niedziela, 7 czerwca 2015

Sweet Pollution


Niewiele tu o tym wspominam, ale od kilku miesięcy jestem na etapie planowania i organizowania jakże wspaniałej weselnej zabawy. Póki co, jedyne co w tym całym zamieszaniu przypadło mi do gustu to próbna konsumpcja dań oraz wybieranie tortu i innych słodkości mających popieścić nasze podniebienia w tę jakże ważną dla nas noc. Cała reszta to śmiech, niepotrzebne nerwy i totalna partyzantka, a że do godziny zero pozostało mi naprawdę niewiele czasu (gdyby niejedna sfiksowana na tym punkcie dziewczyna dowiedziała się ILE dokładnie to niechybnie zaliczyłaby facepalma welonem) uznałam, że najwyższy czas wymyślić w czym by na tej zacnej imprezie się pojawić.

Nie jestem żadną księżniczką (choć moja Matula bardzo by chciała), a jedyny tytuł szlachecki jaki posiadam to Królowa Batatów, więc większej wagi do odzienia ślubnego nie przywiązywałam. Mało tego, na samą myśl o wyciosaniu z sakiewki milionów monet na one night dress wywracał mi się mózg i pokazywał na pewno znany wszystkim obrazek z Marią Skłodowską - Curie mówiącą: 'Tu się jebij'. Na samą myśl o turnee po salonach z wyspecjalizowaną w tym temacie odzieżą i udręce z paniami (głównie starszymi) pełniącymi rolę alfy i omegi w tychże instytucjach, przywdziewałam wyciągnięty dres z białym tiszertem i uznawałam to za idealny strój na powiedzenie sakramentalnego tak.

Sami widzicie - Panna Młoda jak w mordę strzelił.

Jednakże, co by nie wiem jak tematu unikać, w czymś na swój własny ślub iść trzeba i nawet powinno się jako tako wyglądać. Razem więc z cudotwórczynią Asią ustaliłyśmy co chcę i czy takie coś się da i z refleksem godnym najlepszego leniwca postanowiłyśmy wziąć się do pracy, czyt. zaopatrzyć w potrzebne do tego przedsięwzięcia atrybuty. 
Koronki znaczy się. 
Dokładnie metrów sześć. 
I tu napotkałam na mur, na który składały się krakowskie hurtownie materiałów pokazujące mi środkowy palec na mą potrzebę kupna wysublimowanej tkaniny której przeznaczeniem nie jest firanka tudzież piękny, odświętny obrus. 
Kaplica. 
I to wcale nie weselna.
Z rozżaleniem poprosiłyśmy więc wujka google o pomoc a ten skierował nas do krakowskiego, ślubnego zagłębia, czyli na ul. Długą. Omijałam to miejsce szerokim łukiem, ale jednak los jak zwykle postanowił zagrać mi na nosie.
Pełna nadziei (i bólu) pojechałam zatem do przybytku białej rozpusty. Jadę, rozglądam się za numerem naprędce zapisanym na ręce i wtem, jest! Jak byk: tkaniny ślubne. Pierwsza myśl  -jesteśmy w domu. Wpadam uradowana, z uśmiechem numer pięć na pyszczku i już po przekroczeniu progu natrafiam na wzrok Właścicielki. Możecie mi wierzyć lub nie, nie jest to wzrok słodkiego misia. Jest to spojrzenie Królowej Matki, otoczonej swoją szlachtą, znudzoną polegiwaniem na półkach i stołach w gipiurowym królestwie. A w progu stoję ja, niedouczony plebs, któremu zachciało się wychodzić za mąż.

'Co to za suknia ma być? Jak ma wyglądać? Pokaż zdjęcie. TAKA?! Mhm...No mam tu taką koronkę. Dokładnie takiej szukasz. 220 zł. Za metr. Tak, za metr, dobrze usłyszałaś. A kto Ci ją będzie szył? Koleżanka? A wie jak? Bo wiesz...ja też szyję. Jaki kolor chcesz? Jak to obojętnie?! Tu jest jeszcze taka, ale ta pierwsza będzie lepsza. To jak? Tniemy? Tak z cztery - pięć metrów potrzebujesz. Sześć? A kto Ci tak powiedział!? Aha. Nie trzeba aż tyle, na pewno nie trzeba, ja Ci mówię'.

