Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parfois shoes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parfois shoes. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

I Don't Wanna Bend Like The Bad Girls Bend. I Just Wanna Be Your Friend.


Majówka zleciała mi bardzo szybko. Tak to bywa gdy choć jej ułamek spędza się w swoim ulubionym towarzystwie. Tym bardziej, że z jedną połowa tego towarzystwa ostatnio przychodzi nam się spotykać dosyć rzadko. Dlatego, gdy w końcu się to uda cieszy mnie to niezmiernie. Siedziałam zatem i oprócz whisky sączyłam atmosferę. W głowie łapałam wszystkie uśmiechy, zapamiętywałam historie, bo kto wie kiedy znowu w całej zgrai przyjdzie nam się napić. Oby jak najprędzej, oby nie znowu za kilka miesięcy. 

Stan mej błogości dopełniał również fakt praktycznie całkowitego odcięcia od internetowego świata, gdyż ponieważ w ferworze pakowania i organizowania zostawiłam w domu komórkę. Po pierwszej super panice, zawale serca, pomstowaniu na czym ten świat stoi, mądre google i android pokazały mi, że pan telefon ma się świetnie i grzecznie leży sobie na półeczce (tzn. to, że leży na półeczce dowiedziałam się jak już przekroczyłam próg naszych czterech kątów, czyli jakieś pół gadziny temu). Smart lemon nie jest taki smart jak smartfon i ma nauczkę by na przyszłość jednak trochę lepiej ogarniać to co się wokół niego dzieje. W każdym razie, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i tak zrobił się miły odwyk, który charakteryzował się spacerami i lodami jogurtowymi. Mniom.

Teraz jednak czas wrócić do rzeczywistości bo już w wannie czekają na mnie do posadzenia cud, miód roślinki sprezentowane mi w czwartek przez najlepszych Współpracowników świata, w tym wielki krzak truskawek, bo wiecie, zwykły koszyczek to za mało by zaspokoić mój owoco - apetyt. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

kurtka - Pull&Bear; koszula - Mango; spodnie - H&M; buty - Parfois; torba - Paulina Schaedel



niedziela, 8 grudnia 2013

When Time Was On Their Side


Karma to jest jednak prawdziwa suka. Raptem kilka dni temu dzieliłam się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat męskiego chorowania i w ramach zemsty zostałam po cichu, pod osłona nocy zarażona bakterią kaszlu, kataru i gorączki. 

Gil po kolana i dawaj. 

Jako, że jednak twarda ze mnie baba i boję się jedynie pająków i klaunów, nic sobie z mojej siorbającej niedyspozycji nie robiłam (#twardymtrzebabyćaniemiętkim). Wraz z moja Panią Matką obskoczyłam na dzień przed Mikołajem najbardziej zatłoczoną galerię w mieście, napisałam z hiszpańskiego sprawdzian i szarpałam się z niejakim kolegą Ksawerym, który musiał mieć bardzo spory problem do mnie, bo za cholerę nie dawał mi spokojnie przejść kilka metrów, tylko miotał mną jak Szatan. Okropny z niego Skurczybyk. Prawie zostałam zmuszona do upychania w kieszeni kamyków by nie zostać zepchnięta z wysokiego wiaduktu. Udało mi się jednak przeżyć i jestem. Już bez kataru i bez kaszlu, bo każda Dziewczyna wie, że choruje się maks dwa dni;) Na więcej przecież nie ma czasu! Dopomógł mi w tym z resztą pyszny, zimowy grzaniec którym to, dosłownie i w przenośni, posiłkowałam się przez weekendowe dwa dni. Na wszelkie zdrowotne niedogodności - #lemonapproved. 

O! A będąc jeszcze w tematyce alkoholowo - rozgrzewającej, możecie sobie mnie dziś oglądać jak hycam odziana w kolor wina, który najlepszy jest na tę porę roku i lubię go bardzo i w ogóle hej. Jest też gdańska owca na mej piersi i czapa - niespodzianka, wydziergana przez Naj Naj Naj Mamę Mej Bliźniaczej Siostry (#jestękiziakię), w której mogę schować się (w czapie, nie w Riennaherze) przed całym złym światem, wiatrem i inną niepogodą. Zatem siadajcie, oglądajcie i trzymajcie się czegoś bo wiucha niemiłosiernie.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka, sweter - New Look; budrysówka - House; buty - Parfois; czapa - zrobiona przez wspaniałą Mamę Kiziaka; teczka - Not A Virgin Shop



P.S. Proszę o wybaczenie dzisiejszej mniejszej ilości literek, ale po ostatnim wpisie chciałam Wam dać troszkę odpocząć;)









niedziela, 17 listopada 2013

I Remember When Your Head Caught Flame, It Kissed Your Scalp And Caressed Your Brain


