środa, 31 sierpnia 2011

Hey, Can I Go With You My Beauty Number Two

By nie zanudzić Was wakacyjnymi zdjęciami oraz by ten, kto pomyślał, że spoczęłam na laurach i teraz pójdę na łatwiznę pokazując przez kilka najbliższych wpisów nadmorski tydzień - niech wie, że srogo się pomylił. Nie ze mną te numery. Ja, turbo ambitna dziewczyna, której obce jest słowo 'prokrastynacja' działam prężnie i wyginam swe wątłe ciało na zielonej trawie w strugach promieni zachodzącego słońca. Dokładnie tak, jak na zapracowaną, poważną kobietę przystało. Nie starszne mi komary i mrówy. Wielkie, swędzące bąble? Mogą mi naskoczyć. Wykazuje pełen profesjonalizm. Z wdziękiem niedźwiedzia mogę się nawet sturlać z górki byleby 'focie' były bardziej filuteryjne i okraszone pewną dozą szaleństwa. Ot, taki ze mnie wariat.

Koszulkę, podobnie jak spódnicę przywiozłam z Gdańska. W momencie gdy obudziła się we mnie chęć posiadania tej drugiej, w Krakowie już jej nie odnalazłam. Nie było zmiłuj, musiałam kieckę mieć. W głowie już układałam ją sobie z jesiennymi swetrami i narzutkami, a tu masz babo placek - wykupili.
Wiem, zakupoholizmowi nie jestem w stanie oprzeć się nawet na wakacjach - kajam się. Jednakże jak mogłam odpuścić gdy zobaczyłam moje cudo dyndające sobie swobodnie na wieszaku?
Grochy z kolei objawiły mi się pod wielką stertą ubrań w dzień naszego wyjazdu. I tak błąkałam się z nimi po sklepie...no bo czy aby na pewno je chcę, czy mi będą pasować, czy ze mnie nie zlecą, itepe. Wtarabaniłam się w końcu do przymierzalni i nagle okazało się, że nie wyobrażam sobie powrotu bez nich. Do tego cena 9.90...doprawdy nie mogłam odpuścić. Później z resztą zaprzyjaźniły się z opisywaną wczęsniej spódnicą. To chyba przez poprzednie, wspólne miejsce zamieszkania, na emigracji dobrze jest odnaleźć kogoś swojego


zdjęcia - Paweł

spódnica - Zara; koszulka - Terranova; pasek - House; sandały, koszyk - H&M; pierdzienie mocy i bransolety - Accessorize i Szpiegula












sobota, 27 sierpnia 2011

Another Breakfast With You

Mija tydzień od powrotu z wakacji, a ja ciągle głową pozostaję nad morzem. To był stanowczo za krótki wyjazd (choć powinnam tu skakać pod niebiosa, że jakikolwiek doszedł do skutku). Najlepiej by było gdybym tam sobie pomieszkała, pozwiedzała szlaki rowerowe i wynalazła inne fajne zakamrki. Ale to wizja na przyszłość - poczekamy, zobaczymy co będzie (w końcu mam obiecaną kamienicę na Mariackiej - a ja takich obietnic nie odpuszczę!).

W każdym razie dziś pokażę Wam zdjęcia z Wysby Sobieszewskiej i wspomnianej już plaży. Co tu dużo mówić, tęsknię za nią i jeślibym tylko mogła, na plecach przytaszczyłabym ją do Krakowa. Znaleźliśmy jedno z bardziej urokliwych miejsc jakie do tej pory udało mi się zobaczyć. Na wyspie spędziliśmy praktycznie cały dzień. Wywiani do granic możliwości i opaleni (tzn. kto był opalony to był, ja wyglądałam jak różowa świnia. Kwik, kwik.) wróciliśy praktycznie wprost na herbatę i ukochany deser do PiKawy. Zaprawdę powiadam Wam szczęście w pucharku - ciasto czekoladowe polane gorącymi jagodami z waniliowymi lodami i bitą śmietaną. Nie przyznam się ile tego w ciągu tygodnia zjadłam - to zbrodnia. Generalnie jeśli chodzi o gastrofazowe zapędy to ten wyjazd był istną kaloryczną rozpustą, ale co tam, najwyżej teraz będę żyć o sucharach i wodzie.