Na moje nieśmiałe stwierdzenie, że dziękuję bardzo, ale muszę się zastanowić i to wszystko skonsultować: 'bo wie Pani, ja nie jestem tym typem panny młodej, dla której droga suknia ślubna to priorytet', 'Alfa i Omega' dostała duszności (ja w tym czasie na szybkości w głowie przypominałam sobie zasady pierwszej pomocy) i ni z gruchy, ni z pietruchy, jak mi nie zagrzmi caps lockiem... 'Co też Pani opowiada!? Czy pani żartuje!? Pani jest Panną Młodą! To jest suknia ślubna! TO MA BYĆ NAJDROŻSZA I NAJPIĘKNIEJSZA SUKNIA JAKĄ PANI W ŻYCIU BĘDZIE MIAŁA'. Po wpadnięciu w chwilowy stupor (co nie zdarza mi się zbyt często) oraz podziękowaniu w duchu, że nie zebrałam jeszcze po łbie całą szpulą muślinu, powiedziałam do widzenia i uciekłam.
Tak, dobrze przeczytaliście.
Spierniczałam ile sił w nogach.
Gdybym była postacią z kreskówki w drzwiach pozostałaby po mnie idealnie wykrojona dziura.
Pedałowałam tak, jakbym pod dupcią miała najszybsza kolarkę i tylko przez ramię od czasu do czasu patrzyłam czy aby nie ruszył za ślubną ignorantką jakiś pościg.
Myślisz film sensacyjny, a to samo życie.

By historia miała zakończenie, najlepiej dobre, powiem Wam, że upragnione materiały w końcu z Asią dostałyśmy (a dokładnie Asia dostała. Gdyby nie Ona i Jej poświęcenie to do ołtarza szłabym na golasa). Co prawda nie na miejscu, ale za to z przygodami, wybieraniem wzorów przez Facebooka i przynajmniej dwa razy taniej niż to się zapowiadało. Można? Można!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - odkupiona od Sary; torebka - Parfois; rzymianki - Mango




24 komentarze:

  1. Aż tu z insta wlazłam, żeby zobaczyć skąd, a tu taki psikus-odkupiona :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona jest z jakiegoś choies czy innego romłe:< Ale była dostępna jakiś rok temu:<

      Usuń
  2. no teraz to musimy się zmierzyć moja droga :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och będziemy się mierzyć, będziemy:D

      Usuń
  3. Fajny look:)
    Świetna sukienka !
    http://www.khatstyle.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. przygody przygody !
    ładne światełko we włoskach :)

    OdpowiedzUsuń
  5. chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknej białej sukienki!! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och dziękuję <3 Nie mam pojęcia jak Sara mogła chcieć ją sprzedać:D

      Usuń
  6. Śliczna sukienka :) A ta historia o sukni, całkiem zabawna. Dobrze, że wszystko zakończyło się sukcesem. Świetnie napisane, to przede wszystkim.

    Pozdrawiam,
    VANILLAMADNESS.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Idź w tej sukience, jest PRZEBOSKA! (chyba że chcesz sprzedać to wtedy aj baj aj baj:D) Te buty tak wiązane wysoko trochę mi się nie podobają, no ale to Tobie ma się podobać;)

    To taki tatuaż masz fajny na boku?

    I bardzo jestem ciekawa oprawy ślubnej, wiadomo, że to nie najważniejsza sprawa, ale ja, jako postronny obserwator z przyjemnością pocieszę oczy:) Powodzenia w organizacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och ja te buty kocham jak nie wiem co:) Bardzo fajnie na nogach wyglądają IMO:) A sukienki nie sprzedam - póki co;) na razie pozbywam się innych rzeczy z szafy (na fanpejdżu wielkie sale:P)

      A no mam:) Się troszeczkę pomalowałam gdzieniegdzie:)

      A oprawa jak oprawa, ja już naprawdę bardzo chcę żeby było po wszystkim:)

      Usuń
  8. Widzę, że nie tylko ja mam takie podejście do wesela:) czekam na zdjęcia ślubne:))

    OdpowiedzUsuń
  9. No jest piękna :) Gratki dla pamysłodawczyni i wykonawczyni ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. ładna sukienka

    http://iamemilia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Ale historia! ;) Czekam z niecierpliwością na jakieś zdjęcie twojej sukni ślubnej :)
    A sukienka powyżej jest cudna!

    OdpowiedzUsuń
  12. A ta sukienka też jest śliczna, do ołtarza w niej śmigaj! ;D Jestem bardzo bardzo ciekawa Twojej najpiękniejszej i najdroższej sukni w życiu hahah! :D Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och nie ma co, nie będzie to nic bardzo szałowego:)