Przyznam Wam się do czegoś strasznego. Do czegoś przez co czuję się jak chytra baba z Radomia i jest mi okropnie wstyd. Do czegoś w czym za skarby świata nie chciałam nigdy brać udziału (i tu wali mnie po głowie stare jak świat powiedzenie: 'Nigdy nie mów nigdy'), otóż...czternastego listopada roku pańskiego dwa tysiące trzynastego, o godzinie ósmej trzydzieści pięć przekroczyłam drzwi galerii by ustawić się w kolejce na otwarcie HaeMa z premierową kolekcją Isabel Marant dla tejże marki. 
Serio, bez ściemy.
Tzn. to nie było tak hop siup od razu. Bo jak już weszłam i zeszłam na dół pod jedno z wejść do 'krainy Marant płynącej' zobaczyłam przed oczami kolejkę. Sporą. Ok, nie będę Was oszukiwać - stał tam tłum. Nastolatki z matkami, nastolatki z ojcami, nastolatki z dziadkami i kilka równie zagubionych osób jak ja...do wyboru, do koloru.
Stanęłam, zrobiłam poczciwego karpika i na pięcie zrobiłam w tył zwrot. Podreptałam na górę, do głównego wejścia, które wtedy świeciło pustkami i zapytałam przesympatycznego Pana Ochroniarza czy tędy też mam szansę wejść. Po odpowiedzi twierdzącej, usunęłam się na bok i obserwowałam co też się piętro niżej dzieje. Ogonek z minuty na minutę się powiększał, przechodnie robili mu zdjęcia, a ja jednak miałam coraz większą ochotę ukryć się w szaliku. Mą niedolę postanowiła podzielić poznana na kilka minut przed otwarciem koleżanka i Pani w wieku niektórych już babć (poważnie, Pani z resztą cudowna, stylowa i nieskończenie urocza). Po omówieniu z moimi towarzyszami strategii, wraz z otwarciem się drzwi truchtem zrobiłyśmy hyc do wieszaków. 
Co tam się działo...co myśmy zobaczyły...
Cudem pochwyciłam rzeczy, które chciałam zdobyć i nagle, odwracając się od nich znalazłam się w epicentrum tornada. Las rąk, las głów, las ludzi. I na nic zdały się słowa: 'Przepraszam, przepraszam, ja już tak bardzo chcę stąd wyjść'. Tłum miotał mną jak szatan.
Kiedy po kilku minutach udało mi się w końcu wyrwać z paszczy lwa, ochłonąć chwilę, moim oczom ukazał się niebywały widok. Mianowicie pewna Pani Matka zakosiła cały stos wieszaków (trudno stwierdzić ile ich miała w rękach, generalnie był to cały sort koronkowych bluzek, a ona pod ich ciężarem wręcz się uginała) i krzycząc do córki: 'A 36 masz?! A dwa 36?! A 38?!' kuliła się z nim, tak jakby to był największy dla niej w tym momencie skarb. Nie tylko mnie ten obrazek zaciekawił, bo razem ze mną postanowiła do niej podejść jeszcze jedna zbłąkana duszyczka. Na nasze pytanie, czy możemy sobie wziąć po jednej koszulce do przymiarki, Pani postanowiła skulić się jeszcze bardziej. Kiedy już zupełnie zdezorientowane zapytałyśmy ją, czy może nie odstawiać takiej paranoi, bo jednak nie jest w sklepie sama i każdy chciałby coś kupić, Kobieta, niczym Golum z 'Władcy Pierścieni' naskoczyła na nas z krzykiem: 'JA MAM PRAWO! Wy nie możecie mi nic kazać! Jak będę chciała to kupię WSZYSTKO. BO MAM PRAWO'. I chuj. Nic nie zrobisz. Możesz stać, zbierać szóstki z ziemi i walnąć takiego facepalma, że będzie go słychać w mieszkaniu Marant, ale to i tak na nic, bo Ona 'MA PRAWO'(tu w tle nadal słychać skrzekliwe: 'No masz to 38 czy nie?!').

Przyznam szczerze, że w całym swoim życiu nie widziałam jeszcze takiego szaleństwa. Dosłownie trzydzieści minut wystarczyło by cała kolekcja zniknęła z Krakowa. Na moich oczach każda półka, każdy wieszak robił się pusty. Powiadam Wam, działa się istna magia.

