niedziela, 6 września 2015

Pump Your Veins With Gushing Golds


Ostatnie trzy tygodnie były dla nas totalną magią i oderwaniem od rzeczywistości. Nic nie mogło popsuć nam nastrojów, a uśmiechy nie schodziły nam z paszczy choćby na sekundę. Ja wiem, że teraz pomyślicie: 'Na litość zielonego boru, ileż można rzygać tęczą', ale zaprawdę powiadam Wam, sama nie sądziłam, że aż tak długo. Zaraz po Wielkim Cytrynowym Weselu rozpoczęliśmy Wielkie Cytrynowe Gastrowczasy. Zastanawiałam się czy może tego wakacyjnego wpisu nie podzielić na dwa bo zdjęć jest całkiem sporo, ale co tam. Za oknem szaro, powietrze pachnie jesienią więc należy nam się trochę słońca i pogodnego nieba.

Lecimy zatem z tym koksem.

Naszym pierwszym wakacyjnym przystankiem była Łódź w której to odwiedziliśmy naszych przyjaciół i z którymi ruszyliśmy w rajd śladem łódzkich murali. Było na to naprawdę niewiele czasu ponieważ dwadzieścia cztery godziny później mieliśmy być już nad morzem, dlatego cały ten dzień intensywnością sięgnął poziomu: HARD.
Było wietrznie, słonecznie i cudownie. Łódź niezaprzeczalnie ma klimat i spodobała nam się od momentu wyjścia z autobusu. Z resztą, za nią, jak i za przyjaciółmi już bardzo tęsknimy (oraz za przygotowaną dla nas uber pyszną tortillą) i nie możemy doczekać się kolejnego spotkania. Wszak nie wszystkie murale udało nam się zobaczyć, a wina jest jeszcze sporo do wypicia.


Z dedykacją dla Freciocha
Łódź jak widać się buduje.
No trzeba mieć takie zdjęci z Łodzi. Po prostu trzeba.
W Pan Tu Nie Stał zaopatrzyłam się w najpiękniejszą książkę kucharską świata. Prawdziwy gastrofazowy, jesienny niezbędnik.

Dokładnie w dobę po wylądowaniu w Łodzi ruszyliśmy dalej do Trójmiasta rozkoszować się morzem, plażą i wrzaskiem mew. Ponieważ sierpień jest jednak środkiem sezonu rozkoszowaliśmy się tak jakby trochę mniej. Absolutnie nie było nam z tego powodu smutno, ponieważ wysiadając z naszego środka transportu stwierdziliśmy, że bywamy tu na tyle często, że właściwie nie czujemy już jakbyśmy przyjeżdżali na wakacje tylko po prostu ot tak. Do siebie. Dwa przedpołudnia spędziliśmy zatem na spacerze wzdłuż Bałtyku, a raczej omijaniu zaludnionych gęsto miejsc i odkrywaniu nowych (Gdańsk miał dla nas jeszcze kilka ukrytych niespodzianek). Był tez wieczorny szampan na plaży w doborowym towarzystwie Ady i Jej męża (nasze coroczne spotkania stały się już tradycją), było też nienormalnie błękitne niebo. 


Tym razem jednak większą część urlopu postanowiliśmy spędzić w Gdyni. Będąc w Trójmieście rok temu, Paweł podjął wielkie wyzwanie przekonania mnie do tego miasta i muszę przyznać, że w stu procentach mu się to udało. Dlatego teraz nie pozostało nam nic innego jak przemierzać Gdynię wzdłuż i wszerz i poznawać jej zakamarki. Uwiodła nas, nasze podniebienia i kończyny, kiedy po kilometrowych spacerach odpoczywaliśmy ukryci pod falochronem.

I should buy a boat.
Hello my Dear Friend. Po roku znowu się spotykamy.

Wielkie Cytrynowe Gastrowczasy nie byłyby gastrowczasami bez jedzenia. A jego mieliśmy dostatek. Nie od dziś wiadomo, że w życiu najważniejsze są: jedzenie, sen i seks więc na całego postanowiliśmy korzystać z dobrodziejstw trójmiejskich stołów (i mowa tu tylko o jedzeniu! Zboczuchy.). Przez ostatni rok z wypiekami na puckach obserwowałam ogromny wysyp fajnych knajp na gdańskiej i gdyńskiej mapie i po prostu nie mogłam się doczekać odwiedzenia oraz spróbowania tych wszystkich specjałów na których widok dostawałam ślinotoku. 


Pikawa od wielu lat na stałe gości w naszych sercach i w naszej trójmiejskiej czasoprzestrzeni. Pascha, Bambo w lesie, koktajle i przede wszystkim HERBATY to dokładnie to co lemony lubią najbardziej. I mimo, że odkryliśmy kilka nowych, świetnych miejsc to właśnie tu zawsze wracamy na drugie śniadanie, podwieczorek czy też spotkanie ze znajomymi.


Od naszego pierwszego spotkania z Gdańskiem zawsze nocujemy we Wrzeszczu i zawsze ubolewaliśmy, że nie ma za bardzo tam lokalu w którym nasz niekończący się głód mógłby być zaspokajany. Do teraz. W Fukafe po każdym posiłku będziecie odmawiać modlitwę: 'Boże jakie to było dobre'. Spędzicie tam godziny, a po zjedzeniu marchewkowego pesto będziecie płakać, że to już koniec. Poważnie.


