośladku i lecimy na romantyczny spacer wzdłuż Wisły. Mieszkańcy Krakowa wiedzą, że pas wyznaczony tam do poruszania się jednośladami jest niezwykle wąski (dają na nim radę dwa rowery chcące się wyprzedzić) w porównaniu z deptakiem spacerowiczów. Nic do tego nie mam, ja ze swoją krową się mieszczę. Nie mieści mi się jednak we łbie, jak mając do wykorzystania tak niezwykłej wielkości teren, para gruchających gołąbków postanawia wybrać akurat ten wąski pasek po którym ja, swoim czołgiem staram się przetransportować na drugą stronę miasta. Dzwonek nie pomaga, przepraszanie nie pomaga, może jak któreś usadzę w końcu na kierownicy to da COŚ do myślenia.
  • matki karmiące dzieci - ja wiem, że żyjemy w dobie niżu demograficznego i pewnie niedługo na budynkach będą powiewać transparenty: 'ludzie - rozmnażajcie się!', ale Panie, które wraz z narodzinami pociech od razu zaczynają chorować na tzw. 'okołopieluszkowe zapalenie mózgu' będą zadziwiać mnie swoją pomysłowością do końca życia. Przypadek z tego samego miejsca jak powyżej, z tym, że na samym środku DDR parkuje Matka Polka (nie, ławeczki w pobliżu nie było, była pięć metrów dalej), wyciąga dumnie pierś i karmi. Tak, karmi. Na moje pytanie dlaczego nie robi tego na środku autostrady, skoro, jeśli chodzi o częstotliwość poruszania się jednośladów po tej ścieżce, niewiele jej do niej brakuje, Pani postanowiła udzielić mi odpowiedzi: 'Bo ja jestem MATKĄ i ja MOGĘ więcej'. Cóż, nie życzę jej na tej drodze kuriera na ostrym, który wraz z przesyłką gwizdnie jej spod cycka dziecko razem z wózkiem.
  • matki spacerujące  - całą drogą. A dokładnie trzy Panie, trzy wózki, dwóch tatusiów po dwóch stronach, obok nich pusty chodnik, a na wprost ja. Na krowie. Dzwonię...Nic. Dzwonię raz jeszcze...Nic. W myślach mówię, że nie ustąpię bo jednak jestem 'u siebie'. W ostatniej chwili zareagował jeden z Panów Tatów i całą wycieczkę postanowił nieco przesunąć. Pomyślicie, że na chodnik? Och nie moi Drodzy, co to to nie. Chodnik jest dla słabych. Mamusie zostały zepchnięte na parking. Na moje stwierdzenie, że pas dla pieszych obok pozostaje cały wolny i na pewno cała rodzina zdoła się pomieścić bo tu im raczej spacerować nie wolno, dowiedziałam się, że: 'Gówno wiem, wózek jest jak rower i to droga dla nich'. Szczękę zbierałam dosłownie przez pięć minut spod pedałów i do tej pory żadna filuterna riposta nie przyszła mi do głowy.
  • babcie - dokładnie NADbabcie uznające swą wyższość nad światem, a już na pewno nad drogą rowerową. Są niezwykłymi fankami psioczenia na wszystko i na wszystkich dookoła, oraz z lubością pragną zaznaczać swoją obecność w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Na przykład stanięciem na środku DDR i wyklinaniem każdego rowerzysty, który NIE MA PRAWA tędy jeździć. Prawo ma, kostka czerwona, a na kostce namalowany rower (tego jestem pewna, na wszelki wypadek popatrzyłam pod koła dwa razy). Szanownej Pani Babci niezwykle trudno wytłumaczyć, że jednak się myli i równie dobrze może stanąć na skrzyżowaniu obok i krzyczeć, że samochody nie mogą tędy jeździć. NADBabcia wie lepiej. NADbabcia jest bogiem. Deal with it albo miej ciśnienie pińcet na trzysta i zły humor do końca dnia.
