niedziela, 30 stycznia 2011

Do Me A Flavour

Sezon rowerowy ogłaszam za rozpoczęty!
Cóż tam, że śnieg, coż, że wiatr i mróz. Nosiło mnie już od co najmniej miesiąca by dosiąść swego holendra i w końcu pojechać i poczuć wiatr we włosach (no tak, może w tym przypadku nie do końca jest to prawda, bo czapę wywiewało i rozwiewało a nie czuprynę).
Ale nic to!
Dwa kółka w warunkach zimowych sprawdziły się doskonale. Jedyny mankament uzbrojenia to poluzowana lampka (jakim cudem to się stało przez dwa miesiące nie użytkowania - nie wiem), która stykać zaczęła dopiero w drodze powrotnej do domu. Także rychło wczas.
Spokojnie, naprawi się.
Na luty już zamówiona jest wizyta u kolegi - specjalisty, który wymieni co trzeba i przemaluje. Ciągle pozostaje problem na jaki kolor bo i żółty mnie się 'widzi' i czerwony i miętowy z białą resztą. Będę kombinować, by wiosnę już mógł powitać w nowym umaszczeniu. Korci mnie również zakupienie 'ostrego koła', ale co z tego wyjdzie - poczekamy, zobaczymy.

Póki co by nie zanudzać o mych rowerowych podnietach prezentuję kremową, koronkową sukienkę. W oryginale kończyła się tuż przy kostkach więc ją wzięłam i ucięłam. Za krótko trochę nawet, ale trudno, nie zawsze musi być idealnie. Przyznam szczerze, że była ona odłożona do rzeczy 'na oddanie', ale jakoś tak nie dawała mi spokoju, bo z jednej strony bardzo mi się podobała a z drugiej..hm. Toteż nożyczki poszły w ruch i po pozbyciu się prawie połowy materiału stwierdziłam, że jednak ją uwielbiam i nikomu nie oddam. Do niej dobrałam czarne rajstopy, czarne buty, złoty zegarek i na wychodne granatową marynarkę (z miejsca przepraszam, ale tu muszę dać upust swemu ciuchowemu szczęściu, gdyż jest to mój osobisty skarb, kilkudziesięcioletni Armani, odziedziczony po mamie Pawła. Jak dostałam go w swe łapy moje oczyska zrobiły się wielkie jak pięć złotych, zapowietrzyłam się i generalnie nie mogłam wydusić z siebie ani słowa). Po raz pierwszy jestem zadowolona z tego jak na mnie marynara leży.









zdjęcia: Paweł

sukienka - vintage
marynarka - vintage/Armani
torebka - sh
zegarek - Casio
rajstopy - Gatta
buty - sh/M&S











piątek, 21 stycznia 2011

Klik Klik W Konkursa

Pamiętacie spotkanie organizowane przez markę Philips i ciąg dalszy konkursu o którym wówczas wspominałam? Oto nastał czas by go kontynuować!

Podzielone na cztery drużyny miałyśmy ubrać, ufryzować i rzucić na pastwę losu Paniom makijażystkom wybrane przez nas czytelniczki. Tak się stało, a teraz Wy -Drodzy Czytelnicy łapcie w ręce swoje myszki i róbcie klik, klik w stylizację, która Wam się najbardziej podoba. Gramy fair play więc nie zdradzę która drużyna którą stylizację robiła. Nagrodą jest wypasiona prostownica marki Philips. Na pewno będzie ona bardzo szczęśliwa w mojej łazience jeśli uda mi się ją wygrać. Swoje głosy możecie oddawać do 27 stycznia.






niedziela, 16 stycznia 2011

ABC Syndrom

Ostatnio wpadłam w szał przerabiania praktycznie wszystkiego co wpadnie mi w ręce. Kombinuje, skracam, przeszywam, czego dowód mogliście zobaczyć w kilku poprzednich wpisach. Większość wieczorów upływa mi pod znakiem: 'tu przytnij, tam przeszyj'. Nie mówię, że to co mi 'wychodzi' wprawia mnie w zachwyt i jest mega turbo skomplikowane. Oj nie, co to to nie. Proste sprawy z którymi chyba nawet ślepy bez rąk poradziłby sobie bez większych problemów (i nie mam tu w zamiarze nikogo obrażać - zamiarem mym jest tylko w sposób obrazowy pokazać jak bardzo proste jest to co staram się robić). Ale cóż najważniejsze, że w końcu się wzięłam i próbuję i uczę się  i co najważniejsze sprawia mi to niekłamaną przyjemność. Tak więc możecie się tu spodziewać, moi mili Państwo, wielu niekoniecznie udanych ale jednak moich 'szwalniczych' prób albo raczej błędów.

