Raz na jakiś czas przychodzi taki weekend w którym to siłą mnie z łóżka nikt nie wyciągnie. Choćby się waliło, paliło a w Biedronce rozdawaliby piwo za darmo - ja w domu zostaję (no dobra, może to ostatnie odrobinę by mnie ruszyło). Tak było właśnie teraz. Całe dwa dni obżerałam się na zmianę tiramisu i chlebkiem bananowym oraz popijałam przepyszne wino. Pomijam fakt, że cały tydzień uciekł mi nie wiadomo gdzie. Ciągła bieganina, co rusz jakaś nowa sprawa i pięć dni zagięło czasoprzestrzeń tak, że obudziłam się zdumiona w sobotę. Nie cieszy mnie również ani trochę zmiana czasu bo teraz dzień będę oglądała tylko zza pracowniczego okna, a kiedy już postanowię opuścić mój stos papierzysk oczom mym ukaże się ciemność, mrok i apokalipsa.
Byle do wiosny.
Większość szmatek już Wam pokazywałam. Kotowa sukienka jest ciągle eksploatowana mimo, że jej ulubiona pora roku odeszła w siną dal. Dla urozmaicenia przyłączyły się do niej 'kościółkowe' zakolanówki i biały kołnierz. Na wychodne wpadają jeszcze kalosze i gruby, burgundowy (mój ulubiony kolor tej jesieni) sweter. O takich rzeczorach jak płaszcz czy milion szalików nie wspomnę.
W tle tym razem możecie sobie pooglądać moje najwygodniejsze i najukochańsze łóżko, które niestety tęskni za mną z rodzinnego domu, ale ruszyły kombinacje i wymyślanie szczwanego planu jakby je tu do Krakowa przetransportować.
Ciężko ach ciężko w taką pogodę zebrać się w sobie i wypełznąć z norki. Tym bardziej, że trzyma mnie tam gorąca herbata z sokiem jeżynowym i pluskającymi się w niej malinami, gorący koc i 'Przyjaciele' (który to już raz ich oglądam? Nie mam pojęcia, ale zawsze umilają mi jesienne, chłodne wieczory). To jednak nie wszystko. Jeszcze ciężej wyjść, kiedy Nadworny Pan Fotograf siedzi z gilem, chrypą i ogłasza całemu światu jaki to jest biedny, chory i umierający. Przekonując mnie przy okazji, że KAŻDY mężczyzna wszelkie zdrowotne niedogodności odczuwa dziesięć razy mocniej. Wrażliwiec się znalazł, doprawdy. Jednakże, ponieważ ja 'zła kobieta' jestem i ze mną nie ma zmiłuj (a zauważyłam, że od rana Pawła wena męczy), wzięłam zapakowałam Chłopa pod pachę i jazda na spacer.
Ha! I co, że zimno i pochmurno, tarzania się w liściach nigdy sobie nie odmówię. Co tu dużo gadać, jak tylko zobaczyłam wielką kępę tychże pośrodku naszego ulubionego parku wskoczyłam w nią jak mały dzieciak. Hycałam, biegałam, gubiłam buty i obserwowałam rude kiziaki, które z jawną degustacją przypatrywały się moim poczynaniom. Szał pał i cofanie się w rozwoju rules.
Co do szmatek, to jak widać 'uwarstwowiłam' się totalnie. Jedna sukienka, druga, bluza, marynara...a na głowę wielka czapura. Wszak ponoć większość ciepła (czego pewna nie jestem, ale jak to się mówi: 'nie znam się - wypowiem się') ucieka nam przez łeb, a biorąc po uwagę pustkę wypełniająca moją kopułę miałabym bez niej jeden wielki biegun zimna.
Tak więc moi Drodzy sezon ubraniowych kiziaków uważam za otwarty. Riennahera nosi je na szyi, a ja na głowie. Czołem!
Każdy z nas ma swój ulubiony utwór, taki który kroczy z nami ramię w ramię przez losu zawijasy. Taki który przywodzi na myśl gorące letnie powietrze, zapach rodzinnego domu, kaca po ultra zakręconej imprezie czy też może nawet pierwsze pocałunki, miziania i kiziakowania.
Szmat czasu minął odkąd odkryłam ten swój.
Do tej pory pamiętam kiedy pierwszy raz go usłyszałam. To był okres gdy nagrywałam na kasety piosenki puszczane przez Pana Marka Niedźwiedzkiego w co piątkowej liście. Wtedy nastąpił tzw. 'bach'! Uderzyła mnie. Pamiętam, że nie zdążyłam wówczas wcisnąć guzika 'rec'. Tak zaczęło się nasłuchiwanie mojej upragnionej nuty. A nie było to proste bo zagnieździła się w mojej głowie na amen. Ach, to były piękne czasy. Ślęczenie w pełnej gotowości przy radiomagnetofonie, żmudne wyczekiwanie, a kiedy poniosło nas na sekund pięć do kuchni/wc/drugiego pokoju ZAWSZE musiała w tym momencie polecieć TA wyczekiwana piosenka (cóż, odwieczne Prawo Murphy'ego). Och to były wyścigi, polowania, przeskakiwanie przez fotele bo może, może jednak zdążymy i nie utracimy tej małej melodyjnej chwili.
