Jaką trzeba byc łajzą, żeby dopiero po ponad dwóch latach odkryć, że piętnaście minut jazdy rowerem od swojego osiedla znajduje się plaża?
Mało tego!
Jakim trzeba byc młotem kołtuniastym by nie raz przejeżdżać koło niej jakieś dwadzieścia metrów, spoglądać na zalew, na dresów oraz ich drugie połowy i machnąć ręką bo z czym do ludzi równych masie pięciu lemon? Ano trzeba być mną. Smutna prawda. Nie wspomnę o mojej tęsknocie za piaszczystym wybrzeżem, za klapnięciem sobie na kocyku i wpatrywaniem się w wodnistą przestrzeń, kiedy tu żyję sobie w błogiej nieświadomości mając pod nosem namiastkę moich pragnień. Plaskacz wymierzony, można nadrabiać.
W międzyczasie obskoczyć trzeba IV edycje Targów Dizajnu. Powzdychać, pomacać wszystko to, co widywało się w sklepach internetowych, pozachwycać się odpicowanymi cruiserami i spotkać masę wystrzałowych, młodych twórców. Radość ogromna łapie za serce, kiedy się widzi, że impreza cieszy się coraz większa popularnością, pojawia się coraz więcej wystawców a i tłum liczny przybywa ze wszystkich stron Krakowa. Z resztą co się dziwić, skoro taka atmosfera wciąga, przyciąga i otumania. Wspaniałość i już nie mogę doczekać się kolejnej, jesiennej edycji (m. in. też przez to, że wieszaki vintage zostały mocno ogołocone zanim zdążyłam przyjechać. Niedobraki człowieki!)
A co do szmatek. Sukienka to wygrany bój na allegrowych zawodach. Leciutka i delikatna niczym mgiełka. Czarnej, koronkowej kiecy w swoich zbiorach jeszcze nie miałam, więc jak najszybciej musiałam ją adoptować od niechcącego już jej właściciela. U mnie ma się bardzo dobrze, dołączyła do swoich filuternych koleżanek. Dogadują się, nie sprzeczają na wieszakach więc odnalazła się w nowym środowisku.
zdjęcia - Paweł Kolankowski
sukienka - Primark via. Allegro; spódnica, sandały - Zara; katana - MerryMeetMe, kołnierzyk - Parfois