Kolejnym przystankiem na Wajdeloty, a już raczej w jej sąsiedztwie, był Kurhaus, który oczarował nas wnętrzem i upił Prosecco. Nie dziwię się, że jest to właściwie najbardziej oblegane miejsce na tej ulicy bo wieczory spędzane w tej knajpie mijają totalnie beztrosko i po prostu nie chce się stamtąd wychodzić. Do tego zapas planszówek i oboje jesteśmy kupieni. #lemonapproved (niech Was nie zmylą puste stoliki, całe towarzystwo zaległo na zewnątrz).


Naszym śniadaniowym odkryciem jednogłośnie okrzyknęliśmy Mitte Chleb i Kawa. Maleńkie, ukryte w kamienicy i bardzo przytulne miejsce z którego zapach czarnego napoju i pysznego pieczywa roznosi się na całą ulicę. Kanapki są przesmaczne, a za wypitą tam kawą Paweł pisze tęskne poematy. Cud, miód, orzeszek. 


W Gdyni nasze serca, a raczej żołądki zostały podbite przez ekipę w Bliżej, do tego stopnia, że razem z Fukafe znajdują się na pierwszym miejscu naszej gastrfazowej top listy. Naprawdę mogłabym o jedzeniu tutaj robić laurki. Z resztą co tu dużo mówić, zjadłam tu swoją kanapkę życia (wypiekana na miejscu buła barwiona atramentem z mątwy, z roast beefem, serem i ogórkiem, a do tego frytki z marchewki. FRYTKI Z MARCHEWKI. How cool and delicious is that!?) i wypiłam najlepszą lemoniadę. Do tego sam klimat miejsca, wygląd i Dziewczyny pracujące za barem (loficam miłością nieskończoną). Tu po prostu trzeba przychodzić i tu po prostu trzeba jeść. Wszystko. 


W Gdyni zawitaliśmy tez do Mikroklimatu, którego mikroklimat idealnie wpisał się w moją estetykę. Wnętrze jest tak ciepłe, piękne i przytulne, że naprawdę nie chce się stamtąd wychodzić. Do tego desery podawane w słoiczkach pieszczą podniebienie przy każdej łyżeczce coraz bardziej. Objadaliśmy się zatem kubeczkiem z musem z tapioki i sosem mango, słodkościami zrobionymi na jaglance z dodatkiem ciastek i malinowym sosem oraz truskawkowym tiramisu. Po prostu niebo uwięzione w pod zakrętką.


Wszyscy wszędzie piszczeli na temat tego miejsca, więc nie mogło być tak, że i my tam nie zajrzymy. Serio oczarowało nas fantastycznym dizajnem, przemiłą obsługą i szybkością podawania dań. Jednak jeśli mam być szczera nie doskoczyło do poprzeczki wysoko postawionej przez wspomniane wcześniej knajpy. Pizza była smaczna, lekka, na cienkim cieście, ale dupki ani mnie, ani Pawłowi nie urwała. Może nie trafiliśmy akurat w specialite de la maison, a może moje oczekiwania były po prostu za duże, w każdym razie nie było to to czego się spodziewałam. Na pewno jednak damy jeszcze temu lokalowi szansę, bo naprawdę miło było tu posiedzieć. Serio.

_________________________________________________

Sporo w trakcie tego wyjazdu widzieliśmy i wiele kilometrów było nam dane przejść. Dzięki Bogu z resztą, bo po ilości zjedzonych smakowitości wyglądałabym już teraz jak sporej wielkości beczka. Mogę też chyba z pełna świadomością stwierdzić, że tegoroczne trójmiejskie odwiedziny były chyba najfajniejsze ze wszystkich. Odpoczęłam (co po ostatnich wydarzeniach było raczej wskazane), wyspałam się (tak, wesele dopiero udało mi się odespać w Gdańsku. Wyjazd do Łodzi o godzinie 5 rano i przyjacielskie posiadówy do trzeciej mi tego nie ułatwiły) i naładowałam baterie, a było to niezbędne by móc szaleć na ślubie mojego pięknego Kiziaka. To był naprawdę fantastyczny czas spędzony z bardzo bliskimi nam ludźmi, do granic wypełniony szczęściem i dobrą zabawą. Naprawdę dobrze rozpoczęło się to nasze wspólne 'zalegalizowane życie' i mimo, że od naszego Wielkiego Cytrynowego Wesela mijają właśnie trzy tygodnie to ciągle o nim opowiadamy, wspominamy i cały czas trzymamy się za ręce. Nie chce zapeszać, odpukać w niemalowane, ale kurcze, no super jest!

Ten widok nigdy mi się nie znudzi.
Damy z hipopotamem są lepsze od Damy z łasiczką.

zdjęcia robiłam ja (no i trochę zrobił też Paweł)

________________________♥_________________________



9 komentarzy:

  1. boju boju boju!! no tak mega szczerze życze wam żeby wasze dlasze wspólne życie na legalu :D było tak cudowne jak te trzy tygodnie!!! a jak będzie trochę gorzej to oglądajcie zdjecia i je wspominajcie i od razu bedzie lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdynia jest super i jest zdecydowanie niedoceniana. Tyle w temacie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam do końca! Gdzie mój pączek?
    Baaardzo smakowity wpis, aż chce się jechać do Trójmiasta, choćby zaraz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. lubię Cię czytać i wczuwać się w te wszystkie zdjęcia i klimaty :)

    super, że Wam super!

    OdpowiedzUsuń
  5. Też chciała bym jeść takie smakołyki i wyglądać tak jak jak Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale super wczasy! A Łódź uwielbiam, bardzo chętnie wybrałabym się na oglądanie murali :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Klimatyczne zdjęcia :) Zazdroszczę podróżowania jednorożcem! :D No, magia, no! :)

    OdpowiedzUsuń