niedziela, 25 marca 2012

Turn Into The Whole Wide World I Made Up

Większość osób, która mnie zna, wie, że okrutny ze mnie gapiszon. Zapominalska łajza, łosiofer i pierdoła. Potrafię łamać rękę potykając się o własne nogi, pomylić kołpak z bukłakiem (ale tylko nazwę, bez przesady wiem które do czego służy:>) i przez póltora roku nie zauważyć istniejącego prawie pod moim oknem lumpeksu. Mało tego, o jego bytności dowiedzieć się na tydzień przed jego zamknięciem. Biedna, zakręcona jak ruski czołg ja. 

Po chwilowym ogarnięciu sytuacji, zaliczeniu przysłowiowego facepalma nad swą umysłową biedotą wpadłam do niego niczym siejące spustoszenie tornado. Wśród przetrząsywanych przeze mnie wieszaków, na których, umówmy się, za wiele już nie zostało wisiał ON. Nie, nie, nie mówię tu o jakimś męskim ciastku, Pawłowej konkurencji, pozostawionym podczas zakupowego szału przez jakąś niewiastę. Dyndał, lśnił mieniącym się blaskiem (wiecie o czym mówię, te migające w naszych głowach iskierki kiedy to w zasięg naszego wzroku wpadnie ochach szmatka) i mówił 'bierz mnie'. Ponieważ serce mam dobre i na takie prośby obojętna nie jestem wzięłam w łapy owy marchewkowy płaszczyk. 

Rzecz działa się jakoś w listopadzie i z tego co pamiętam miałam w portfelu jakieś pińć złociszy. Z duszą na ramieniu szłam do kasy bo przecież taki kapok to pewnie na nieco więcej powinien być wyceniony. Ano powinien, ale...kosztował złotych trzy! Chyba nie muszę Wam opisywać swojej miny i radości jaką poczułam. Ciuch powędrował do jednorazówki i wraz ze mną do domu. No i tak czekał całą zimę na wieszaku, z niecierpliwością wyczekując wiosny. 


zdjęcia - Paweł Kolankowski

płaszcz - lumpek; sukienka - Zara kids; zakolanówki - prezencioch; torebka i buty - Parfois












środa, 21 marca 2012

Wiosenny Konkurs Atlantic






Jako, że dziś pierwszy dzień wiosny, nieco wietrzny i zachmurzony serwuję Wam moi mili małe rozweselająco - rozświetlające (niczym to nie świecące nam dziś słońce) konkursiwo.

O co chodzi? zapytacie.

Ano jak zwykle o ciuchy. Do zabawy potrzebujecie siebie i swoje przepastne szafy. Musicie wynaleźć w nich kolorowe, wiosenne szmatki, wrzucić na swe piękne ciałka, uwiecznić na kliszy (lub jak to teraz bywa - karcie pamięci) i wysłać do mnie na adres: panna.lemoniada@gmail.com
Im kolorowiej, słodziej i cudaśniej tym lepiej. Wiecie co mi się podoba i na co zwrócę uwagę.
Bo muszę Was ostrzec, że wyboru wśród Waszych zgłoszeń dokonam we własnej osobie ja sama. Samiusieńka.

Co do nagrody.

Wraz z organizatorem zaserwujemy Wam ultra kolorową i wiosenną kosmetyczkę, w której na pewno pomieszczą się wszystkie wasze bibeloty i Niezbędne Do Życia Rzeczory Bez Których Nie Można Się Obejść.
Mało tego!
Oprócz niej otrzymacie również (do wyboru) super klawe gatki na Wasze pupencje z nowej, Atlanticowej kolekcji.

Zatem hadzia nagrody!





Konkurs rozpoczyna się teraz, w tym momencie i trwa do 28.03.2012 roku. Osoby, które zgłaszają się do niego muszą mieć ukończone lat osiemnaście. Tu jak zrobicie KLIK wyskoczy Wam Regulamin.

Pamiętajcie, najważniejsza jest dobra, wiosenna zabawa, zatem do biegu (a raczej do szaf), gotowe, START!


edit: Trututum tu tuuum (fanfary)

Zwyciężczynią wiosenno - majtkowego konkursu zostaje...rozkwitająca nam niczym pączek kwiatu Marta!