  • rolkarze - tu jest sprawa dużo bardziej skomplikowana, bo zdaję sobie sprawę, że fani tego typu aktywności fizycznej nie mają po prostu gdzie jeździć. Z ulicy wyganiają, z chodnika tak samo, pozostaje ścieżka. I wszystko byłoby ok, gdyby takie osobniki nie postanawiały zagarnąć sobie całej przestrzeni dla siebie. Nie wiem, nie znam się, ale wydaje mi się, że robienie nogami rozmachu na półtora metra w jedną i drugą stronę nie jest w tym sporcie do końca wymagane. Jeszcze pół biedy żeby to jakoś wpływało na przyśpieszenie, ale z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Ale cóż, ledżinso - majty z wypiętymi pośladkami na wierzchu są, różowy tiszert z push - upem jest, masa odwracających się męskich głów za poruszającą się w zwolnionym tempie niewiastą też, a za nią pokraczna ja, próbująca wyminąć i dostać się jak najszybciej do domu. Umówmy się, że tak samo jak rowerzysta na chodniku (w usprawiedliwionych i dozwolonych przypadkach), tak samo rolkarz na rowerowej drodze jest gościem i to jednak on powinien dostosowywać się do pewnych wymogów, a nie sprawiać, że mam ochotę w niezbyt elegancki sposób ze swojej trasy go usunąć. 
  • człowieki - jako całość. Droga dla rowerów to droga dla rowerów (jestę Paolo Coelo). Nikt w środku miasta nie spaceruje między samochodami na najbardziej ruchliwych ulicach, nikt wózkami nie tarasuje skrzyżowań, a małe dzieci jednak się pilnuje by pod koła kierowcom nie wbiegały. Nikt nie lubi poruszających się przed nami świętych krów, które na żadne dzwonienie nie reagują, po czym są niezwykle zdziwione mijającym ją na milimetry rowerem. Nie wiem czy to wynika ze zwykłej złośliwości, głupoty czy nie przystosowania do poruszania się po świecie, bo wszystkie opisane wyżej wypadki (o których tak naprawdę mogłabym stworzyć elaborat) miały obok siebie całkiem pusty chodnik/deptak/oddzielone miejsce dla pieszych. Wszyscy jesteśmy w stanie wszędzie się pomieścić i w normalny, przyjazny sposób ze sobą współżyć (nie, nie jest to nawiązanie do hasła: 'Ludzie, rozmnażajcie się'). Wystarczy odrobina dobrej woli, zdrowego rozsądku i ludzkiej życzliwości, a raz, że nikt nie ucierpi, a dwa będzie nam się żyło lepiej.

Dodać muszę, że jest to tylko wycinek, maleńki skraweczek moich 'rowerowych przygód', których 80% miała miejsce w przeciągu ostatnich czterech dni. Do tego dochodzą jeszcze 'trzeźwo' myślący kierowcy, którym bezdyskusyjnie należy się osobny wpis oraz inni rowerzyści, którzy, broń Boże, również święci nie są. Mnie samej przecież zdarzyło się zajechać komuś drogę, wjechać tam gdzie nie powinnam, tudzież w kogoś w kogo nie powinnam - wszak jestem tylko małym, śmiesznym lemonem. Mam w sobie jednak odrobinę kultury osobistej i nie są mi obce takie słowa jak: 'przepraszam', 'najmocniej przepraszam' czy też 'jestem zamyślonym debilem, proszę mnie nie karcić'. Potrafię się również uśmiechnąć, pomachać, a nawet zagadać do nieszczęsnej ofiary i wyrazić swoje zawstydzenie. Skoro mnie takie rzeczy nie bolą, ani w jakikolwiek sposób nie urągają to innym też nie powinny.  



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

koszula, szorty - SheInside.com; sweter - H&M; parka - prezencioch od Szpieguli; sztyblety - prezencioch od Rodziców; plecak - Primark