Dziś wpadam tu tylko na chwilę bo Pan Bąbel jest chory, a ja zamieniłam się w największą panikarę świata. Moja własna, prywatna Pani Matka jest przy mnie teraz fraszką igraszką wyluzowaną na maksa. Dookoła widzę śmierć, apokalipsę i smutek. Nie śpię już drugi dzień, biegam w piżamie o drugiej w nocy bo Mały musiał wyjść, a ten sztorm, który ma miejsce zaraz za naszym oknem wcale sprawy nie ułatwia. Wszystko to przez problemy gastryczne.
Oczywiście nie działają na mnie słowa spotkanych znajomych, że przecież Mikropieseł zupełnie na chorego nie wygląda (je normalnie, szaleje normalnie, pilnuje całego osiedla jak zawsze), a głos jedynej rozsądnej osoby w pobliżu mnie, rozbija się gdzieś echem o ściany histerii. Bo ja oczywiście mam złe przeczucie, ja widzę nowe objawy (podobno tylko ja), bo może to nie przejedzenie (senkju kochanie Rodzice), może ktoś otruł, może rzucił klątwę, może to w ogóle coś innego. Najchętniej koczowałabym na wycieraczce Bąblowego weterynarza TAK NA WSZELKI WYPADEK.
Rozumiecie więc moje rozkojarzenie i obawy. Mam nadzieję, że wszystkie przepisane tabletki i dietetyczna karma poradzą sobie naszym piesełem i za tydzień o tej porze będę się już z siebie tylko śmiała. Póki co jednak wracam do mojego siania niepokoju, a Was zostawiam ze zdjęciami z małej, wtorkowej niedzieli.
Cmok!
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
sweter, buty - H&M; spódnica - Pull&Bear; budrysówka - House