Ale, podsumowując, nie było wcale tak bardzo źle. Nie licząc tych dwóch przypadków, które Wam wyżej opisałam, spotkałam się też z wieloma sympatycznymi Kobietami. Jedne porozumiewawczo uśmiechały się do siebie na widok odbywającego się na ich oczach ubraniowego szturmu, jeszcze inne podchodziły, pytały co też udało mi się wybrać i czy może nie chciałabym się zamienić (i nie mówię tu o jakiś chamskim zachowaniu. Skąd! To wszystko było tak cudownie miłe i cały czas odbywało się ze wspomnianym już uśmiechem na ustach), Panowie Ochroniarze nam kibicowali, ekipa H&M sprostała zadaniu, a opisywana na początku Babcia dorwała mnie już na wychodnym i z naręczem wieszaków zaczęła opowiadać, że udało Jej się wybrać kilka fajnych spodni, ale nie jest do końca pewna jednych i czy mogłabym Jej doradzić. Możecie się domyślić, że po tym rozpłynęłam się po prostu jak kostka cukru w gorącej herbacie. 

Jeśli o mnie chodzi, samą kolekcją Isabel Marant dla H&M jestem zachwycona. Chyba jeszcze żadna kolaboracja nie wyszła tej marce tak dobrze, jak ta, która miała premierę kilka dni temu. Ubrania są piękne, świetnej jakości, można je przede wszystkim nosić na co dzień, a wszystkie swetry warte są swojej ceny. Jeśli tylko bym mogła, zaopatrzyłabym się dosłownie we wszystko. Póki co, prezentuję Wam sweter Yeti, czy też jak to mówi Paweł: elegancką wersję Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter - Isabel Marant dla H&M; spódnica - Pull&Bear; torebka i buty - Parfois











niedziela, 31 marca 2013

It's Dare!

Święta świętami, Mazurki Mazurkami, ale lemonowy pościak być musi. Jak w niedziele msza, tak i na cytrynowym wpis, ha! 

Będzie szybko i na temat, bo co chwilę i co rusz, ktoś przychodzi, ktoś przynosi ciastko, ktoś każe mi się szybko ubierać bo już trzeba wychodzić do Ciotuni. 
Zaserwuję Wam dziś jeden z moich ulubionych, pracowniczych mundurków, w którym to dosyć często można spotkać mnie za biurkiem, przedzierającą się przez las papierzysk i próbującą wyplątać z objęć telefonicznego kabla. W nim również obijam się o szuflady i brudzę łapy tuszem do pieczątek. Co jakiś czas również sprawia, że w piątkowe popołudnia, kiedy to zapragnę wzbogacić wieczór wysokoprocentowym trunkiem i wpadam prosto po pracy do losowo wybranego monopola, jestem brana za uczennicę liceum i nie obejdzie się bez okazania dowodu poświadczającego, że tę szkołę mam już dawno za sobą. Jak więc widzicie, przygód z nim bez liku. Do tego ładnie współgra z miętową krową i słuchafonami, a wtedy to już jestem na rowerze 'soł stajlisz' i 'feszyn', że należy mi się za niego co najmniej jakiś Oskar Mody*

Ale, ale, żeby nie wyjść na chama i prostaka, chciałabym Wam życzyć spokojnych, Wesołych Świąt Wielkanocnych. Coby kurczaki były żółciutkie, króliki puchate a barany robiły 'bee'. Dużo prezentów pod choinką, okrągłych jaj w koszyku i niekrzyczących na nas Mam (to ciasto jest jeszcze gorące! Poparzysz się! Zostaw do cholery jasnej ten krem!). A w Śmigusa Dyngusa dużej zaspy i wielu śnieżkowych bitew.

Jedzcie ciastka, nie paczcie co się dzieje za oknem!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter [%], koszula - House; spódnica - lumpek; pasek - vintage; buty - Parfois; teczka - Not A Virgin Shop



*Jak nie Oskar, to chociaż czekolada. Cukierek jakiś...Lizak? No chociaż pastylka gumy Orbit!











niedziela, 24 marca 2013

Fallen For A Guy, Fell Down From The Sky

Dziś mocno zepnę się w sobie by nie poruszać tematu pogody, temperatury i wszechobecnej wiosny. Jak jest za oknem - każdy widzi. Ten kto jest na tyle odważny i postanowił w weekend wyściubic nos zza pierzyny, mógł nawet na własnej skórze przekonać się jakie to ciarki i drgawki mogą człowiekiem zawładnąć pod koniec marca. I wcale nie mam tu na myśli uniesień rozkoszy związanych z otaczającym nas pięknem, zielenią i miłością. 

Co to to nie.

W każdym razie, ja w tym tygodniu żyłam urlopem, który jak ta cwaniara dziabnęłam sobie w samym środku roboczych dni i postanowiłam wykorzystać go w sposób do granic maksymalny. A co! Mogę? Mogę. Wychyliłam zatem głowę do słońca w godzinach prawie przedpołudniowych, na śniadanie (i obiad. I kolację również) jadłam śmietanowego torta na przemian z kruszonkowymi drożdżówkami, spacerowałam i opiekałam pucki w złocistych promieniach oraz cieszyłam się do wszystkiego jak głupi do sera. 
Powiadam Wam, nie ma nic lepszego niż taki zupełnie oderwany od codzienności dzień. 