zdjęcia - Paweł,
a kombinowałyśmy tak jak poprzednio ja i Bloo.

sukienka - Oysho; pasek - House; torebka - Parfois; sandały - Bershka















niedziela, 21 sierpnia 2011

New Light Of Tomorow

Wróciłam.

I sama nie wiem od czego zacząć. Póki co jestem tu obecna tylko ciałem. Nie spodziewałam się, że ten wyjazd może się na mnie aż tak odbić. To chyba były najpiękniejsze wakacje w moim życiu. Magiczne. Okazało się, że szczęście można dotknąć palcami, czuć jego zapach i spoglądać jak w promieniach słońca mieni się blaskiem wszystkich kolorów tęczy. Boję się, że uzna, że dostałam za wiele i odleci ku błękitowi zostawiając mnie z szarą rzeczywistością. Nie jestem na to jeszcze gotowa, niech posiedzi obok mnie tych kilka chwil dłużej, zrobię mu herbaty.
Cały czas czuję ciepły piasek masujący stopy podczas spacerów, uspokajający szum fal i wiatr, który wymiata z głowy niedobre myśli. Cała złość odpłynęła razem z wodą, a w głowie pozostało dużo wolnego miejsca na nowe pomysły.

Trójmiasto to ukochane miejsce Pawła. Od maleńkości jeździ tam praktycznie co roku. Spacerowaliśmy więc Jego ścieżkami, gubiliśmy się i odnajdywaliśmy nowe zakamarki. Na wyspie Sobieszewskiej odkryliśmy 'naszą' plażę. Pustą, cichą, najpiękniejszą...tam czas stanął dla nas w miejscu.

Czego będzie mi najbardziej brakować? Śniadań nad brzegiem morza, wiatru zmuszającego mnie do chowania głowy w wielki bluzowy kaptur, zielonej herbaty z sokiem pomarańczowym, goździkami, imbirem i cytrusami, którą rozgrzewaliśmy się w chłodniejsze wieczory...za wszystkim będę tęsknić.

Gdańsk pozostawiliśmy daleko za sobą, ale wrócimy tam niebawem, może nawet na dłużej i na pewno z rowerami. Teraz pozostaje mi wpatrywanie się w wielkie, błękitne oczy, które patrząc na mnie przywołują kojący szum fal.






zdjęcia - Paweł
kombinowałyśmy ja i Bloo.



















sobota, 13 sierpnia 2011

When We Explode Comets Burn Like Us When They Die

W sumie za chwil kilka biegnę na pociąg, ale tak bez pożegnania nie wypada wyjeżdżać (choćby na te kilka dni, ale nie wypada - kultura przede wszystkim, a jak!). Pogoda nie nastraja optymistycznie, w Krakowie w ciągu dnia dolało, pogrzmiało a czarne chmury krążą nad osiedlem niczym chmara Dementorów. Doprawdy strach się bać.

Ledwo zmieściłam się w walizce i powoli dopada mnie podróżniczy stres (a to, że się pociąg wykolei, a to, że będzie jechał ponad 24 godziny, niedobre człowieki mnie okradną a w przedziale będę siedzieć z wiecznie płaczącym dzieckiem). Twarda będę, nie mogę się wszak poddać przeciwnościom losu bez walki.

Sukienka, którą tu widzicie to kolejny grochowy nabytek. Tak, groszki bezapelacyjnie podbiły moje serce i ciągle mi ich mało. Do niej dobrałam jeden z ulubionych wisiorów - dyndorów. Jamnik rządzi! Do tego również ma na kokardzie 'kieckowy' wzór. Jak to się mówi: 'Jaki pan, taki kram'.
A na obecną niepogodę niezastąpione kalosze. W nich może mnie zaskoczyć każda ulewa. Ja jej język pokażę, zrobię gest Kozakiewicza i z impetem wpadnę w kałużę. Ihaaa!


