niedziela, 30 września 2012

I'm A Cloud Drifting By, Dripping Tears From The Sky

W końcu nadeszła ostatnia porcja gdańskich zdjęć. Wiem, na pewno większość z Was w duchu krzyczy: 'Tak, w końcu, nareszcie! Ileż można dręczyć ludzi jednym tematem?!'. Mamy dziś zatem konkretne pożegnanie lata, wakacji i morza - chmurne, pochmurne i smutne. Tamtego dnia zachód słońca był iście malowniczy i niezwykle wietrzny, przez co od kłębiastych pierzyn nie szło oderwać wzroku. Pamiętam, że gdy zeszliśmy z plaży, turbo atomowy silnik w nogach został uruchomiony i pędem transportowaliśmy się do PiKawy by grzać łapy o kubek herbaty Maleństwa (och pyszności, pyszności). Powiadam Wam, przewiało mnie wówczas na wszystkie strony swetra.

A teraz co?

Teraz jesienne zakupy, rowerowe turbo przejazdy (jakby nie patrzeć w weekend z dwóch kółek schodziłam tylko po to, żeby się przespać. Mało tego! W tym miesiącu padł kolejny rekord Krakowskiej Masy Krytycznej. W ostatni piątek września było nas prawie 700 człowieków! Iha!) oraz łapanie pierwszej gumy. Oczywiście, żeby nie było, łapanie jej z samego rana podczas jazdy do pracy no bo kiedy indziej? Velociraptor, alias Krowa, alias 'Dżizas Ile To Bydle Waży' jednak został w te pędy postawiony do pionu, uleczony i opieprzony, że wygłupia się wtedy kiedy nie powinien. Jakżesz to tak o 6 rano? Serio? Lepszej pory dnia na to nie było?

Do tego wszystkiego na nasz balkon zawitał wrzos, przez co mamy jeszcze fajniejszy, jesienny klimat za oknem. Fioletowe wieczory okraszone nowymi dźwiękami The XX i zapachem wanilii...a słońce dawno nie zachodziło nad Krakowem tak pięknie jak dziś. Mniom.


zdjęcia - Paweł

sukienka - Stradivarius; sweter - od Bloo; pasek - sh; torba - vintage; chusta - H&M; buty - Converse


















środa, 26 września 2012

Look Like A Girl But I Think Like A Guy

Powoli zbliżamy się do końca wakacyjnych wspomnień. Dziś jeszcze kilka marynarskich obrazów, bo jakżesz to tak jechać nad morze i nie poczuć się jak bosman? Zdjęcia robione były w kilku miejscach i pochodzą z kilku cudownie gorących dni, podczas których siłą nie szło nas ściągnąć z plaży czy ulubionego mola w Brzeźnie. Kiecka sprawdzała się idealnie bo wygodna, przewiewna i iście nadmorska (ba, wyeksploatowałam ją do tego stopnia, że wróciła cała zababrana kurczakiem z Asia Hung. Och tamtejsza chińszczyzno jak ja za tobą tęsknię!). Genialnie dawała radę w piasku, w Bałtyku i na pokładzie zielonej łajby. Generalnie jakby mi dali do łapy sieć rybacką, tudzież na oko nałożyli przepaskę, mogłabym spokojnie zostać wilkiem morskim i skrzeczeć gniewnie na leniwych majtków. Myślę, że w tej roli sprawdziłabym się doskonale i może to jest właśnie ta życiowa droga którą powinnam iść (no co?! Od zawsze wiedziałam, że marnuję się za biurkiem).

