Nie jestem żadną księżniczką (choć moja Matula bardzo by chciała), a jedyny tytuł szlachecki jaki posiadam to Królowa Batatów, więc większej wagi do odzienia ślubnego nie przywiązywałam. Mało tego, na samą myśl o wyciosaniu z sakiewki milionów monet na one night dress wywracał mi się mózg i pokazywał na pewno znany wszystkim obrazek z Marią Skłodowską - Curie mówiącą: 'Tu się jebij'. Na samą myśl o turnee po salonach z wyspecjalizowaną w tym temacie odzieżą i udręce z paniami (głównie starszymi) pełniącymi rolę alfy i omegi w tychże instytucjach, przywdziewałam wyciągnięty dres z białym tiszertem i uznawałam to za idealny strój na powiedzenie sakramentalnego tak.
Sami widzicie - Panna Młoda jak w mordę strzelił.
Jednakże, co by nie wiem jak tematu unikać, w czymś na swój własny ślub iść trzeba i nawet powinno się jako tako wyglądać. Razem więc z cudotwórczynią Asią ustaliłyśmy co chcę i czy takie coś się da i z refleksem godnym najlepszego leniwca postanowiłyśmy wziąć się do pracy, czyt. zaopatrzyć w potrzebne do tego przedsięwzięcia atrybuty.
Koronki znaczy się.
Dokładnie metrów sześć.
I tu napotkałam na mur, na który składały się krakowskie hurtownie materiałów pokazujące mi środkowy palec na mą potrzebę kupna wysublimowanej tkaniny której przeznaczeniem nie jest firanka tudzież piękny, odświętny obrus.
Kaplica.
I to wcale nie weselna.
Z rozżaleniem poprosiłyśmy więc wujka google o pomoc a ten skierował nas do krakowskiego, ślubnego zagłębia, czyli na ul. Długą. Omijałam to miejsce szerokim łukiem, ale jednak los jak zwykle postanowił zagrać mi na nosie.
Pełna nadziei (i bólu) pojechałam zatem do przybytku białej rozpusty. Jadę, rozglądam się za numerem naprędce zapisanym na ręce i wtem, jest! Jak byk: tkaniny ślubne. Pierwsza myśl -jesteśmy w domu. Wpadam uradowana, z uśmiechem numer pięć na pyszczku i już po przekroczeniu progu natrafiam na wzrok Właścicielki. Możecie mi wierzyć lub nie, nie jest to wzrok słodkiego misia. Jest to spojrzenie Królowej Matki, otoczonej swoją szlachtą, znudzoną polegiwaniem na półkach i stołach w gipiurowym królestwie. A w progu stoję ja, niedouczony plebs, któremu zachciało się wychodzić za mąż.
Z rozżaleniem poprosiłyśmy więc wujka google o pomoc a ten skierował nas do krakowskiego, ślubnego zagłębia, czyli na ul. Długą. Omijałam to miejsce szerokim łukiem, ale jednak los jak zwykle postanowił zagrać mi na nosie.
Pełna nadziei (i bólu) pojechałam zatem do przybytku białej rozpusty. Jadę, rozglądam się za numerem naprędce zapisanym na ręce i wtem, jest! Jak byk: tkaniny ślubne. Pierwsza myśl -jesteśmy w domu. Wpadam uradowana, z uśmiechem numer pięć na pyszczku i już po przekroczeniu progu natrafiam na wzrok Właścicielki. Możecie mi wierzyć lub nie, nie jest to wzrok słodkiego misia. Jest to spojrzenie Królowej Matki, otoczonej swoją szlachtą, znudzoną polegiwaniem na półkach i stołach w gipiurowym królestwie. A w progu stoję ja, niedouczony plebs, któremu zachciało się wychodzić za mąż.
'Co to za suknia ma być? Jak ma wyglądać? Pokaż zdjęcie. TAKA?! Mhm...No mam tu taką koronkę. Dokładnie takiej szukasz. 220 zł. Za metr. Tak, za metr, dobrze usłyszałaś. A kto Ci ją będzie szył? Koleżanka? A wie jak? Bo wiesz...ja też szyję. Jaki kolor chcesz? Jak to obojętnie?! Tu jest jeszcze taka, ale ta pierwsza będzie lepsza. To jak? Tniemy? Tak z cztery - pięć metrów potrzebujesz. Sześć? A kto Ci tak powiedział!? Aha. Nie trzeba aż tyle, na pewno nie trzeba, ja Ci mówię'.
Na moje nieśmiałe stwierdzenie, że dziękuję bardzo, ale muszę się zastanowić i to wszystko skonsultować: 'bo wie Pani, ja nie jestem tym typem panny młodej, dla której droga suknia ślubna to priorytet', 'Alfa i Omega' dostała duszności (ja w tym czasie na szybkości w głowie przypominałam sobie zasady pierwszej pomocy) i ni z gruchy, ni z pietruchy, jak mi nie zagrzmi caps lockiem... 'Co też Pani opowiada!? Czy pani żartuje!? Pani jest Panną Młodą! To jest suknia ślubna! TO MA BYĆ NAJDROŻSZA I NAJPIĘKNIEJSZA SUKNIA JAKĄ PANI W ŻYCIU BĘDZIE MIAŁA'. Po wpadnięciu w chwilowy stupor (co nie zdarza mi się zbyt często) oraz podziękowaniu w duchu, że nie zebrałam jeszcze po łbie całą szpulą muślinu, powiedziałam do widzenia i uciekłam.
Tak, dobrze przeczytaliście.
Spierniczałam ile sił w nogach.
Gdybym była postacią z kreskówki w drzwiach pozostałaby po mnie idealnie wykrojona dziura.
Pedałowałam tak, jakbym pod dupcią miała najszybsza kolarkę i tylko przez ramię od czasu do czasu patrzyłam czy aby nie ruszył za ślubną ignorantką jakiś pościg.
Myślisz film sensacyjny, a to samo życie.
By historia miała zakończenie, najlepiej dobre, powiem Wam, że upragnione materiały w końcu z Asią dostałyśmy (a dokładnie Asia dostała. Gdyby nie Ona i Jej poświęcenie to do ołtarza szłabym na golasa). Co prawda nie na miejscu, ale za to z przygodami, wybieraniem wzorów przez Facebooka i przynajmniej dwa razy taniej niż to się zapowiadało. Można? Można!
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
sukienka - odkupiona od Sary; torebka - Parfois; rzymianki - Mango









