Czy zdarzyło Wam się zrobić ostatnio coś niecodziennego? Coś wyrwanego zupełnie z kontekstu zwyczajnego dnia? Coś miłego dla Was, coś miłego dla kogoś? Coś dzięki czemu uśmiechacie się do siebie klepiąc w pracy kolejne pismo/jadąc tramwajem do domu/kupując pięć bułek na kolację?
Nie?
Idźcie na pobliską łąkę! Weźcie koc, weźcie książkę, aparat i ukochaną osobę. Znajdźcie tonący w zieleni zagajnik odgrodzony żółtymi kwiatami od reszty świata. Niech Wasz śmiech porywa pachnący jesienią wiatr. Cisza podkręca wyobraźnię w której litery zaczynają tworzyć obrazy. Znajdźcie zachód słońca i święty spokój.
Już jakiś czas temu Pan Wojtek Młynarski w swojej piosence o zakochanym w pensjonariuszce Krysi basiście śpiewał: 'że każdy z nas ma dziwne sny, lecz potem się budzimy i...' i mamy potężnego mindfucka, tzn. ja mam. Mniej więcej kilka razy w tygodniu.
Bo cóż innego mieć mogę, kiedy podświadomość serwuje mi obraz wielkiej wojny z zombie, wygranej na szczęście przez ludzi, którzy tułają się po całym świecie z tobołami, szukając miejsca do osiedlenia. W tej grupie wędruję ja z moimi przyjaciółmi, ekipą z 'Walking Dead' i kotem, który zostaje ugryziony przez jednego z ostatnich żywych umarlaków. Na mych oczach zmienia się w olbrzyma, by po chwili przybrać postać miłego puszka i z zaskoczenia ugryźć jednego z współtowarzyszy. Oczywiście ze względu na bezpieczeństwo porzucamy nieboraka i dalej wędrujemy gdzie nas oczy poniosą. Trafiwszy do Szczawnicy widzimy ogromną kolejkę ustawioną do miejscowej przychodni, w której ludzie otrzymują szczepionki na wirusa zombie, która (jak się dowiaduję) 'raz działa, a raz nie'. Z takiej loterii rezygnujemy i udajemy się do domostwa mojego przyszłego Teścia. Mówiąc o koniecznej jeszcze ostrożności bo wszak szwędacze jeszcze po padole się szwędają, zostajemy przez Pana Ryśka wyśmiani. Nie jest to z jego strony dobre posunięcie, ponieważ w momencie zostaje zaatakowany przez zombie kota, który przemienia się w Daleka i z charakterystycznym dla siebie okrzykiem: 'EXTERMINATE', kąsa go w ramię. Przerażeni bunkrujemy się w na piętrze w domu i zbroimy, a pomaga nam w tym sam Daryl Dixon, który ogólnie rzecz ujmując jest zajebisty bo ma kuszę. Dziewczyny lubią chłopaków z kuszą (no oprócz Joffreya, Joffrey nie jest fajny. Nawet z kuszą).
W tej chwili dzwoni budzik, ja wyskakuję z łóżka i szukam jakiegokolwiek ostrego narzędzie coby mieć się czym bronić. Dopiero po kilku minutach dochodzi do mnie, że to był kolejny, jakże udany sen.
Bo musicie wiedzieć moi Drodzy, to tylko wierzchołek góry lodowej.
Innym razem zjeżdżałam z jakiejś góry pomarańczowym cabrio maluchem, przebrana za truskawkę (dosłownie, nie, że jakieś czerwone wdzianko. Jestem wielką truskawą w Fiacie 126p) z zielonymi włosami, które domyślam się miały robić za szypułkę. Muszę przyznać, że do tego przedstawionego Wam obrazu ciągle brakuje mi komentarza.
Kiedy indziej zaś, wędruję z moimi bliskimi po lesie, gdzie natrafiamy na drewnianą chatkę na drzewach, w której do góry nogami (w sensie nogi przy suficie, głowa na podłodze) śpi losowo wybrany pan, a moja Przyjaciółka ucina swojemu mężowi kawałek zarostu na brodzie żeby ten nie chrapał w nocy. On płacze i biadoli, ponieważ twierdzi, że przez ten brak fragmentu brody będzie się moczył w łóżku.