Pamiętam też, że długo nie wiedziałam kto wykonuje tę moją piosenkę. Ba! Mam w pamięci dzień kiedy to odkryłam. A było to dobrych kilka lat później gdy w końcu dotarła do mego domu 'hameryka' i telewizja kablowa. Wtedy, gdzieś na jakieś francuskojęzycznej stacji zadźwięczały w mych uszach znajome linie tekstu.
I tak trwamy do tej pory. Z małymi przerwami, bo jednak czasami mamy siebie dość. Osłuchamy się sobie, wpadnie nam do uszu coś nowego...jednak zawsze do siebie wracamy. Choćby teraz na jesień. Bo nic tak nie poprawia nastroju jak dobra książka, herbata i pyszna, ukochana nuta*.
A na koniec rzecz niesłychana - poka kasztana.
zdjęcia - Paweł
sukienka - Romwe; sweterek jelonkowy - House; zielony - sh; rajty - Accessorize; bucisze i torebka- Parfois
*Mając już nad sobą ten wzrok zabójcy, bana na drapanie po plecach i gorące kakao prostuję - tak, Paweł Ty tez poprawiasz nastrój. Niech Ci będzie:P
Wypełniwszy swój obywatelski obowiązek zapatuliłam się w giga, turbo koca, w łapy wsadziłam kubek z przepyszną, rozgrzewającą herbata (zielona z sokiem pomarańczowym, imbirem, goździkami i cytrusami...mmruuu!) i postanowiłam coś tu małego skrobnąć. A co! Patrząc na częstotliwość niektórych blogujących dziewcząt ja wychodzę na jakiegoś mega lenia. Mam nadzieje kiedyś się poprawić, ale sądząc po zmieniającej się nam aurze za oknem stanie się to chyba dopiero na wiosnę, wszak już za miesiąc jasność na polu będę oglądała tylko przez osiem pracowniczych godzin.
Ale ja nie o pogodzie przecież.
Pamiętacie jak opisywałam swój 'okrutnie niebezpieczny wypadek z którego ledwo uszłam z życiem, a Jantar o mały włos znalazłby się na rowerowym cmentarzysku'? Po lekkiej traumie postanowiłam jednak biedaka dosiąść i zobaczyć czy jeszcze jesteśmy w stanie popedałować (dwuznaczność tego zdania przeszła chyba własnie wszelkie granice). Pomijając fakt ogólnego przemarznięcia (bardzo mądra ja ciągle myślami jestem przy dniach w których temperatura pozwalała na bieganie w krótkim rękawku) i przemoczenia - to tylko takie maleńkusie szczególiki, Jantar spisał się nadzwyczaj dzielnie. Daje radę i jeszcze chyba na emeryturę go skazywać nie muszę. Oczywiście na wiosnę w naszym kwadracie pojawi się nowy dwukołowiec - to już postanowione, jednakże kochany dziadek - rower nie pójdzie w odstawkę. Co to to nie. Zafunduje mu jakieś SPA. Niech mu porobią smarowe masaże, kuracje pompujące, a może i nawet trzasną jakieś operacje plastyczne!
Jednorożce to magiczne stworzenia. Żyją w ciemnych, zaczarowanych lasach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Wokół siebie rozsiewają księżycową poświatę, ich krew zapewnia życie każdemu kto ją wypije (jednak nikomu tego nie polecam, gdyż osoba która zrani i skosztuje krwi tak niewinnej istoty jaką jest jednorożec przez wieczność będzie potępiona), a ich włosie od wieków służy jako rdzeń niezliczonej ilości różdżek. Nie każdy ma szczęście je spotkać. Ba! Jedynie nielicznym udało się z nimi zaprzyjaźnić...
Tak samo magiczna jest Aife i Jej nowy projekt MerryMeet.Me. To dzięki Niej udało mi się poskromić i oswoić takiego niezwykłego zwierza. Na początku nie było łatwo. Pełne nieufności, strachu i zagubienia przypatatajowało do mnie z dalekiej krainy. Stęsknione za poprzednią właścicielką powoli przyzwyczajało się do nowego domu. Na szczęście już po kilku dniach udało mi się zdobyć jego serce (to chyba przez to, że od samego progu go wycałowałam, wyprzytulałam i udostępniłam do spania fotel, a nie powiesiłam na byle jakim wieszaku) i tak od tej pory codziennie towarzyszy mi w przemierzaniu setek i milionów kilometrów. Pilnuje mnie i przynosi szczęście. Niczym prawdziwy jednorożec.
Jeśli chodzi o wspomniany wcześniej Aifowy projekcior...na stronie znajdziecie piękną, ręcznie wykonaną biżuterię oraz ubrania, którym poprzez grafiki, nowe kolory nadano drugie życie. Ja jestem zachwycona i najchętniej zaopatrzyłabym się w dosłownie wszystko (co pewnie niechybnie się stanie). Zapraszam do oglądania, podziwiania i kupowania bo takich smaczków nie znadziecie w żadnym sklepie. Serio. Lemonka approves!