niedziela, 24 czerwca 2012

Fear And The Panic In The Air

Jaką trzeba byc łajzą, żeby dopiero po ponad dwóch latach odkryć, że piętnaście minut jazdy rowerem od swojego osiedla znajduje się plaża?
Mało tego!
Jakim trzeba byc młotem kołtuniastym by nie raz przejeżdżać koło niej jakieś dwadzieścia metrów, spoglądać na zalew, na dresów oraz ich drugie połowy i machnąć ręką bo z czym do ludzi równych masie pięciu lemon? Ano trzeba być mną. Smutna prawda. Nie wspomnę o mojej tęsknocie za piaszczystym wybrzeżem, za klapnięciem sobie na kocyku i wpatrywaniem się w wodnistą przestrzeń, kiedy tu żyję sobie w błogiej nieświadomości mając pod nosem namiastkę moich pragnień. Plaskacz wymierzony, można nadrabiać.

W międzyczasie obskoczyć trzeba IV edycje Targów Dizajnu. Powzdychać, pomacać wszystko to, co widywało się w sklepach internetowych, pozachwycać się odpicowanymi cruiserami i spotkać masę wystrzałowych, młodych twórców. Radość ogromna łapie za serce, kiedy się widzi, że impreza cieszy się coraz większa popularnością, pojawia się coraz więcej wystawców a i tłum liczny przybywa ze wszystkich stron Krakowa. Z resztą co się dziwić, skoro taka atmosfera wciąga, przyciąga i otumania. Wspaniałość i już nie mogę doczekać się kolejnej, jesiennej edycji (m. in. też przez to, że wieszaki vintage zostały mocno ogołocone zanim zdążyłam przyjechać. Niedobraki człowieki!)

A co do szmatek. Sukienka to wygrany bój na allegrowych zawodach. Leciutka i delikatna niczym mgiełka. Czarnej, koronkowej kiecy w swoich zbiorach jeszcze nie miałam, więc jak najszybciej musiałam ją adoptować od niechcącego już jej właściciela. U mnie ma się bardzo dobrze, dołączyła do swoich filuternych koleżanek. Dogadują się, nie sprzeczają na wieszakach więc odnalazła się w nowym środowisku.


zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - Primark via. Allegro; spódnica, sandały - Zara; katana - MerryMeetMe, kołnierzyk - Parfois













niedziela, 17 czerwca 2012

Those Sweet Sounds Of Silence Till Morning Light

Wpadam z jednej urlopowej podniety w drugą. Tym razem większą, weselszą i wyczekiwaną jeszcze bardziej. Wyczekiwaną aż cały rok.
Tak.
Teraz Was dopiero zamęczę.
Powoli rozpoczynam odliczanie dni do naszej nadmorskiej wyprawy. Wiercę się na krześle, planuję i rozkminiam. Myślami już wygrzewam się na sobieszewskiej plaży, gubię w gdańskich uliczkach, roweruję do Sopotu i przesiaduję w ukochanej PiKawie. Tęsknię bardzo i już naszego wylotu doczeka się nie mogę. Ha! Dobrze przeczytaliście, w tym roku zafundowaliśmy sobie szał pał i na drugi koniec Polski lecimy samolotem. Dwadzieścia złociszy drożej a podróż skrócona do jednej godziny. Mam nadzieję, że aeroplan nie spadnie, nie rozbije się, a ja z lubością już za kilka chwil (czyt. tygodni) powitam piaszczysty brzeg Bałtyku. Bilety są, pokoje są, radość jest.
Piękno!

