Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H an M jeans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H an M jeans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

I Don't Wanna Bend Like The Bad Girls Bend. I Just Wanna Be Your Friend.


Majówka zleciała mi bardzo szybko. Tak to bywa gdy choć jej ułamek spędza się w swoim ulubionym towarzystwie. Tym bardziej, że z jedną połowa tego towarzystwa ostatnio przychodzi nam się spotykać dosyć rzadko. Dlatego, gdy w końcu się to uda cieszy mnie to niezmiernie. Siedziałam zatem i oprócz whisky sączyłam atmosferę. W głowie łapałam wszystkie uśmiechy, zapamiętywałam historie, bo kto wie kiedy znowu w całej zgrai przyjdzie nam się napić. Oby jak najprędzej, oby nie znowu za kilka miesięcy. 

Stan mej błogości dopełniał również fakt praktycznie całkowitego odcięcia od internetowego świata, gdyż ponieważ w ferworze pakowania i organizowania zostawiłam w domu komórkę. Po pierwszej super panice, zawale serca, pomstowaniu na czym ten świat stoi, mądre google i android pokazały mi, że pan telefon ma się świetnie i grzecznie leży sobie na półeczce (tzn. to, że leży na półeczce dowiedziałam się jak już przekroczyłam próg naszych czterech kątów, czyli jakieś pół gadziny temu). Smart lemon nie jest taki smart jak smartfon i ma nauczkę by na przyszłość jednak trochę lepiej ogarniać to co się wokół niego dzieje. W każdym razie, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i tak zrobił się miły odwyk, który charakteryzował się spacerami i lodami jogurtowymi. Mniom.

Teraz jednak czas wrócić do rzeczywistości bo już w wannie czekają na mnie do posadzenia cud, miód roślinki sprezentowane mi w czwartek przez najlepszych Współpracowników świata, w tym wielki krzak truskawek, bo wiecie, zwykły koszyczek to za mało by zaspokoić mój owoco - apetyt. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

kurtka - Pull&Bear; koszula - Mango; spodnie - H&M; buty - Parfois; torba - Paulina Schaedel



środa, 22 stycznia 2014

My Days End Best When This Sunset Gets Itself Behind


Pierwszy dzień urlopu budzi mnie z opatulonym w puchową kołdrę balkonem. Krajobraz przybrał czarno - biały kolor, a pomaga mu w tym jeszcze leniwie opadający z nieba śnieg. Pierwszy, prawdziwy tej zimy. 

Niech go szlag. 

Nie licząc poprzedniego roku, jest to kolejny raz, kiedy ja postanawiam zrobić sobie kilka dni wytchnienia, a świat bombarduje mnie najgorszym z możliwych opadów atmosferycznych. Mam nadzieję, że to krótkotrwała niedogodność. Niech zmrozi, niech poskrzy się w słońcu i w połowie lutego zniknie na następne dwanaście miesięcy. Do wiosny wszak już bliżej niż dalej. 

Rozglądam się po pokoju i próbuję ogarnąć walające się po podłodze ubrania. Plecak do połowy zapełniony (taka tam alegoria szklanki w 1/2 pełnej) i zastanawiam się ile warstw muszę na siebie włożyć żeby nie zmarznąć. Nie jest to jednak najważniejsze, najważniejsze jest to, że będę mogła odpocząć od dającej ostatnio w kość pracy, od Krakowa i zmienić choć na chwilę otoczenie. Bo te najbliższe kilka dni nie tylko obfitują w jeden z najbardziej spontanicznych wyjazdów zorganizowanych z dnia na dzień, ale w miejsca zupełnie nowe i takie do których wrócę po kilkunastu latach nieobecności. Także ten, trochę nie mogę się doczekać. 

W każdym razie, bo czas mnie goni, a jeszcze do upchnięcia mam kilka szpargałów, zostawiam Was ze zdjęciami na których śniegu i mrozu jeszcze nie było. Wręcz przeciwnie, nawet można by pokusić się o stwierdzenie, że pogoda była całkiem niczego sobie. Z pewnością potwierdzić by to mógł Pan stojący obok mnie ostatnio w tramwaju, a mający na sobie jedynie puchową kurtkę i krótkie spodenki (yup, boso przez świat level hard). 

