W dzisiejszym wpisie ciuszki zejdą na dalszy plan. Nawet bardzo daleki. Będzie to miało związek z tym, co obiecałam sobie dawno temu, kiedy blogasek był jeszcze w powijakach, a ja nawet nie wierzyłam w jakiekolwiek jego powodzenie (jakbym nagle teraz zaczęła wierzyć). Mianowicie, powiedziałam sobie, że jeśli kiedyś, jakimś cudem, zrządzeniem losu czy przedziwnym zbiegiem okoliczności związanym z ułożeniem planet, stronę tę zacznie podglądać pińcet osób to, kurcze blade, trzeba to będzie jakoś odnotować.
Bo tak sobie myślę, że jeśli jakieś duszyczki tu zaglądają same z siebie, podglądają bez przymusu i obdarowują dobrym słowem to oprócz wystawienia im pomnika za cierpliwość, odwagę i same chęci należą im się ogromne podziękowania. Przecież prawda jest taka, że bez Was - Czytelników, prowadzenie takiego swoistego, szmatkowego pamiętnika miałoby dużo mniej sensu niż ma teraz (bo umówmy się, że jednak blog o tym co danego dnia mam na sobie ma tyle głębi i mądrości co ja starająca się obliczyć całkę). Nie zmienia to jednak faktu, że daje mi on, również dzięki Wam, dużo satysfakcji i po prostu takiej czystej radości. I wspaniale czyta się wiadomości od Was (na które wiem, wiem, potrafię odpisywać tempem żółwia na kacu, ale ja mam tak, że jak nie odpiszę od razu to potem mi głupio i im bardziej się ociągam bo: wyleci mi z głowy/zakręcę się jak ruski czołg/jestem łosioferem, to tym bardziej mi wstyd, że ktoś tyle czeka na te moje, nie za mądre kilka zdań i błędne koło się zamyka. Za to strasznie przepraszam - obiecuję poprawę) i w sumie to zastanawiam się za co aż tyle miłych rzeczy mnie spotyka.
Nie wiem jak jeszcze wyrazić mam taką w sumie wdzięczność za przesiadywanie tu ze mną, więc może po prostu powiem jedno wielkie, ogromnie szczere DZIĘKUJĘ. Mam nadzieję, że swoimi wywodami Was nie zanudzę, nie zniechęcę i nie zawiodę;)
Wracając teraz na sekund pięć do ubrań. Jak jest na zewnątrz - każdy widzi. Najbardziej cieszą mnie orzeźwiające krople deszczu sączące się z nieba (nie mówię tu o takich w trakcie burzy, przed którą uciekam przez pół Krakowa, zaliczam swój osobisty rekord prędkości na dwóch kółkach oraz omal nie schodzę z tego padołu po powrocie do domu) a najchętniej pacnęłabym się gdzieś na trawie/plaży tak jak mnie Pan Bóg stworzył. Troska o poziom estetyki i zdrowie psychiczne 'współleżakowiczów' jednakże nie pozwala mi na to, ale nie narzekam, jest lato - więc musi być gorąco. Wrzucam na siebie zatem ulubioną, luźną koszulkę i jeden z wyprzedażowych, miętusowych łupów. Wiem, że połączenie iście szalone, zawadiackie i normalnie zrywa gacie z pupencji wszystkim przechodniom, ale...do pracy nijak w niczym innym mi nie pasuje biegać. Z resztą doszłam ostatnio do wniosku, że cierpię na deficyt spódnic i fajnych tiszertów. A tak trudno mi znaleźć takie, które serce skradną i portfel pozostawią pusty.
Poniżej zdjęcia, na którym włączył się i mnie i Pawłowi tryb zombie. A ponieważ miałam bardzo intensywny, rowerowy tydzień, wylałam hektolitry potu i w ogóle ledwo stałam na nogach, także proszę Was o wybaczenie;)

zdjęcia - Paweł Kolankowski
koszulka - Sheinside; spódnica - Pull&Bear; pasek - sh; butki - Primark; teczucha - Parfois; pierdzień mocy - Szpiegowska sprawka