Do tego, w weekend napłynęli do nas prosto z Łodzi (ale nie w łodzi) goście, czyli kochana cytrynowa Maoam we własnej osobie wraz ze swą uroczą połówką. Pogaduchom, genialnym i odkrywczym pomysłom, napadom śmiechu i ogromnemu obżarstwu (a potem się dziwię, gdy słyszę z ust Gamonia: 'chyba urósł Ci zadek. <tu pada mordercze spojrzenie numer jeden> Hm, albo może jednak to spodnie źle się na nim ułożyły bo krzywo spałaś? <to pada mordercze spojrzenie numer dwa> Ok, do schronu!'. W sumie częściej na tym blogu opowiadam Wam o jedzeniu niż ciuszkach - rzecz do głębszego zastanowienia się;>)nie było końca do bladego świtu, a ja po raz pierwszy od naprawdę dawna położyłam się spać w momencie, gdy na polu było już jasno. 
O, a żeby wszystkiego było jeszcze mało, rozpoczęłam segregacje łaszków i wiosenne porządki. Także ten, no, taka jestem ostatnio obrotna!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Zara Kids; koszula [%] - Vero Moda; kapelusz, rajstopy - H&M; płaszcz - Asos; buty [%] - Parfois; torba - od Zuzy; wisiorek - Pracownia Pompon














niedziela, 17 marca 2013

The Beating Of A Million Drums, The Fire Of A Million Guns!

W tym tygodniu jesteśmy świadkami wielkiej i zażartej walki między sąsiadującymi ze sobą porami roku. Zima postanowiła odejść z przytupem* i chichocząc zagrała nam wszystkim na nosie. Wredna maszkara. Po ciuchu liczyłam jeszcze na to, że Kraków zostanie pominięty w tej mroźnej zemście, jednakże czwartek w pełni rozwiał me nadzieje (o piątku nie wspomnę, bo o godzinie szóstej rano, z lekka jeszcze przymkniętymi oczami doznałam niebywałego 'mindfucka' wyjrzawszy przez okno. True story.). Wraz ze śniegiem mnie spadł cukier i z tej okazji zapycham się wszelkimi słodkościami, które tylko pojawią się w zasięgu mojego wzroku (w szczególności malinowym ciastem sprzedawanym w pracowniczym bufecie. O mamo, niebo w gębie. Kruchy biszkopt, maliny, śmietanowy krem i delikatna chmurka bezowa z płatkami migdałów. Chyba więcej pisać nie muszę.). 

A dupa rośnie. 

Wraz z nią mój nerw na cały świat, zawód - bo przecież jeszcze tydzień temu hasałam na miętowej krowie po polanach, śpiewałam piosenki - czym wprawiałam w niebywałe zdumienie panów motorniczych (bo trzeba Wam wiedzieć, że by dostać się do domu, muszę przejechać ogromną zajezdnię kolejową. Czasami, wspomniani Panowie motorniczy którzy akurat odpalają lokomotywę, ku swej nieskończonej radości, postanawiają się na owej lokomotywie ze mną ścigać. Wynik, jak wiecie, jest przesądzony, ale ziarenko rywalizacji zasiane:>) oraz smut nad smutami. I wcale mojego ponuractwa nie zmienia niezwykle malowniczy zachód słońca na który właśnie sobie spoglądam. Wcale, a wcale. Wolę już poniedziałkową ponurość okraszoną dziesięciostopniowymi upałami, przy których mogłam biegać w lekkich ciżemkach** i bez tony opatulaczy na twarzy, a najbardziej pragnę zeszłotygodniowej wiosno - błogości. O!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

spódnica; teczka - Not A Virgin Shop; sweter, rajstopy - H&M; płaszcz - Asos; buty [%] - Parfois; wianek - New Look


A na sam koniec przedstawiam Wam niezwykle gadatliwego ciapka o imieniu Sonia. Szanowna Pani Właścicielka psiaka, zainteresowana ogromnie naszym zdjęciowym zajęciem, poprosiła o uwiecznienie Jej kochanej pociechy i umieszczenie wraz ze mną na tej stronie. Mówisz - masz, czego się nie robi dla turbo sympatycznych, starszych Pań;)





*chciałam napisać 'z pierdolnięciem', ale jednak moja niezwykle 'wysoka kultura osobista' wygrała;)

**w sobotę było jeszcze na tyle fajnie, że mogłam wyciągnąć fajniej wyglądające cichobiegi. W poniedziałek już się niestety nie dało. Smutek nie do opisania.