Do zobaczenia w niedzielę!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

marynarka, szalik - Zara; bluza; koszula - House; spodnie - H&M; trampki - Converse; torba - vintage



wtorek, 19 listopada 2013

I'm Wired, But Finally Left Alone With A Thousand Wasted Souls


Jest kilka minut przed szesnastą. Wraz z wielkim zgromadzeniem ludowym stoimy na tonącym już w zmroku przystanku. Bujam się w takt granego przez kiszki marszu, a mój żołądek obwija się namiętnie wokół kręgosłupa. W myślach wizualizuje pierogi z truskawkami i twarogiem polane pyszną śmietaną wędrujące do mnie na widelcu. Z resztą, co ja gadam, wizualizuję sobie ucztę godną Dionizosa - ociekającą winem, owocami i wszelakimi przekąskami  bo w tym momencie tylko coś takiego jest w stanie spacyfikować mój głód.

Stoję. Nasz ukochany transport jak zwykle się spóźnia. Nic nowego, wszak godziny szczytu - piętnaście minut w tą czy w tą, komu to robi różnicę? 
(Żołądek zaczyna nucić smutną pieśń błagalną o choć mały kawałek chleba). 
Wtem! Na horyzoncie kształtów zaczyna nabierać niebieski dyliżans z numerem, który w tym momencie niesie mi radość porównywalną z szóstką trafioną w totka. 
Lud napiera, wszędzie daje się zauważyć podniecenie mającą się za chwilę odbyć podróżą.

Zamiast autobusu podjeżdża puszka sardynek. O to czy się zmieszczę mogę robić z współoczekującymi na przystanku zakłady. Wpychanie się na studiach do dziekanatu zostawiło jednak po sobie jakiś ślad, bo sprytnie lawirując w końcu udaje mi się dostać na pokład.

Stoję. Nie mam się czego chwycić, ale jestem w środku i stoję. Ktoś na mnie leży, ktoś na mnie się pcha, 'przepraszam, dziękuję, pocałuj mnie w dupę' nie uświadczysz. Po co, kultura osobista to przeżytek. Tylko gdzieś z boku daje się słyszeć wyraźnie jakieś szatańskie inkantacje. Przez pierwsze pięć minut jest to nawet zabawne, potem ogarnia Cię trwoga czy aby to właśnie nie jest Twój transport do czeluści piekieł. 
W pewnej chwili, na swym pośladku czuję zakleszczającą się dłoń. Patrzę na Pawła stojącego przede mną, ale jego jedna ręka sięga ponad głowę do gumowego zaczepu, a druga z trudem utrzymuje torbę. Żadnej mutacji w ciągu dziesięciu minut nie byłam świadkiem, trzeciej ręki (choćbym w tym momencie bardzo tego chciała) nie widzę. Nawet nie mam sposobności by odwrócić się i spojrzeć prosto w oczy romantycznemu zalotnikowi. Cóż za pech. Cóż za rozczarowanie.
Do nozdrzy wbijają się nam zapachy przeróżne. Począwszy od perfum ewidentnej fanki kina bollywoodzkiego, poprzez wszelaką rozkładówkę win z gatunku 'Chateau de Jabol rocznik bieżący', a skończywszy na czyiś okrutnych problemach gastrycznych. Nie oceniam, wręcz współczuję, przecież każdemu mogło się w życiu zdarzyć popijać bigos kwaśnym mlekiem.

Z przodu autobusu dostrzegam jakieś kotłowanie, ruch niczym morska fala, albo fala meksykańska. I sapanie. Przypatruję się i widzę osobnika płci żeńskiej w sile wieku i o aparycji zdrowo wyglądającego słonia. I sapnie. Nad dziewczęciem, które jakimś cudem zajęło sobie miejsce i czyta jakiś ogromny podręcznik. Cały autobus już słyszy ten wdech za wdechem godny warczenia tira, a we mnie budzi się potwór, który pragnie wykrzyczeć: 'Stój! Spalisz więcej kalorii. Twoje serce będzie Ci wdzięczne'.

W końcu lądujemy na osiedlu i niczym to tsunami, wylewamy się z z pojazdu, które podobno ma coś wspólnego z przyjazną komunikacją miejską. Łapanie kilku oddechów 'świeżego', jak przystało na stolice małopolski, powietrza i już można iść do domu. W momencie zakręcenia zza pojazdu, natrafiamy na zakapturzonego osobnika, który myśląc, że jest ninją postanowił ulżyć sobie i swojemu pęcherzowi przed koszem na śmieci stojącym na wprost przystanku. 
Sam środek osiedla. 
Ninja jest oczywiście zaopatrzony w broń w postaci butelki Żywca wciśniętej w tylną kieszeń spodni. 
Po prostu żyć nie umierać. 
Kraków. MPK. Moje małe, prywatne piekło. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz - second - hand; szalik - Zara; spodnie - H&M; koszula - Stradivarius; buty - Massimo Dutti; teczka - Not A Virgin Shop