Większość osób, która mnie zna, wie, że okrutny ze mnie gapiszon. Zapominalska łajza, łosiofer i pierdoła. Potrafię łamać rękę potykając się o własne nogi, pomylić kołpak z bukłakiem (ale tylko nazwę, bez przesady wiem które do czego służy:>) i przez póltora roku nie zauważyć istniejącego prawie pod moim oknem lumpeksu. Mało tego, o jego bytności dowiedzieć się na tydzień przed jego zamknięciem. Biedna, zakręcona jak ruski czołg ja.
Po chwilowym ogarnięciu sytuacji, zaliczeniu przysłowiowego facepalma nad swą umysłową biedotą wpadłam do niego niczym siejące spustoszenie tornado. Wśród przetrząsywanych przeze mnie wieszaków, na których, umówmy się, za wiele już nie zostało wisiał ON. Nie, nie, nie mówię tu o jakimś męskim ciastku, Pawłowej konkurencji, pozostawionym podczas zakupowego szału przez jakąś niewiastę. Dyndał, lśnił mieniącym się blaskiem (wiecie o czym mówię, te migające w naszych głowach iskierki kiedy to w zasięg naszego wzroku wpadnie ochach szmatka) i mówił 'bierz mnie'. Ponieważ serce mam dobre i na takie prośby obojętna nie jestem wzięłam w łapy owy marchewkowy płaszczyk.
Rzecz działa się jakoś w listopadzie i z tego co pamiętam miałam w portfelu jakieś pińć złociszy. Z duszą na ramieniu szłam do kasy bo przecież taki kapok to pewnie na nieco więcej powinien być wyceniony. Ano powinien, ale...kosztował złotych trzy! Chyba nie muszę Wam opisywać swojej miny i radości jaką poczułam. Ciuch powędrował do jednorazówki i wraz ze mną do domu. No i tak czekał całą zimę na wieszaku, z niecierpliwością wyczekując wiosny.
zdjęcia - Paweł Kolankowski
płaszcz - lumpek; sukienka - Zara kids; zakolanówki - prezencioch; torebka i buty - Parfois

