poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Fairy Paradise

Ważąc sto kilo więcej, mając brzuch jak piłka lekarska a biust tak samo mały jak był (bo odwieczna to prawda, że zawsze zamiast w cycki idzie w biodra) wracam do żywych i przejedzonych. Oprócz smakowania kolejnej porcji tiramisu i ciasta marchewkowego, oddawania się w ręce ukochanej fryzjerki, ja przez te kilka dni postanowiłam mocno odpocząć. Komputer był prawie nie włączany, telefon powędrował w najdalszy kąt torby a ja oddałam się pełnemu odmóżdżaniu (tak, jest to dowód na to, że jakieś zwoje mózgowe pod rudą kopułą mam). I tako jestem. W pełni sił. Wyspana, zrudziała i bardzo zadowolona. Przez te kilka cudownie, słoneczne dni nieśpiesznie błąkaliśmy się ulicami mojego miasta, odwiedzaliśmy stęsknioną familię a świadomość, że w poniedziałek jeszcze spokojnie mogę wstać o w pół do jedenastej działała iście kojąco.

W każdym razie święta minęły, a ja z widmem diety nad sobą wracam do rzeczywistości. Sukienka i torba to nie ukrywam dwa nowe nabytki, którymi postanowiłam sobie wynagrodzić sukces w pracy. Jak zwykle Asos mnie nie zawiódł. Przesyłka przybyła po kilku dniach, a sukienka już wiem, że będzie mocno eksploatowana przez najbliższy okres. Torba z resztą również, choć musiało minąć kilka dobrych chwil bym odkryła jak się ją otwiera (human tuman, trochę techniki i się człowiek gubi). W końcu się udało a Wy możecie sobie pooglądać mnie ulokowaną (!) i hasającą po ukwieconych drzewach. Ach soł romantik.










zdjęcia - Paweł

sukienka, torba - Asos; buty - Primark



niedziela, 17 kwietnia 2011

Getting Closer

Uwielbiam zapach kwitnących o tej porze roku drzew (Taak. Nowość, odkrycie, eureka! Wy robicie zdziwioną i zszokowaną minę a ja proszę o Nobla). Rozkoszuję się nim, chłonę każdą nutę i staram się zapamiętać by przy kolejnych móc go tylko odświeżyć. Chodzę jak odurzona. Głowa w chmurach i myślę o niebieskich migdałach. Trzeba do mnie mówić pięć razy to samo by dotarło a i tak zawsze czegoś zapomnę, zrobię inaczej albo palnę zdziwioną minę na hasło: ' No przecież Ci o tym mówiłem'. Czyli wiosna pełną parą. Ciesze się jak dziecko coraz cieplejszym powietrzem, a gdy tak jak dziś, wysiadam z autobusu jeszcze bez zarzuconej kurtki i stwierdzam, że jest mi ona zupełnie niepotrzebna, uśmiecham się wprost po same ósemki.

Do sukienki miałam ogromne szczęście. Wcześniej podziwiałam ją na blogu Aife i wprost podskoczyłam ze szczęścia, gdy zobaczyłam, że postanowiła wystawić ją na aukcję (tu teraz lecą wielkie całusy i podziękowania za spełnianie ubraniowych marzeń). Trzask, prask i jest moja. Od dłuższego czasu już rozglądałam się za welurową kiecą, ale żadna nie potrafiła spełnić moich wymagań (a pół środków stosować nie lubię). Ta nie dość, że się fajnie układa (choć teraz gdy patrzę na zdjęcia dochodzę do wniosku, że potrzebuję jakiejś wiosennej diety) to ma piękny, zielony kolor na który nie mogę się napatrzeć. Postanowiłam ją połączyć z kremowymi rajstopami na które ponaszywałam 'mrowie' zielono - podobnych koralików. Przyznaję była to żmudna praca, ciosałam niezbyt wysublimowanym słownictwem na moje tzw. 'zachciewajki', ale skończyłam, dało się je nosić. Fakt, faktem nie jest to robota idealna, ale może z czasem standard wykonania będzie na wyższym poziomie. No co, na łokciach łaty się nosi to i chyba na kolanach wolno, c'nie?










zdjęcia: Paweł

sukienka - Aifowa
rajstopy - H&M + diy
chusta - H&M










niedziela, 10 kwietnia 2011

Greenfields

Zmiany, zmiany, zmiany. Niewiarygodne jak wszystko potrafi nagle obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni. Od poniedziałku swą 'karierę' zaczynam w nowym wydziale, z nowymi sprawami i nowymi zadaniami. Nie powiem - stresuję się, gdyż do tej pory zajmowałam się czymś zupełnie innym, z drugiej jednak strony uśmiech mi z pyska nie schodzi bo mam szansę się wykazać, zacząć w pewnym sensie od początku i co najważniejsze uczyć się i rozwijać. Oczywiście będzie mi brakować starego biurka i 'dbających o moje zdrowie psychiczne' kolegów z pokoju, przez których niejednokrotnie mój śmiech było słychać na całym piętrze. Ale będzie dobrze, dam radę. Bo kto jak nie ja. Skończy się jednak era 'urzędowego dresika' a rozpocznie marynarki i szpilek. Ale to tylko osiem godzin dziennie - twarda jestem, wytrzymam.