I jak ja, przepraszam bardzo, mam być w swoim świecie normalna?
Wspaniały to tydzień i wspaniały czas. Siedem dni ostrego napierniczania kilometrów, coby odbić sobie prawie miesięczne opóźnienie w tej materii. W końcu czuję, że wszystko jest na miejscu, wszystko jest tak jak powinno być. Zaćwierkane do granic możliwości ptactwo budzi z samego rana i towarzyszy w skąpanej słońcem drodze do pracy. Do tego delikatnie pruszący śnieg z zabłąkanej chmury i nagle otacza mnie krajobraz wyjęty jak z najpiękniejszej bajki. Wprost nie do opisania. Następny dzień wita splątanymi we wstęgi mgły konarami drzew, tworząc przy tym malowniczy tunel wprost na mojej trasie. Nad głową wielki błękit, plecy muskane ciepłymi, złocistymi mackami...w końcu chce się wstawać.
Ależ mi tego brakowało, ależ ja za tym tęskniłam. Naprawdę dawno tak bardzo nie starałam się chłonąć każdej minuty, każdej chwili i chcieć doznawać jej wprost każdym zmysłem. Ostatnio chciałabym mieć oczy dookoła głowy (bo z tylko jedną parą niechybnie w coś lub kogoś walne, kiedy tak bujając w obłokach i rozglądając się na wszystkie strony szczęśliwa sobie jadę) i więcej czasu by móc do granic możliwości wszystkim tym się nacieszyć.
Do tego przyleciała do mnie idealna wiosenna sukienka (a dawno, naprawdę dawno nie wynalazłam kiecki, która swą zacną urodą zasłużyłaby na wieszak: 'dmuchać, chuchać, kochać po sam grób') i już zdążyła zmoknąć w ciepłym, wiosennym deszczu oraz brać udział w ucieczce przed nadciągającą znienacka burzą (tak, burzą. Zagrzmiało dwa razy i był piorun. Jest kwiecień - więc się liczy). Frufruwasta jest, z klawo wyciętymi plecami i kokardziochą. Tańczy i wiruje przy każdym podmuchu wiatru, a do tego tak bardzo polubiła się z ukwieconym wiankiem. Cud, miód, ciasteczko.
Dodam jeszcze, że wczoraj zakupiliśmy bilety na wakacje w ultra promocyjnej cenie. Teraz pozostaje tylko odliczać dni. Chwilo trwaj!
P.S. Do Koleżanek blogerek. Cudny sklepik SwayChic poszukuje teraz zacnych dziewcząt, co to pragnęłyby w ich ciuszkach pląsać po naszej słodkiej krainie. Jeśli jesteście zainteresowane, to można pisać pod ten adres [reviews@swaychic.com];)
Niezwykle cierpiąca byłam w tym tygodniu. Powrót do pracy po tylu dniach słodkiego jak miód lenistwa boli niezwykle mocno. Poniedziałkowa pobudka o szóstej rano i odkrycie, że o tej porze wcale już nie jest tak ciepło jak jeszcze kilka tygodni temu ciągle wywołuje u mnie mroźne dreszcze. Rower bez chusty, kurtki i rękawiczek już się nie obejdzie niestety. Smutek okropny, bo winter is coming. Przyznam szczerze, że dawno nie odliczałam tak dni do weekendu i możliwości otworzenia oczu dopiero po dziesiątej. Humor poprawiała mi jeszcze myśl o piątkowej Masie Krytycznej, która z miesiąca na miesiąc przyciąga coraz więcej ludzi, a widok setek migających czerwonych światełek, po zmroku pędzących całą szerokością Ronda Mogilskiego łapał naprawdę za serce i mimowolnie sprawiał, że człowiek szczerzył się od ucha do ucha.
W pracy morskim opowieściom nie było końca i pocieszeniom, że ta moja depresja to normalna rzecz i wszystko wróci do normy. Fakt, powoli wraca, ale i tak ciągle cierpię i marudzę.