W każdym razie, pasiaka dorwałam na przecenionych, zarowych dziecięcych szmatkach wraz kilkoma innymi przyjemnymi fatałaszkami (oh well, chyba po raz pierwszy powinnam być wdzięczna za mój niedorozwój klatki piersiowej, bo jednak ten dział we wspomnianej wyżej sieciówce potrafi mi 'zrobic dobrze' tak pod względem jakościowym jak i finansowym). Tu, na materiałach dokumentujących sukienkę, tego nie ma, ale do niej na zmianę dobierałam wszechobecne na tym blogu trampki i czarne sandały. Na ramię wiklinowa torba, a gdy zawiało zarzucałam na barki jeansową katanę. Ot, w sumie do pokazania nic wielkiego czy wymyślnego, ale za to bardzo wygodnego. Poza tym, bardzo lubię te zdjęcia więc Was nimi poszczuję.

No to co? 'Hej ho i butelka rumu' i jedziemy z tym koksem.



zdjęcia - Paweł

sukienka - Zara Kids

















niedziela, 23 września 2012

Would You Like Me More If I Can Smile?

Sezon zimnych nosów, zimnych stópek, łóżkowych sobót, filmowych maratonów i hektolitrow herbaty ogłaszam za otwarty. Jesień panie. Wieczorne otulanie się najmiększym kocem świata i przy akompaniamencie uderzającego o parapet deszczu upajanie zapachem wyjętego z piekarnika ciasta drożdżowego ze śliwkami. Och! Z turbo ogromną ilością kruszonki.
Fotel* zaczyna tonąć w otchłani burBundów**, granatów i brązów - w tym roku moją jesienią zawładnęły właśnie te barwy. Puchate swetry, marynarki i delikatne sukienki zasiliły szeregi swoich pobratymców...zapasy muszą jeszcze zostać uzupełnione o bazylion zakolanówek, podkolanówek i grubych rajstop w kolorach spadajacych liści i pochmurnego nieba. 
Poranki są coraz cięższe, ciemniejsze, mgliste i z temperaturą nie zachęcającą do opuszczania ciepłych czterech ścian. Te niedogodności rekompensuje jednak możliwość jazdy wzdłuż wschodu słońca i obserwowania ferii barw na nieboskłonie. Zaczyna się moja druga ulubiona pora roku. Może nawet nie druga, bo pod względem uczucia którym ją darzę jest na tym samym miejscu co lato. Warstwy i sploty warkoczy, które już w tym tygodniu przyszło mi przywdziać, sprawiają, że w jakimś stopniu nawet cieszę się na chłodniejsze dni. O! I kocyko - szalik zaliczył wypad na miasto po kilkumiesięcznych wakacjach spędzonych na dnie szafy. Mało tego, niedługo zacznie się tarzanie w liściach, którego niczym mały gówniarz nie mogę się doczekać. 

Fajnie jest.

A dziś zaserwuję Wam jeszcze plażowe obrazy, jednak ściśle związane z rozpoczynającą się nam nową, kalendarzową porą roku. Sukienka, a właściwie dwie sukienki stanowią już bazy uwarstwowień i w pełni wpisują się w moją jesienną estetykę. Brązowa podfruwajka zrobiona jest z ciepłego, dresowego materiału, jednak jest na tyle krótka, że sama się nosić nie powinna. Na wszystkie spacery zabiera zatem swoją koronkową koleżankę. Razem tworzą wspaniałe falbany, które klawo współgrają z wielkim ponczo - swetrem. No i, co najważniejsze, otulają niczym najlepsza pierzyna.



zdjęcia - Paweł

sukienka nr 1 - Top Shop; sukienka nr 2 - Stradivarius


* wszak od zamierzchłych czasów wiadomo, że fotel to druga szafa;)

** słowo 'burBundowy' wzięło się z językowej pomyłki Pawła, ale spodobało mi się i rozbawiło na tyle, że na stałe weszło do mojego słownika:P

*** już, już jesteśmy przy samym końcu nadmorskich zdjęć. Wytrzymajcie jeszcze chwilę;) Nowe ciucho - pstryki już się produkują;)













niedziela, 16 września 2012

...And When You Call I'll Be Your Shield For Life And If You Feel It You Will Fly

W tym momencie pisze do Was uziemiona i przykuta do łóżka w którym nawet leżąc nie mogę ruszyć choćby małym palcem u nogi. Cierpię, jęczę i modlę się bym jutro była w stanie wsiąść na rower i jakimś cudem dostać się do pracy.