Z tej właśnie okazji wybyłam wczoraj na wielkie zakupy, by zaopatrzyć się w nowe rzeczy adekwatne do zajmowanego teraz stanowiska (no dobra, nie oszukujmy się, miałam potrzebę kupienia nowych szmat a ten fakt mi posłużył za wymówkę do wydania pieniędzy). Jakież było moje rozczarowanie gdy nic, absolutnie nic w sklepach nie znalazłam. Pustka, wszystko to samo a jak już 'coś' się znalazło to oczywiście w rozmiarze XL, przez który przelatuje od razu jak przez sitko.
Masz Ci los.
Jedyne co ze sobą zabrałam to spodnie, a by było zabawniej takie same już mam, tylko w kolorze różowym. Jednakże rzadko daję za wygraną. Po powrocie do domu wpadłam do Asosa i tam zaszalałam (tak, taką potrzebę tez miałam). Teraz pozostaje mi tylko czekać na Pana Listonosza i upragnioną paczuchę, a póki co otwieram szampana by oblać mój maleńki sukces, ha!










Na sam koniec jeszcze odrobina samochwalstwa (ja wiem, że nie wypada i to w złym guście, ale muszę, muszę - z góry przepraszam). Jeśli ktoś chciałby poczytać sobie o mnie co nie co, z nudów, ciekawości czy z innych powodów zachęcam do pobuszowania w Empiku i odszukania nowego magazynu poświęconego modzie i designowi, pt. 'Remake', w którym to ukazał się bardzo miły artykuł na mój temat. Autorom bardzo dziękuję z tego miejsca, gdyż jest to dla mnie ogromne wyróżnienie i nawet nie wiedzą jak bardzo mi z tego powodu przyjemnie jest. 

zdjęcia: Paweł

spodnie - Zara
koszula - vintage [prezent]
marynarka - Top Shop
torebka - sh
buty - Primark
brocha - wielce utalentowana Monia












poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Search The Heavens

Ależ dziś mnie szczęście kopnęło, gdyż wbrew wszelkim znakom na niebie (czyt. okrutnie niewyjściowym chmurom) jakimś cudem udało nam się zaliczyć maleńką, mikroskopijną wręcz wycieczkę. Padł nawet pomysł, by cały tydzień, po pracy spędzać poza domem, a nie gzić się jak para stetryczałych dziadków co to im się czterech liter ruszyć wieczorem nie chce. Tym bardziej, że klimatyczna aura sprzyja. A nawet gdyby nie sprzyjała to i tak jakiś niecny pomysł powinien być wprowadzony w życie. Bo przecież to sama przyjemność oglądać jak drzewa 'pąkują', trawa przybiera jaskrawozieloną barwę a spomiędzy niej wynurzają się urocze, żółte płatki kwiatów. Aż człowiek tak delikatnieje, milszy się robi dla otoczenia (no prawie, nie licząc rzucanych przeze mnie gromów i niecenzuralnego słownictwa na Panią Maszynistkę, która doskonale widząc, jak pędzę i prawie potykam się o własne zęby, doczekała, aż podbiegnę do drzwi by z impetem tramwajem sobie pojechać. Pewnie jeszcze mi język pokazała a w duchu śmiała się niczym diabeł mieszający w kotle potępione dusze). Ale nic to. Ptaszki śpiewają, słonko świeci, cieszmy się i radujmy. Nie przejmujmy się młodymi mamami, które siedząc obok w busie swoje płaczące wniebogłosy dziecko uspokajają puszczając mu do ucha 'Dżagę' naszej 'królowej' Dody. Nie kochane młode mamy, to nie pomaga, a wręcz przyprawia dziecko i resztę społeczeństwa o przedśmiertne drgawki.

Ale dosyć mych pechowych przygód. Dziś jest już dobrze, żadnego odszczepieńca udało mi się nie spotkać. Za to pobuszowałam po krzaczorach w falbaniastej kiecy i ukradzionej Pawłowi z szafy koszulce. No cóż, te prawie dwadzieścia stopni do hasania po łąkach zobowiązuje. Has, has.









zdjęcia: Paweł

spódnica, kurtka - H&M
koszulka - Zara
bandana - ją tez zwinęłam Pawłowi, a co!