Na zdjęciach można znowu 'podziwiać' mnie w stroju kąpielowym (po pierwszą odsłonę można sięgnąć tu), a nie jest to byle jaka sprawa, bo jeszcze rok temu trudno było mnie przekonać do hasania po plaży choćby w samej górze od bikini (ej, ej nie wizualizować sobie tam już gdzieś gołego tyłka!;) Poślady oczywiście szczelnie zakryte spodenkami/sukienką/spódnicą - do wyboru, do koloru). To lato przyniosło chyba jednak jakieś zmiany w mojej psychice no i kilkukilogramowy spadek wagi (dumna z siebie jestem, dumna jak nie wiem co, że tyle wytrwałam na słodyczowym ograniczeniu. Wy też możecie być ze mnie dumni:P). Poza tym to plażowe odzienie tak okrutnie wpadło mi w oko zaraz po wkroczeniu kolekcji Marni do sklepów H&M, że nie mogłam się mu oprzeć. To znaczy mogłam, bo nie kupiłam go od razu, jeszcze mnie na tyle nie pogięło, żeby za materiałowy skrawek sporo przepłacać. No i miałam nosa, bo kilka miesięcy później ciągle na wieszaku wisiał mój rozmiar, ale przeceniony bodaj o ponad połowę. Resztę możecie sobie już dopowiedzieć sami.
W każdym razie dziś przedstawiam Wam obrazy z Helu, gdzie ściągnęły nas foczki (na zdjęciu ukochany Bubas <3), a przy okazji odkryliśmy najsmakowitsze gofry na Ziemi. Wtedy też zostałam przez słońce zdzielona po twarzy tak, że wyglądałam jak zatwardziały amator tanich trunków z kilkoma strupami po oparzeniowymi na nosie (tu na szczęście ich jeszcze nie ma). Doprawdy morska nimfa po byku fest.
Jaką trzeba byc łajzą, żeby dopiero po ponad dwóch latach odkryć, że piętnaście minut jazdy rowerem od swojego osiedla znajduje się plaża?
Mało tego!
Jakim trzeba byc młotem kołtuniastym by nie raz przejeżdżać koło niej jakieś dwadzieścia metrów, spoglądać na zalew, na dresów oraz ich drugie połowy i machnąć ręką bo z czym do ludzi równych masie pięciu lemon? Ano trzeba być mną. Smutna prawda. Nie wspomnę o mojej tęsknocie za piaszczystym wybrzeżem, za klapnięciem sobie na kocyku i wpatrywaniem się w wodnistą przestrzeń, kiedy tu żyję sobie w błogiej nieświadomości mając pod nosem namiastkę moich pragnień. Plaskacz wymierzony, można nadrabiać.
W międzyczasie obskoczyć trzeba IV edycje Targów Dizajnu. Powzdychać, pomacać wszystko to, co widywało się w sklepach internetowych, pozachwycać się odpicowanymi cruiserami i spotkać masę wystrzałowych, młodych twórców. Radość ogromna łapie za serce, kiedy się widzi, że impreza cieszy się coraz większa popularnością, pojawia się coraz więcej wystawców a i tłum liczny przybywa ze wszystkich stron Krakowa. Z resztą co się dziwić, skoro taka atmosfera wciąga, przyciąga i otumania. Wspaniałość i już nie mogę doczekać się kolejnej, jesiennej edycji (m. in. też przez to, że wieszaki vintage zostały mocno ogołocone zanim zdążyłam przyjechać. Niedobraki człowieki!)
A co do szmatek. Sukienka to wygrany bój na allegrowych zawodach. Leciutka i delikatna niczym mgiełka. Czarnej, koronkowej kiecy w swoich zbiorach jeszcze nie miałam, więc jak najszybciej musiałam ją adoptować od niechcącego już jej właściciela. U mnie ma się bardzo dobrze, dołączyła do swoich filuternych koleżanek. Dogadują się, nie sprzeczają na wieszakach więc odnalazła się w nowym środowisku.