Do tego cieszę się z powodu prezentowanej Wam poniżej sukienki. Nie wiem jak długo (a długo) poszukiwałam właśnie takiej. Granatowej, z wiszącym z tyłu kołnierzem, rozkloszowanej na dole. Przypominającą tę w jakiej do szkoły biegała Usagi Tsukino. Ta moja kokard nie ma, ale sobie kupiłam apaszkę, więc może coś tam pod szyją zapętlę wkrótce i będę prawie jak Czarodziejka z Księżyca;) W każdym razie mam radochę jak mały dzieciak. Panie na ulicy krzyczą za mną, że takie same kiecki miały kiedy biegały za młodu do podstawówek, co oczywiście wywołuje uśmiech na moim pyszczku po same ósemki.
Plecak z kolei, to jest w ogóle mega prezent - niespodzianka. Któregoś pięknego, majowego dnia, powróciwszy po [irony mode on] wielce zapracowanym [irony mode off] dniu za biurkiem znalazłam na podłodze w pokoju ogromniaste pudło a nad nim okrutnie szczerzącego się Gamonia. Myślę: 'bombę jakąś skombinował coby mnie w kosmos w końcu posłać czy co?', ale nie. Oczom mym ukazał się wymarzony tornister do którego miesiącami wzdychałam na stronie Asosa. Słów mi zabrakło i oddechu, bo jednak gryzie mi się widok Pawła klikającego między damskimi torebkami w poszukiwaniu czerwonej pierdółki na plecy kiedy na tapecie jest Diablo III;) No po prostu czadzior, mega wow i skok na jednej nóżce pod sam sufit.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - Romwe; tornister - Asos; skarpeciochy - Accessorize; oksfordy - Primark

Na sam koniec zostawiłam Wam jeszcze mega smaczek. Otwierając kilka dni temu swoją pocztę znalazłam w niej wiadomość od kochanej Panny Lili na widok której dostałam takiego zapowietrzenia, że z trudem mi było potem normalny oddech złapać. Jakbym mogła to wzięłabym i wyściskała we wszystkie strony wspaniałą autorkę, bo 'dziękuję' wydaje mi się w tym wypadku takie...hm, małe i nieoddające w pełni tego co czuję, tym bardziej, że w życiu nie spodziewałam się otrzymać czegoś TAK pięknego. Z resztą, zobaczcie sami.














niedziela, 10 czerwca 2012

So For Tonight Let’s Have Some Fun, Show Me How To Use This Gun

Jak wspomniałam w ostatnim wpisie, w zeszłą niedzielę miała miejsce IV edycja Święta Cyklicznego i mogę z całą pewnością stwierdzić, że tegoroczny Wielki Rowerowy Przejazd był najlepszy z dotychczasowych. Aż serce drżało i oczy łzawiły kiedy tłum prawie tysiąca pięciuset rowerowych maniaków zaczął bojowo krzyczeć i dzwonić podczas pedałowania. Wzrusz kolosalny! A do tego jeszcze z głośników ciągnęła się ukochana nuta okraszona tytułem 'Paper Plans'. 

No miodzio.

Mało tego, będąc już na miejscu wielkiej imprezy Paweł trzeci rok z rzędu odebrał nagrodę w konkursie Cyklofotografii, a Velociraptor zrobił furorę (dumnam z mojego rowerzyku fest!). Przy okazji miałam możliwość zarejestrowania go w wielkiej, bicyklowej bazie danych coby, jak jakiś złodziej - niedobrak połasił się na mój skarb, jakąś tam większą możliwość odzyskania go mieć (ha, ha). Oraz móc własną ręką sprawiedliwości wymierzyć takiemu elementowi karę (czyt. zrobić mu z tyłka jesień średniowiecza, tudzież w owe cztery litery włożyć składak). Pięknie było i wspaniale. Cudowne człowieki, piękne dziewczyny i przystojni chłopcy. O samych dwukołowcach nie wspomnę bo co rusz wzrok mój był rozbiegany, z kącików ust wypływała ślina a uszom wszystkich dochodziło moje sapanie, ochanie i zapowietrzanie. Z zachwytu oczywiście. Do tego zachciało mi się kupna kiziacznego Batavusa na którego już mamona jest składana. Ale to w przyszłym roku, kiedy nasze mieszkanie cudownie urodzi dodatkowy pokój na rowery, bo teraz mając ich na kwadracie trzy jest trochę, ekhm...ciekawie;)

Oprócz wyżej opisanej podniety, tydzień ten przyniósł mi również upragniony, aczkolwiek króciutki urlop. Urlopiątko można by rzec. Ale było ono tak wytęsknione i wyczekiwane, że przez dwa dni pupcią na stołku kręciłam z niecierpliwości rozkoszowania się nim. Rozkoszowanie skończyło się szybko na totalnym przeorganizowaniu i przemeblowaniu mieszkania z którego jestem niezwykle zadowolona bo jeszcze tylko kilka małych szczegółów i nasza pieczar(k)a będzie wyglądała idealnie klawo i bombastycznie. 