Dziś jednak będzie nieco z innej beczki. Większość ciuchów które tu na sobie mam już prezentowałam, ale nic nie pasowało mi bardziej do tej swetrowej sukienki. Wyszperałam ją dosłownie przez przypadek w Stradivariusie w trakcie szybkiego rekonesansu przecen. Baardzo mi się spodobała ze względu na swoje ładne sploty, kolor i to, że pod spodem ma wszytą tiulową halkę. Pojawił się tylko jeden problem, ponieważ należę do tej grupy kobiet które natura obdarzyła syndromem ABC (Absolutny Brak Cyca) bałam się, że kieca będzie się bezczelnie obsuwać w najmniej odpowiednich ku temu momentach. 'No nic', pomyślałam i weszłam z nią do przymierzalni. Na moje szczęście okazała się bardzo stabilna, tak też z wielkim uśmiechem na ustach pobiegłam z nią do kasy. Zaznaczyć również muszę, iż jest bardzo ciepła i w połączeniu z grubym, wełnianym swetrem i szalikiem było mi w niej naprawdę gorąco (biorąc pod uwagę to, że za oknem temperatura w okolicach dziesięciu stopni - serio, w pewnych momentach oblewał mnie siódmy pot). Jedyną jej wada jest brak wszytego zamka błyskawicznego co jest sprawcą dziwnych wygibasów wykonywanych przeze mnie w trakcie ściągania.

Jeśli chodzi o zdjęcia, robienie ich w takiej ciemnicy i szarzyźnie jaka panuje za oknem to niezłe wyzwanie. Topniejący śnieg odkrywa wszędzie 'skarby' zostawione przez naszych czworonożnych milusińskich plus gołe drzewa i wszędobylski bród na ulicach nie nastraja specjalnie na dłuższe spacery. Ale z drugiej strony chwilowe 'ciepełko' trzeba wykorzystać by w domu do końca nie zdziadzieć. Więc niczym przebudzone przedwcześnie niedźwiedzie odkryliśmy (o dziwo) soczyście zieloną polanę i na niej postanowiliśmy uwiecznić tę niecodzienną chwilę wyjścia ze swojej pieczary.









Dziś również miałam zaszczyt uczestniczyć w spotkaniu krakowskich szafiarek. Przybyłyśmy na nie w zatrważającej ilości - mianowicie było nas sześć. Nie mogłyśmy się nagadać. Ja odniosłam wrażenie jakbym Dziewczyny znała od zawsze. Cudownie się z nimi rozmawiało dosłownie o wszystkim i mam ogromną nadzieję na więcej takich 'zlotów'. Dokładnie o spotkaniu opowiem kiedy dorwę się do zdjęć bym ładnie moje słowa mogła zobrazować.

zdjęcia: Paweł

sukienka - Stradivarius
szalik, sweter - H&M
rajty - Gatta
buty - Fleq









niedziela, 9 stycznia 2011

Muszka Owocówka

Bardzo lubię spędzać czas w górach. Uwielbiam wręcz. Kocham widoki ciągnących się polan (teraz okraszonych białym twarożkiem), spadzistych dachów i ginących w chmurach szczytów. A jak jeszcze spotkam Górala mówiącego gwarą to jestem w siódmym niebie i mogę tylko usiąść i zasłuchiwać się w Jego opowieści. Od maleńkiego jeździłam w Tatry i praktycznie każde wakacje nie mogły się obyć bez wspinaczek. Teraz, z kolei co rusz wybywam w Pieniny i poznaję tamtejsze okolice (co można zauważyć w niektórych wpisach). Tak też było i tym razem. A ponieważ pogoda wybitnie dopisała (słońce, temperatura powyżej zera - żyć nie umierać) nie mogło się obyć bez dłuższych spacerów (w końcu). Fakt, może nie szturmowałam niczym kozica szlaków - umówmy się, nie w tym obuwiu i nie w tym stroju, ale spokojnie wzdłuż Grajcarka tudzież pomiędzy domkami można było pochodzić.

Spódnica, przyznam szczerze, była przerabiana na szybko i w bardzo polowych warunkach.
Dlaczego?
Ano dlatego, że na początku miałam na sobie kiecę zupełnie inna, a dosłownie w trakcie porządków udało mi się wygrzebać taką, które kolorystycznie idealnie wpasowała mi się w mój zamysł. Wzięłam i na podłodze (modląc się by nie wyszło zbyt krzywo) skracałam. Nie powiem, mogło być lepiej, ale jutro w pasmanterii kupię taśmę do podszycia i będzie cacy bez żadnych wystających nitek. Sweter (w kolorze truskawek) to ostatnie szafowe znalezisko z którym po kilku latach nienoszenia się przeprosiłam. A ponieważ okrutnie podoba mi się połączenie czerwieni, beżu i granatu nie mogłam się oprzeć i od razu wrzuciłam go na siebie wraz z starą koszulą w groszki i muszką. Et voila powstał nam zestaw składający się z truskaw polanych ajerkoniakiem na którym przysiadła mucha. Kurtka to jedna z wyprzedażowych zdobyczy. Chciałam zapinaną na kołki - nie było, ale kiedy na wieszaku ukazała mi się ta, nie mogłam się oprzeć. Poza tym ma cudownie ogromy kołnierz, który idealnie chroni przed wiatrem.

