Najfajniejsze co może być w niedzielne, późne popołudnie, to padnięcie pozytywnie zmęczonym na kanapę i wywalenie bolących od spaceru nóg na stół. To świadomość spędzonych ostatnich kilku wolnych dni w sposób totalnie fantastyczny z totalnie fantastycznymi ludźmi.
Było więc kino (nowi Avengersi omomom, nie rozumiem czemu niektórym się nie podoba) były rowery, było pyszne jedzenie i co najważniejsze były spotkania i odwiedziny. Nie byle jakie, tylko te na które czeka się dosłownie cały rok. Jak na gwiazdkę. Jak na urodziny.
Nie mogłyśmy się zatem z towarzyszką Maoam nagadać, naśmiać i napatrzeć na siebie. Do tego nastąpiła kumulacja miłości ponieważ nie tylko Ona postanowiła wpaść w ten weekend do Krakowa. Mam zatem trochę zdrętwiałe pucki od śmiechu i obolałą jadaczkę od moich typowych słowotoków (a nie daj zielony borze, że się czymś zachwycę...wyrzucam z siebie słowa jak z maszynowego karabinu). Wszystko to skończyło się ritałkowym spacerem i lemoniadą. Wprost p r z e p y s z n i e.
I ten cały błogostan, który ogarnął nas dziś podczas posiadówy w Forum. Ta nieśpieszność, sączące się powoli minuty i może lekkie niedospanie (kilka godzin snu to już stanowczo dla mnie za mało), sprawiły, że w głowie zaczęła kroić mi się myśl, że jest naprawdę nieźle. Że całkiem fajne to nasze życie jest, że w zasadzie niewiele więcej nam w nim trzeba. Prostota, szczęście, miłość. I cztery rude łapy.
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
koszula, buty - lumpeks; jeansy - House; kurtka - Pull&Bear; torebka - Paulina Schaedel