Są pastelki, zakolanówki i warkocz, czyli wszystko to co uwielbiam. Ponadto ten wiosenny zestaw powalił mnie swego czasu z Jej bloga i przyznaję, że oniemiałam kiedy mi go podesłała.

Gratuluję!

Dziękuję również pozostałym ślicznym Pannicom bo dzięki Nim miałam ciężki orzech do zgryzienia. Był szał w trampkach. Poważnie.




niedziela, 18 marca 2012

You're An Ocean and The Salt Air

Pogoda jaka jest każdy widzi, nie ma co się tu rozpisywać. Jest piękno, miłość i ciepło. Wiosna jak w morde strzelił. Budzą nas ćwierkające ptaki, promienie słońca wdzierają się do domu przez szczeliny żaluzji...błogość i zen. Nic tylko wypatrywać pierwszych pąków na drzewach.

My na tę pogodową okoliczność wybyliśmy w górskie, Pawłowe strony i tam rozkoszowaliśmy się rozkręcającą się po zimie przyrodą. Zaserwowałam sobie lekkie odmóżdżenie (ekhm, że niby coś pod tą rudą kopułą jest), a już totalnie opłynęłam dzisiejszego poranka kiedy to na tarasie spokojnie mogłam ściągnąć sweter i wystawić mordkę do słońca. Gdyby nie to, że po raz kolejny dopadła mnie kontuzja odnóża to i pewnie poskakałabym po szczytach niczym prawdziwa kozica a tak musiałam zaspokoić się leniwymi spacerami wzdłuż Grajcarka.

Ciuszki to to praktycznie same 'blogerskie łupy', wykradzione ukochanym Dziewczętom z ich przepastnych szaf. Mamy zatem koronkowa kiecuchnę od Zuzy, koszulkę brzoskwiniową (?) z giga kokardą od Bloo i podkolanówki zasponsorowane przez Szpiegulę. Do tego ulubiony HaMowy sweter i baleriny słodkie jak biała czekolada. A skoro o niej mowa to idę wkitrasić kilka kostek bo chyba z tego całego podniecenia ulubioną porą roku spadł mi cukier w organizmie (jakoś to moje obżarstwo muszę sobie tłumaczyć prawda?:>)



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka -  Zuzka - Kluska Shop; koszulka - Bloo.ve; sweter, butki - H&M; teczucha - Parfois; podkolanówki - Szpiegulowy Skrzat, pierdzienie mocy - Accessorize










niedziela, 11 marca 2012

Broken In A Song

Chyba nie ma nic bardziej działającego na nerwy jak nowy ciuch, który po kilku dniach noszenia nadaje się do kosza. Mało tego, omal do niego nie trafia. I to nie z winy producenta, nie z własnej tylko ot, z powodu złośliwości rzeczy martwych.
Zapraszam Was zatem do przeżycia ze mną historii pełnej grozy, dramatów i rozpaczy.

Zaczęło się jakże bajkowo. Piękne słońce, przyjemne ciepło lejące się z nieba, śpiew ptaków a we włosach wiatr...wiosna pełną gębą. Nic nie zapowiadalo mającej nadejść za kilka godzin tragedii. Nieśpieszna wycieczka krakowskimi uliczkami, odwiedzanie ulubionych zakamarków do których w jeszcze nie tak dawne mrozy nie było nam śpieszno, ba! odkrywanie nowych rowerowych skrótów...jednym słowem sielanka. W głowie rozbrzmiewała mi tytułowa melodia a ja oddawałam się dwukołowej rozkoszy.