      Usuń
  13. pytanie : /moim zamiarem nie jest złośliwość, tylko ciekawość no i wyczulenie na hmm...hipokryzje?/. skoro masz takie podejście do ślubu, wesela i tej całej weselnej i ślubnej szopki to po co się w to pakujesz? czy nie lepiej jest wydać te pieniądze na coś innego niż wyżerka i tance dla dalekiej i jeszcze dalszej rodziny? /podróż, wkład w mieszkanie, datek na pieski w schronisku czy po prostu załadować do skarpety żeby czekały na "czarną godzinę"/. po co robić coś, co uważasz za śmieszne, załosne i generalnie traktujesz jako zło konieczne? to trochę trąci hipokryzją i jest po prostu głupie i nielogiczne.
    generalnie mam chyba podejście podobne do ślubu co Ty, w ogóle mnie to nie bawi, nie raduje i nie odczuwam potrzeby planowania przez rok kilkugodzinnej imprezy. nie jestem typem "panny młodej", która uważa ze to najważniejszy dzien w jej życiu i że to wspaniałe dzielić go z rodziną, której nawet dobrze nie znam. więc po prostu organizują obiad/może grill/ dla najbliższej rodziny/przyjaciół a pieniądze, które teoretycznie wydałabym na wesele przeznaczam na inny cel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, mam takie samo zdanie na ten temat jak Ty, jednakże oboje z Pawłem mamy Rodziców, którzy niestety trochę mocno wymogli na nas to wesele. Jest jak jest, po wielu walkach, rozmowach i awanturach stanęło na kameralnej imprezie. Nie jestem osobą, która na złość wszystkim po kryjomu weźmie ślub i potem to rozgłosi - choć takie pomysły były. Wychodzę z założenia, że grunt to wypracować jakiś kompromis by wszyscy byli zadowoleni. Dlatego nasze wesele nie jest wielką impreza na 200 osób. Ba! Nie jest nawet na 100.
      Nie pasuje mi to, że nasi Rodzice uparli się by nam w tym wszystkim pomóc, bo jednak pieniądze, które Oni tez w to włożą bardziej przydałyby się na kupno nowego mieszkania. Możesz mi wierzyć lub nie, ale jestem już potwornie zmęczona rozmowami i przekonywaniem, jak bardzo to wszystko jest zupełnie zbędne. Nie jest to jednak okoliczność traumatyczna, oboje nie umrzemy przez to, że przez noc pobawimy się w gronie najbliższych, bo tylko takie osoby są zaproszone na to nasze wesele. Nie ma dalszej rodziny, ani nawet bliższej z którą nie utrzymujemy kontaktu. Oczywiście można mi zarzucić hipokryzję, ale nie znając całego 'zaplecza' po prostu chyba też nie wypada:) Dlatego też przy każdej okazji wychodzi ze mnie ogromny dusigrosz, bo na litość Boską - suknia ślubna którą założę na 10 godzin i nigdy więcej za min 3 tys. jest jednak najbardziej chorą rzeczą świata.
      Mam nadzieję, że troszkę chociaż wyjaśniłam naszą sytuację:) Ściskam ogromnie!

      Usuń
    2. eh...tak też myślałam że duża w tym sprawka Waszych rodziców. Niestety w Polsce często jest takie głupie przekonanie, że "wesele jest dla rodziny", a nie dla najważniejszych osób w tym całym zamieszaniu czyli pary młodej. O ile moi rodzice nie nalegają na wesele to rodzice M. juz tak. Więc postawiliśmy sprawę dość jasno - albo przestaną nas zadręczać o wesele i przyjmą opcję która NAS zadowala albo bedzie ślub po kryjomu i nawet nie bedą wiedzieli kiedy. Przyjęli to z mniejsza lub większą godnością, ale wiem, że mają to za złe. Ale wiem też, że wielu moich znajomych nie może/nie chce sobie pozwolić na postawienie sprawy "na ostrzu noża" bo skończy się to rodzinną awanturą, wydziedziczeniem itp.
      Tak czy siak, współczuję, że macie taką sytuację, bo to jest totalny absurd, że ktoś kto powinien teoretyczie najbardzije cieszyć się z wesela nie może się doczekać aż będzie po. Powodzenia i oby impreza była udana. Mimo wszystko:)

      Usuń
    3. No dokładnie, a że jak powiedziałam, staram się wszystko wyśrodkować - gdzie mogę i chce to ustępuję, więc stanęło na kameralnej imprezie wśród najbliższych. Wszyscy są ukontentowani, ja mam do tego podejście totalnie luzackie, ostatnio więcej przy tym śmiechu niż stresu. Póki co wszyscy są zadowoleni, a ja staram się być na tyle stanowcza by rodzinka nie weszła mi na głowę (a stanowcza i uparta potrafię być bardzo:P). To jest NASZ dzień i jeśli już tak bardzo chcą imprezę to ona będzie po naszemu (niech im się to nawet czkawką odbije:P). Też mam nadzieję, że będzie fajnie - w sumie to chyba jedyna rzecz którą się przejmuję - by wszyscy się super wybawili:) Dzięki i trzymam kciuki za wasz 'bunt'. GO GIRL!:)

      Usuń