Uff, to żem się rozpisała. Znikam zatem  i zostawiam Was z kilkoma wypoczynkowo - rowerowymi zdjęciami *puf*. 



zdjęcia - Paweł Kolankowski

koszulka - second - hand; podkolanówki i spódnica - Szpiegowskie niespodziewajki; wianek - od Kiziaka; trampki - Converse; tornister - prezent (ale wiem, że Asos;P)


P.S1. Księżyc musiał wejść w jakąś złą fazę przez co moje nogi wyglądają jak parówy. Albo to ta spódnica. Albo tona żelków, które wpitalam.

P.S2. Na zdjęciach gościnnie wystąpiła Pawłowa 'Ukraina'. Niech będzie, że mój chłopak też ma ładny rower;) 













niedziela, 3 czerwca 2012

Behind This Milky Window There Is No Perfect Night

Dziś będzie post żegnający. 

Nie, nie Was, moi Drodzy, nie cieszcie się za wcześnie (choć przyznaję, że ten tydzień był moim blogowo - wyglądowym załamaniem, rozkminianiem nad sensem zdjęciowych wygibasów oraz zawartością szafy, którą to, miałam ochotę wziąć i pieprznąć przez okno z całą zawartością. Na koniec pokazać jej jeszcze środkowy palec, o!). Będzie to pożegnanie z moim (w sumie jedynym) obuwiem wykończonym jakże pięknym i zacnym obcasem. Hm, w ogóle z jakimikolwiek butami, których to szpilkowe zwieńczenie sięga nieco wyżej niż...pięć centymetrów? Powiedzmy, że jego wysokość dochodzi do bardzo niebezpiecznej granicy gdzie mój kręgosłup zaczyna buntować się i wyć z rozpaczy do księżyca, uprzykrzając mi z resztą tym życie niezmiernie. Potem chodzę niczym Quasimodo, stękam, jęczę i nawet ortopedyczne oparcie w moim roboczym fotelu nic już nie daje. 
Dramat Panie! 
Chociaż, mogę się teraz polansować i twierdzić, że jednak z Dodą mamy coś wspólnego (no co! Pudelek twierdzi, że Ona też przez ten człowiekowy stelaż musi drapacze chmur wśród obuwia zamieniać na ciche szybkobiegi:P

Także trzymajcie się ściany bo jesteście świadkami wiekopomnej chwili, w której to mówię 'pa pa' wszelkim obcasowym słupkom. No, chyba, że cudnie ozdrowieję. Ktoś w końcu przyjdzie, wyrwie mnie to ustrojstwo i wstawi nowe. Póki co bajubaj. 

W każdym razie nie jest też najgorzej. Z okazji Dnia Dziecka Gamoń zaopatrzył mnie w ultra turbo wygodne sandały, które są niczym papciuszki na moich stopach. A to coś, bo razem z nimi dostałam w wiadomym celu różowe plasterki (cóż ja pocznę, kiedy nawet japonki mnie obcierają).O dziwo, po raz pierwszy nie były mi potrzebne (no dobra, były. Ale nie do tych butów!).


zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - Sheinside; marynarka - vintage [G. Armani]; buty - Parfois; koszyczek - H&M


To się Wam pożaliłam a teraz idę ochłonąć po własnie zakończonym Święcie Cyklicznym. Nie ma co, Wielki Przejazd Rowerowy w tym roku pobił wszystkie dotychczasowe, ale o tym opowiem Robaczki następnym razem. Stay tuned!