Wszystko to miało brutalne zakończenie w momencie wtoczenia się do klatki schodowej. A dokładnie mówiąc w chwili gdy podniosłam Pawłowy rower (żeby nie było, że ja biedna wykorzystywana jestem okrutnie niczym w jakimś obozie pracy. Co to to nie, pełna współpraca, po prostu moje dwa kółka są dwa razy cięższe niż Jego;>). Na moich pięknych, praktycznie nowych, nie mających jeszcze nawet dziesięciu dni, a ubranych może cztery razy spodniach pojawiła się turbo, gigantyczna czarna, smarowa maź. Świeczki mi w oczach stanęły, nerw podskoczył na niebezpiecznie wysoki pułap i zaczęła się akcja ratownicza. Pranie, babranie masłem oraz wypłukiwanie Ludwikiem nie dało rady. Smar wżarł się w gacie i nie chciał puścić. Ja rozumiem, że pastelowe, że ponoć sezonu hit ale durna mazio masz miętusowy rower to Ci powinno wystarczyć. Od moich spodni wara. W momencie gdy zauważyłam, że od szorowania znika jedynie ich kolor a nie plama dałam za wygraną. Przyznaję się bez bicie wywiesiłam białą flagę i poszłam chlipnąć w kąt. Wtedy to, niczym superbohater z powiewającą na wietrze peleryną, z pomocą przyszedł Paweł i wynaleziona przez Niego pasta BHP (bo jak wiadomo BHP jest najważniejsze).
Rozpoczęło się ostatnie starcie.
Lemonek vs. tłusta i niezwykle uparta plama.
I jak to bywa w tych wszystkich 'zagramanicznych' filmach na końcu, ja niczym Harry Potter w pojedynku z Voldemortem, jak ta porucznik Ripley w ostatecznym starciu z Obcym zaczęłam wygrywać. Tak moi Mili, to była moja chwila.
Triumf nadszedł dziś rano, kiedy to po wysuszniu pantalonów doszłam do wniosku, że jaśniejszy kolor na jednej nogawce nie rzuca się aż tak bardzo w oczy, może nawet nieświadome mojej tragedii osoby nie zauważą różnicy.
Mission completed, a ja się odmeldowuję.


zdjęcia - Paweł Kolankowski

spodnie - Zara; płaszcz - Asos; marynarka - Armani - vintage; pasiak - H&M; jeansowa koszula - od Bloo.; torebunia, orzełek i brochy - Parfois; trampeczki - Converse













niedziela, 4 marca 2012

I Just Wana Be Your Friend, Is It Ever Gonna Be Enough?

Na wczorajszy dzień czekałam od poniedziałku. Zapowiedź pięknej pogody, ciepła i generalnie wiosennej atmosfery sprawiała, że mniej więcej pińć razy dziennie sprawdzałam prognozy czy aby jakaś deszczowo - śniegowo - apokaliptyczna niespodzianka w weekend się nie szykuje. Plan całodziennego rowerowania działał na mnie niezwykle kręcąco, nęcąco i podniecająco, więc uwierzcie odliczałam dni do soboty.

Wyruszyliśmy w poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny. Nie wiem czy grillujących Panów Dresów w parko - lasku można do tych oznak zaliczyć, ale jeżeli tak to ulubiona pora roku dotarła do naszej krainy. Co tam topienie marzanny! Kiedy osiedlowe dziunie wieczorową pora podrywają, kuszą swymi wdziękami i jakże wartościowym wnętrzem tych jeszcze niewinnych, ale już nadmiernie rozbudowanych chłopców to niechybny znak, że zima odeszła w siną dal. A niech tylko spróbuje wrócić, bo 'czegoś zapomniała'...zdzielę z buta w miejsce w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę tak, że dotrze do nas znowu dopiero za dwa lata. Może się mnie już bać.

Z nowości w tym zestawie pragnę Wam przedstawić króliczkowy sweter kupiony na przecenach za 30 czy 40 złotych polskich. Przyznaję, że połączenie go z grochową sukienką uczyniło te dwie części garderoby nieodłączne. Do tego granatowe, idealnie lemoniadowe buciki, które już nie mogły doczekać się dnia kiedy popedałują ze mną w świat. Mrozowe obuwie zostało zakonserwowane i umieszczone w najciemniejszym domowym kącie i choćby nie wiem co, nie mam zamiaru już go wyciągać.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

płaszcz - Asos; sukienka - Romwe; sweter - House; butki i teczucha - Parfois