Zbliża się nam koniec roku, ale na podsumowania przyjdzie jeszcze czas w następnym pościaku. Póki co nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, a 'dwa tysiące dwunastki' przed Sylwestrem. Na razie jeszcze dochodzę do siebie po świętach, wspaniałych 'omomom' dobrodziejstwach i niosącym ulgę lenistwie. Urlopuję się do nowego roku, wysypiam i tworzę wielkie plany na przyszłość. Muszę przyznać, że dla mnie jest to nie byle co, bo nigdy jako takich postanowień sobie nie wymyślałam (pragnienia przejścia na dietę wraz z pierwszym stycznia nie biorę pod uwagę) i po raz pierwszy będę miała okazję próbować w nich wytrwać. Trzymajcie kciuki. Na razie nic nie zdradzam, coby nie zapeszać, ale macie moje słowo, że na pewno na bieżąco będę Was o wszystkim informować.
A jak Wam minęły te krótkie, świąteczne dni? Choinka uginała się pod bombkami? Wasze brzuchy są ukontentowane, a chęć pozyskania nowych prezentów zaspokojona? Chwalcie się!
Ja póki co rozkoszuję się jeszcze wspaniałą pogodą. Grudzień rozpieszcza mnie marcowym klimatem i mam wrażenie, że za rogiem już czai się wiosna. Zima - Franca pewnie uśpić chce moja czujność, by w momencie, kiedy najmniej się będę tego spodziewała, pierdyknąć mrozem tak, że bez zapatulenia się w dwa koce nie wyściubię nosa z domu. Phi, z domu. Na klatkę schodową nawet głowy nie wychyle. Póki jednak można, hasam z kwiatem we włosach, jelonkami (- lemonkami) na klacie i upragniona, burbundową spódnicą. Heja, lowe i cmok, cmok!
zdjęcia - Paweł
spódnica - SheInside.com; sweter - House; sukienka z białym kołnierzykiem - Filthy Magic; płaszcz - Asos; teczka - Parfois; opaska - Oysho; rękawiczki - H&M; buty - byłam grzeczna w tym roku i przyniosła mi je Gwiazdka;)