Pozdrowienia znad morza i do zobaczenia za dni kilka moi mili Czytelnicy!

zdjęcia - Paweł

sukienka - Zara; teczucha - Parfois; Huntery - KaloszeNoszęPl; jamnior - Szpiegulowy gift













środa, 10 sierpnia 2011

Say It Now, Change Your Mind, Call My Day A Sunny Night

Powoli komponuję sobie urlopowe zestawy ubraniowe. Nie mam pojęcia co spakować, ile ze sobą zabrać i czy aby na pewno o czymś nie zapomnę, coś pominę i będę żałować, że dana szmatka nie zobaczy ze mną morza. Jak widzicie urlopowa podnieta trwa w najlepsze, ale ostrzegałam, że trochę tym ponudzę!
Oczywiście biegam jeszcze po sklepach gdzie wygrzebuję ostatki przecen na wieszakach. Teraz kiedy końcówka, większość rzeczy można znaleźć w naprawdę 'cieszących serce' cenach (Eureka! odkryłam Amerykę). Tak było właśnie z dydndającym na szyi mej wisiorem boomboxiorem - jak ja to radyjo nazywam.

Kilka miesięcy temu znalazł go Paweł na stronie Accessorize. Pokazał mi, ja jak to ja -  oniemiałam, padłam, wydałam z siebie milion wzdechów a po przeczytaniu informacji 'out of stock' zalała mnie rozpacz jak smoła czarna (ach, te chwiejne nastroje). Jednak biorąc pod uwagę jaką jestem gapą, nie mogło to się tak po prostu skończyć.
Pewnego pięknego dnia przebiegając szybko przez Floriańską oczom mym ukazał się wymieniony wyżej sklep. Po nazwaniu siebie w myślach durną kozą, biadoleniu, że przez swoje nieogarnięcie kiedyś w tym świecie zginę, wparowałam do bram piekieł. Pominę fakt ogólnego zauroczenia asortymentem, wszelakiego rodzaju pierdółkami i 'niezbętnikami' życia codziennego. Znalazłam go. Niestety cena, która na stronie była promocyjna tu okazała się zaporowa. Masz Ci los, jak pech to pech. Co kilka dni wbiegałam do sklepiku popatrzeć czy jeszcze jest, aż któregoś dnia wieszak z nim opustoszał i moje cacko zniknęło.
W ostatni piątek ruszyłam pędem w stronę dworca, gdy jakaś zła moc, siła nieczysta wciągnęła mnie do owego przybytku pokus. Przeglądam 'pierdzionki', bransoletki, gdy nagle mym oczom ukazuje się ON. Jeden, jedyny, ostatni. Cap w łapy i do kasy. Tam okazało się, że biedak został pozbawiony ceny, kodu i wszystkiego dzięki czemu mogłabym go nabyć. Tylko dzięki pomocy cudownych Dziewczyn, które obdzwoniły wszystkie Warszawy i inne stolice dowiedzieliśmy się, że wisior zszedł z ceny do 14 zł - hellyeah!
Spodenki z kolei zakupiłam w Oysho. O uzależnieniu do tego sklepu pisać nie będę, mogłabym z niego wykupić wszystko. Z resztą biorąc pod uwagę tegoroczne wyprzedaże to byłam tego naprawdę bardzo bliska.


Powyżej, proszę Państwa, macie przykład typowego dla mnie gapiostwa w postaci literówki. Human tuman pełną gębą.

P.S. Omal bym zapomniała! Przypominam o konkursie, w którym do wygrania bon na zakupy!

zdjęcia - Paweł

szorty - Oysho; koszulka - prezencioch; wisior i pierścienie mocy - Accessorize; koszyk - H&M; buty - no name