niedziela, 27 lutego 2011

I Feel Cream

W tym tygodniu miała miejsce wiekopomna chwila, mianowicie stuknęło mi ćwierćwiecze. Może nawet nie stuknęło tylko przywaliło z impetem w moją małą, biedną główkę. I bynajmniej chodzi mi o jakąś traumę z tym wiekiem związaną (mam wieczne piętnaście lat, a panie w kioskach i barmani ciągle proszą mnie o dowód, co jest z resztą ciągle wyśmiewane przez moich przyjaciół). Nie, nie, co to to nie. Powalona zostałam na kolana niespodziankami, które bliscy dla mnie przygotowali. Urodzinowa impreza należała do tych jednych z najlepszych, prezenty były wyśnione, wymarzone, a i kaca porannego nie było, także w nowe dwudziestopięciolecie weszłam śpiewająco. Oczywiście nie obyło się w mej głowie bez przemyśleń i jako takich podsumowań, na szczęście trwało to jedynie krótką chwilę - umówmy się, człowiek za młody jeszcze by takimi rzeczami sobie łeb zaprzątać. Na to przyjdzie czas, a póki co można powspominać, tak też z resztą uczyniliśmy i zrobiliśmy sobie wspomnieniowy powrót do przyszłości.
W każdym razie, buzia mi się cieszyć nie przestaje i biegam uśmiechnięta od ucha do ucha.

Spódnicę, którą tu dziś pokazuję uszyła dla mnie niezrównana i okrutnie utalentowana Pani Justyna, która na swym blogu ubiera maleńkie modelki. Podziwiam kunszt tworzenia takich ubraniowych miniaturek, niezwykłą dokładność i wyobraźnię w tym co Dziewczyna tworzy. A i powiadam Wam poczytać warto. Z mojej strony oklaski za pasję i wielkie zdolności.
Kiecę ujrzałam w jednym z wpisów i nie mogłam się oprzeć. Od dawna marzyłam o posiadaniu 'spódnicy baletnicy', a tu proszę, takie szczęście, że Justyna zgodziła się jej większą wersję dla mnie uszyć. Z całego serca jeszcze raz za nią dziękuję. Powstała z firanki, ma piękne warstwy i jest dla mnie idealna (choć tyłek robi mi się w niej trzy razy większy, ale to nieważne, nieważne). Do niej dobrałam koszulkę z ćwiekami, ulubioną awiatorkę i sru na rower (no dobra, na całość poszła jeszcze zimowa kurtka i szalik - szału temperaturowego nie ma, ale jest słońce i to też cieszy). 







A tu jeszcze i zacny dwukołowiec załapał się na 'kliszę'.



spódnica - złote ręce Justyny
koszulka, kurtka - H&M
rajty - Asos
buty - Fleq










niedziela, 20 lutego 2011

Easy Flow

Dzisiejszy post zadedykowany jest cudownej Pani Mamałgosi i Jej wprawnemu oku. Oko to wypatrzyło ten zacny, rowerowy wisior, który spoczywa na szyi mej. Wyżej wymieniona osóbka wiedząc, że na pewno mi się spodoba od razu zdała do mnie raport o istnieniu takiego cuda i poganiała, wyganiała bym sobie kupiła. Posłusznie to uczyniłam i teraz mogę cieszyć się złotym dwukołowcem na klacie. Identyczny znajdziecie na blogu Zuzki, która to niecnota przegoniła mnie z zaprezentowaniem owej błyskotki (ach te szafiarskie wyścigi). Można zatem powiedzieć, że naszyjnik gra w całym zestawie pierwsze skrzypce. Dodać muszę, że praktycznie w tym samym czasie dołączyły do niego rowerowe kolczyki i koszulka, ale o nich więcej w swoim czasie.
Jeśli chodzi o resztę to miało mi być po prostu ciepło, miło i przytulnie. Dzianinowe tkaniny i ulubiony gruby, warkoczowy sweter. Granatowa i pomarańczowa koszulka to przecenowe łupy za które zapłaciłam bodajże 25 złociszy. Ostatnimi czasy stanowią również jedno z moich ulubionych połączeń kolorystycznych.
Zdjęcia niestety są jakie są. Nadworny Fotograf dogorywa powalony przez jakąś okrutną bakterię, pogoda w ciągu nocy zmieniła się jak w kalejdoskopie (czyt. znowu spadł ten cholerny śnieg), a aparat postanowił robić zdjęcia dosłownie jakie mu się żywcem podobało. Ale nic to, przeciwnością losu mówmy stanowcze NIE i wrzucamy posta. O!









zdjęcia: Paweł

spódnica, sweter - H&M
koszulki - Pull&Bear
wisior przecudnej urody - New Yorker
buty - Fleq









niedziela, 13 lutego 2011

Sunday Monday

Następuje już we mnie zimowe złamanie. Całym ciałem i umysłem pragnę wiosny. Mam dość niskich temperatur, ciągłej huśtawki pogodowej aury, na zasadzie 'czasem słońce, czasem śnieg, a czasem dziwna papa z nieba'. Ja już podziękuję, pragnę biegać w samej marynarce, bo w każdym ciepłym płaszczu czuję się jak muminkowa Buka. Zdążyłam rozwalić buty, którym ostał się chyba ostatni miesiąc życia, więc takie życzenie składam do kosmosu - 'Dejcie mi wiosnę NOAW'! 
Jedyne, małe przełamanie i nakręcenie nastroju nastąpiło wczoraj kiedy to wieczorem pod sam nos postawiono mi talerz pięknych, czerwonych truskaw. Kto śledzi dłużej tego bloga, wie jakie pragnienie mam na nie od miesiąca. Więc jedno marzenie - odhaczone. Pozostaje mi się jeszcze poczekać na Krakowską Masę Krytyczną, bo skoro sezon rowerowy rozpoczęłam to już nie mam zamiaru grzać tyłka w domu tylko spędzać czas mocno aktywniej (można to również odczytać jako: urósł mi zad więc muszę się go jak najszybciej pozbyć). 