Na pewno zachodzicie teraz w głowę dlaczego (wszak nie ma nic bardziej interesującego na świecie niż właśnie to).

Otóż. Miał to być cudny, leniwy weekend spędzony wraz z książką i kubkiem gorącej herbaty przy kominku. Według prognoz w górach miało pizgać jesienią i złem więc zaopatrzona w kocyko - sweter oraz plan totalnego relaksu wybyłam w Szczawniczańskie rejony. 
W sumie to właśnie w tym momencie wielkie, odpoczywiające przedsięwzięcie już mogłoby wziąć w łeb. 
Aura za oknem mnie oszukała i z samego rana poszczuła cudownie ciepłymi promieniami słońca. Niewiele myśląc wzięliśmy się ogarnęliśmy i wesołym krokiem (jeszcze wesołym) pobiegliśmy na Trzy Korony.
Och szło się po prostu wyśmienicie. Świeże powietrze, cisza, spokój i cudna, zielona polana na której można było się wyłożyć i uzupełniać energię omomom ptysiami. Szum drzew, błękit nieba...no raj na Ziemi. Szczęście jednak nie trwało długo, bo kilka chwil potem najpierw miałam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wędrującymi, leśnymi mimozami ('Kochanieee ogrzej mi rączki', 'Misiaczkuuu a daleko jeszcze?', 'Kiciusiu Ty mój 'najpuchatszy' poczekaj na mnie, przytul!', 'Robaczku nóżki mnie bolą...' - torebeczka ciąży, mózg ciąży, a ptysie już chciały szukać drogi ewakuacyjnej po usłyszeniu tylu czułości), a kilka chwil później jeden z moich mięśni (czy też może ścięgno? Nie wiem, nie znam się, żaden ze mnie biolog - human tuman jeno) postanowił powiedzieć: 'you shall not pass' i wziąć się i umrzeć. Umrzeć na śmierć. Jednakże twardym trzeba być, a nie miętkim, więc wcale się owym kończynowym fochem nie przejęłam i prawie z pieśnią na ustach, niczym górska kozica, pokicałam dalej. 
Szczyt zdobyliśmy (kolejka na sam wierzchołek ftw!) a po obgadaniu opcji powrotnych postanowiliśmy zejść do Sromowiec, stamtąd kopnąć się do Czerwonego Klasztoru (po drodze uzupełnić zapas Studenckiej) i spacerem do Szczawnicy. To był chyba nasz największy błąd. W sumie trudno opisać nasz wygląd po tym jak przekroczyliśmy próg domu, ale generalnie był to obraz nędzy i rozpaczy. Noga się ze mnie śmiała w głos, stopy weszły w kręgosłup a pomidorówka nigdy nie smakowała tak dobrze. 
Reasumując, mimo potwornego cierpienia i zderzenia z landrynkową grupą społeczną cieszę pyska jak głupia bo mimo wszystko weekend udał się nad wyraz wspaniale. Serio, serio.

Zdjęcia jeszcze wakacyjne, choć swoją pogodową urodą zbliżone do tego co obecnie widzę za oknem (choć w sumie nieźle się wypogodziło). Jako ciekawostkę powiem Wam, że w tym dniu zaliczyłam swoją pierwszą i (póki co jedyną) glebę w tym roku. Na szczęście (!) nie tak widowiskową jak  sprzed dwunastu miesięcy. 
A sukienka jest ultra wygodna i przyznaję, należy do jednych z moich kieckowych faworytów, choć z jej kupnem czaiłam się dobrych kilka tygodni. Przeceny jednak zrobiły swoje i tak oto zawisła najpierw w szafie, a potem na mnie.



zdjęcia - Paweł

sukienka - Pull&Bear; buty - Converse; torba - z helskiego Fokarium; chusta - H&M