Powróciwszy zatem z górskiego weekendu prezentuję Wam owocowy wpis a ja pędzę dalej obmyślać misterną i niecną taktykę w kolejnej partii szachów.








zdjęcia: Paweł

kurtka - Stradivarius
sweter - sh
koszula - sh
spódnica - vintage
mucha - pamiętająca dzieciństwo Pawła
rajty - Gatta
buty - allegro
torebka - Vintage Shop








niedziela, 2 stycznia 2011

Play Together

Sylwestrowe szaleństwo powoli zamienia się w wspomnienia więc spokojnie, już bez bólu mięśni można zasiąść do klawiatury i coś tu naskrobać. Końcówka poprzedniego roku umknęła szybko na spotkaniach z przyjaciółmi i błogim 'nic nie róbstwie'. Co się człowiek będzie. Raz na jakiś czas każdemu należy się odrobina lenistwa, a ponieważ zmiany które w moim życiu zaszły w przeciągu ostatnich 365 dni nie pozwalają mi na tak częste widywanie się z towarzyszami tak też trzeba nadrabiać. Impreza pożegnalno - noworoczna wypadła epicko, łącznie z unicestwieniem zastawy Mamina kolegi, który wykonał piękny lot w stronę stołu. W połączeniu z tzw. 'slow motion' dało to potem na dywanie istny obraz nędzy i rozpaczy. Ale przecież stary rok trzeba wypędzić z przytupem więc nie mogliśmy zawieść.

Ja ten poprzedni mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych, wypełniony wieloma niespodziewanymi zwrotami akcji, odkryciami i szczęściem. Tak więc mam nadzieję, że ten Nowy nie pozostanie mu dłużny i też mnie i Was miło zaskoczy. Czego Wam serdecznie życzę. 

Ale póki co, by nie było szablonowo, opowiem o moim pewnym zboczeniu. Mianowicie, wraz z przyjściem stycznia w moim organizmie pojawia się nieodparta chęć na truskawki. Dosłownie, po prostu skręca mnie z pragnienia na samą myśl o nich. I nie mam tu na myśli mrożonek czy innego tego typu świństewka. Pożądam prawdziwych, zerwanych z krzaka, ogromnych, czerwonych, polanych bitą śmietaną. Znajomi śmieją się, że w ten sposób wychodzi właśnie ze mnie tęsknota za cieplejszymi porami roku i znudzenie chłodem, śniegiem i szybko zapadającymi wieczorami. Kilka lat temu nawet jednym z prezentów urodzinowych były dwa kosze tych owoców. Nie mam pojęcia skąd je wytrzasnęli, wiem tylko, że tata koleżanki musiał dość okazały w kilometry kawał drogi pokonać by je zdobyć. Za co szczun i ukłon po sam pas. 

Dlatego teraz, jako przejaw owej tęsknoty chciałam Wam pokazać nieco bardziej wiosenny zestaw. Powiem szczerze naprawdę nie mogę się doczekać by móc w nim wsiąść na rower i rozkoszować się ciepłymi promieniami słońca. Niestety póki co muszę go skrzętnie ukrywać pod grubym płaszczem. 
Spódnica ma już kilkadziesiąt lat i została przeze mnie dość mocno skrócona, gdyż jej długość sięgała samej ziemi. Krótsza dużo lepiej się układa. Z kolei granatowy sweter z łatami to jedno z moich sezonowych pragnień, spełnione przez Chłopaka, czym nie powiem wprowadził mnie w niemałe zaskoczenie, bo to dokładnie ten, który kilka miesięcy temu chciałam kupić, a którego cena mnie z miejsca powaliła na kolana. Toteż, tu również wielkie podziękowania za przeceny.









Klika dni temu, na portalu We Dwoje ukazał się wywiad ze mną. Jeśli ktoś chce się coś nie coś na mój temat dowiedzieć serdecznie zapraszam. Również z tego miejsca chciałabym podziękować Pani Marcie Kosakowskiej za współpracę i bardzo miłe słowa. 


spódnica - vintage +diy
koszulka - sh
pasek - był już dołączony do spódnicy
sweter - Oysho
torebka - Vintage Shop
buty - po mamie
skarpety - H&M
bandana - znaleziona w Pawła szafie