Przyznam Wam się do czegoś strasznego. Do czegoś przez co czuję się jak chytra baba z Radomia i jest mi okropnie wstyd. Do czegoś w czym za skarby świata nie chciałam nigdy brać udziału (i tu wali mnie po głowie stare jak świat powiedzenie: 'Nigdy nie mów nigdy'), otóż...czternastego listopada roku pańskiego dwa tysiące trzynastego, o godzinie ósmej trzydzieści pięć przekroczyłam drzwi galerii by ustawić się w kolejce na otwarcie HaeMa z premierową kolekcją Isabel Marant dla tejże marki.
Serio, bez ściemy.
Tzn. to nie było tak hop siup od razu. Bo jak już weszłam i zeszłam na dół pod jedno z wejść do 'krainy Marant płynącej' zobaczyłam przed oczami kolejkę. Sporą. Ok, nie będę Was oszukiwać - stał tam tłum. Nastolatki z matkami, nastolatki z ojcami, nastolatki z dziadkami i kilka równie zagubionych osób jak ja...do wyboru, do koloru.
Stanęłam, zrobiłam poczciwego karpika i na pięcie zrobiłam w tył zwrot. Podreptałam na górę, do głównego wejścia, które wtedy świeciło pustkami i zapytałam przesympatycznego Pana Ochroniarza czy tędy też mam szansę wejść. Po odpowiedzi twierdzącej, usunęłam się na bok i obserwowałam co też się piętro niżej dzieje. Ogonek z minuty na minutę się powiększał, przechodnie robili mu zdjęcia, a ja jednak miałam coraz większą ochotę ukryć się w szaliku. Mą niedolę postanowiła podzielić poznana na kilka minut przed otwarciem koleżanka i Pani w wieku niektórych już babć (poważnie, Pani z resztą cudowna, stylowa i nieskończenie urocza). Po omówieniu z moimi towarzyszami strategii, wraz z otwarciem się drzwi truchtem zrobiłyśmy hyc do wieszaków.
Co tam się działo...co myśmy zobaczyły...
Cudem pochwyciłam rzeczy, które chciałam zdobyć i nagle, odwracając się od nich znalazłam się w epicentrum tornada. Las rąk, las głów, las ludzi. I na nic zdały się słowa: 'Przepraszam, przepraszam, ja już tak bardzo chcę stąd wyjść'. Tłum miotał mną jak szatan.
Kiedy po kilku minutach udało mi się w końcu wyrwać z paszczy lwa, ochłonąć chwilę, moim oczom ukazał się niebywały widok. Mianowicie pewna Pani Matka zakosiła cały stos wieszaków (trudno stwierdzić ile ich miała w rękach, generalnie był to cały sort koronkowych bluzek, a ona pod ich ciężarem wręcz się uginała) i krzycząc do córki: 'A 36 masz?! A dwa 36?! A 38?!' kuliła się z nim, tak jakby to był największy dla niej w tym momencie skarb. Nie tylko mnie ten obrazek zaciekawił, bo razem ze mną postanowiła do niej podejść jeszcze jedna zbłąkana duszyczka. Na nasze pytanie, czy możemy sobie wziąć po jednej koszulce do przymiarki, Pani postanowiła skulić się jeszcze bardziej. Kiedy już zupełnie zdezorientowane zapytałyśmy ją, czy może nie odstawiać takiej paranoi, bo jednak nie jest w sklepie sama i każdy chciałby coś kupić, Kobieta, niczym Golum z 'Władcy Pierścieni' naskoczyła na nas z krzykiem: 'JA MAM PRAWO! Wy nie możecie mi nic kazać! Jak będę chciała to kupię WSZYSTKO. BO MAM PRAWO'. I chuj. Nic nie zrobisz. Możesz stać, zbierać szóstki z ziemi i walnąć takiego facepalma, że będzie go słychać w mieszkaniu Marant, ale to i tak na nic, bo Ona 'MA PRAWO'(tu w tle nadal słychać skrzekliwe: 'No masz to 38 czy nie?!').
Przyznam szczerze, że w całym swoim życiu nie widziałam jeszcze takiego szaleństwa. Dosłownie trzydzieści minut wystarczyło by cała kolekcja zniknęła z Krakowa. Na moich oczach każda półka, każdy wieszak robił się pusty. Powiadam Wam, działa się istna magia.
Ale, podsumowując, nie było wcale tak bardzo źle. Nie licząc tych dwóch przypadków, które Wam wyżej opisałam, spotkałam się też z wieloma sympatycznymi Kobietami. Jedne porozumiewawczo uśmiechały się do siebie na widok odbywającego się na ich oczach ubraniowego szturmu, jeszcze inne podchodziły, pytały co też udało mi się wybrać i czy może nie chciałabym się zamienić (i nie mówię tu o jakiś chamskim zachowaniu. Skąd! To wszystko było tak cudownie miłe i cały czas odbywało się ze wspomnianym już uśmiechem na ustach), Panowie Ochroniarze nam kibicowali, ekipa H&M sprostała zadaniu, a opisywana na początku Babcia dorwała mnie już na wychodnym i z naręczem wieszaków zaczęła opowiadać, że udało Jej się wybrać kilka fajnych spodni, ale nie jest do końca pewna jednych i czy mogłabym Jej doradzić. Możecie się domyślić, że po tym rozpłynęłam się po prostu jak kostka cukru w gorącej herbacie.
Jeśli o mnie chodzi, samą kolekcją Isabel Marant dla H&M jestem zachwycona. Chyba jeszcze żadna kolaboracja nie wyszła tej marce tak dobrze, jak ta, która miała premierę kilka dni temu. Ubrania są piękne, świetnej jakości, można je przede wszystkim nosić na co dzień, a wszystkie swetry warte są swojej ceny. Jeśli tylko bym mogła, zaopatrzyłabym się dosłownie we wszystko. Póki co, prezentuję Wam sweter Yeti, czy też jak to mówi Paweł: elegancką wersję Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej.
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
sweter - Isabel Marant dla H&M; spódnica - Pull&Bear; torebka i buty - Parfois