Ale do rzeczy.

W tym tygodniu miał miejsce wielki dzień, kiedy to w końcu udałam się na wyprzedaże (patrz: aktywne spędzanie czasu). Ja wiem, że późno i że prawie nic już na półkach nie ma, ale za to jak już jest to naprawdę po okazyjnych cenach. O ile zawsze w takich momentach na wieszakach znajdywałam rozmiary, które w moim przypadku spokojnie mogłyby robić mi za kołdry, koce, itp. tak teraz, o dziwo nie miałam problemów z wyszukaniem czegoś swojej wielkości.
Tak było z tą sukienką. Przyznam, że wisząc na wieszaku niespecjalnie zachęcała mnie swoim wyglądem. Uwiódł mnie jednak wzór dołu i zabrałam do przymierzalni. Okazało się, że leży pięknie a do tego przeceniona jest ze 150 zł na 50.
No jak nie mogłam jej nie wziąć, no jak?
Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że póki panuje zima niespecjalnie mam pasujące do niej obuwie. Umówmy się, nie będę o tej porze roku biegać w plecionych koturnach by potem na starość stopy mi wykręcało. Na głowę jeszcze nie upadłam, ale ponieważ bardzo chciałam ją pokazać stąd zdjęcia w czterech ścianach. Tak też oto trafiliśmy na zaciemniony, ponury strych.







zdjęcia: Paweł

sukienka - Zara
rajstopy - Gatta
koturny - Oysho
torebka - Vintage Shop






poniedziałek, 7 lutego 2011

Iced Cooly

Jakże wielka jest ma radość gdy mogę spokojnie po wyjściu z pracy skierować się spacerem w stronę Wisły, po drodze zabłądzić w maleńkich uliczkach i zrobić kilka zdjęć ku uciesze tłumu przechodniów. Dawno tego nie było, biorąc pod uwagę, iż większość z nich była robiona w domu weekendową wczesną porą ('jak chcesz zdjęcia to zwlekaj się z tego łóżka bo potem światła dobrego mieć nie będę, chyba, że chcesz marznąć na zewnątrz' - nie, nie chciałam. Wolę kilometry przemierzać ubrana w ciepłą kurtkę.)
Tak proszę Państwa! dzień mamy co raz dłuższy - wiosna tuż tuż.
Powoli kończą się bure wieczory nachodzące nas o godzinie szesnastej. A ta dzisiejsza atmosfera naładowała mnie tak ogromną ilością pozytywnej energii, że uśmiech nie schodzi mi ani na sekundę. Pomijam okrutne obżarstwo w pracy zafundowane przez obchodzącą imieniny koleżankę (naprawdę, chwała Bogu za szpilki, które dziś przywdziałam, bo mam poczucie spalenia większej ilości tych frykasów) czy tego, że dostałam od znajomej piękny, robiony na szydełku szal. Dziś jest po prostu dobry dzień. A to dobre nastawienie miało chyba swój początek w weekend, kiedy to cały czas mijał mi na siedzeniu przy kominku i pochłanianiu 'Studenckiej', zakupionej podczas spaceru na Słowację. Jedynego sobotniego spaceru, gdyż tak przemokłam, że większość rzeczy musiała zawisnąć na kaloryferach. Tak. Odwilż w górach - ratuj się kto może. Wyszło mi to jednak na dobre bo grzałam się przez resztę dni strzelającym w kominku płomieniem.

W każdym razie, ponieważ nagły wzrost temperatury pokusił mnie o wrzucenie na siebie czegoś lżejszego niż zimowy płaszcz prezentuję Wam wymarzoną awiatorkę. Była ona jednym z zeszłorocznych prezentów gwiazdkowych i naprawdę nie mogłam się doczekać gdy będę mogła w niej radośnie śmigać. Do niej dobrałam kilkuletnie już dzwony (mój dziadek do tej pory twierdzi, że: 'niemożliwe jest bym ja je kupiła bo przecież to gacie mojej mamy - ona takie miała'. Co z tego, że miała skoro wyrzuciła.) oraz jedyny w tym roku 'promocyjny' zakup, mianowicie sweterek z lisem (przyznaję się, pozazdrościłam Sannie Witalisa) i fajnym, granatowym kołnierzykiem. Wszystko może pozostaje w tonacji mroźnej, ale niech bynajmniej kojarzy się z zimą ale z pięknym, wiosennym niebem.








A ja gapa omal bym zapomniała o najważniejszym! Chciałabym bardzo podziękować za wszystkie głosy oddane na mój team przy okazji konkursu Philipsa (stylizacja numer 2). Naprawdę nie wierzyłam w to ile dokładnie głosów spłynęło i do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem. Kłaniam się w pas i chylę czoła przed wszystkimi głosującymi. Ja i Karolina dajemy słowo, że godnie będziemy owej prostownicy używać i żaden włos na naszych głowach nie spłonie.

zdjęcia: Paweł

awiatorka, dzwony - H&M
sweter - Zara
torba - vintage
szalik - po mamie
flanela, buty - allegro