Pokazywanie postów oznaczonych etykietą secondhand coat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą secondhand coat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Baby Be The Class Clown, I'll Be The Beauty Queen In Tears


Wiedziałam, że pewnego dnia zamotanie poranne doprowadzi do mojego końca, a przynajmniej do jego początku (końca). I to niby nic, pierdołowatość taka a nagle sprawia, że mam ochotę wbić sobie tępy ołówek między oczy.

Otóż, dnia wczorajszego, niezwykle pochmurnego zapomniałam wsadzić na nos okulary. I wyszłam tak w ciemność i mrok poranka nie spodziewając się niczego złego. Już kilka metrów za schodową klatką stwierdziłam, że coś jest nie tak. Szarość cała rozmyta, niewyraźna taka, listopadowość bezkształtna otuliła osiedle. Ki czort, myślę, mgła jakaś? Smog? Macam się, za przeproszeniem, po ryju i już wiem, że to nie może być dobry początek tygodnia. Autobus startuje za minutę a moje bryle postanowiły iść dziś na wagary. OSOM po prostu. Biedna i ślepa jak ten kret wsiadam i nie jestem nawet w stanie dostrzec godziny na wielkim wyświetlaczu. 

Miodzio.

W głowę zachodzę, jak ja wcześniej żyłam, zanim to pamiętnego marcowego dnia postanowiłam zainwestować w drugą parę oczu...na nic jednak mi te rozważania, czas obmyślić plan jak przetrwać cały dzień. 
Wiem, wielu z Was pomyśli teraz: 'co za z dupy problem, jakimi bredniami nas tu lemon karmi' jednak gdy kolega z pokoju obok, zaraz po wejściu do pracy pyta mnie: 'co jest dziś ze mną nie halo i czemu nie mówię mu 'cześć' gdy siedzi na przeciwko mnie' - to wiedz, że coś się dzieje. I tak, delikatnie mówiąc, wkurzona siedziałam z nosem na pięć centymetrów od monitora bo z dalszej odległości mogłam co najwyżej literki sobie powyobrażać.
To jednak nie koniec mej ślepej mordęgi. Pomijając fakt, że po dwóch godzinach łeb zaczął boleć mnie w sposób jakbym co najmniej zebrała w niego cegłówką, to na domiar złego musiałam jeszcze kopnąć się po sprawunki na obiad. Idąc dalej moim tokiem myślenia, logiczne jest, że przecież wizyta po pomidory nie może odbyć się bez wejście do Zaruni po golf (bo przecież widziałam na stronie taki, który idealnie będzie pasował do nowej sukienki). To przelało czarę mojej niedowidzącej goryczy. Nieprzytomnie podchodziłam do każdego jednego wieszaka by dostrzec dokładne gabaryty czarnej odzieży. Po dwudziestu minutach błądzenia jak dziecko we mgle wyszyłam ze sklepu. Bez swetra. Do teraz nie wiem czy go nie było, czy po prostu go nie zauważyłam. Kurtyna.
Do domu doczłapałam się jak jakiś zombiak. Już było mi wszystko jedno. Głowa nad oczami wręcz pulsowała z bólu, światła samochodów się rozmywały, a o dojrzeniu wcześniej nadjeżdżającego autobusu mogłam tylko pomarzyć. Bezwładna wsunęłam się pod kołdrę i już z okularami na nosie, moimi najlepszymi przyjaciółmi, moją opoką i oknem na świat, postanowiłam podzielić się poniedziałkową traumą.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz - second - hand przerobiony przez Asię:3; sukienka - Pull&Bear; czapka - H&M; buty - New Balance; teczka - Not A Virgin Shop









wtorek, 19 listopada 2013

I'm Wired, But Finally Left Alone With A Thousand Wasted Souls


Jest kilka minut przed szesnastą. Wraz z wielkim zgromadzeniem ludowym stoimy na tonącym już w zmroku przystanku. Bujam się w takt granego przez kiszki marszu, a mój żołądek obwija się namiętnie wokół kręgosłupa. W myślach wizualizuje pierogi z truskawkami i twarogiem polane pyszną śmietaną wędrujące do mnie na widelcu. Z resztą, co ja gadam, wizualizuję sobie ucztę godną Dionizosa - ociekającą winem, owocami i wszelakimi przekąskami  bo w tym momencie tylko coś takiego jest w stanie spacyfikować mój głód.

Stoję. Nasz ukochany transport jak zwykle się spóźnia. Nic nowego, wszak godziny szczytu - piętnaście minut w tą czy w tą, komu to robi różnicę? 
(Żołądek zaczyna nucić smutną pieśń błagalną o choć mały kawałek chleba). 
Wtem! Na horyzoncie kształtów zaczyna nabierać niebieski dyliżans z numerem, który w tym momencie niesie mi radość porównywalną z szóstką trafioną w totka. 
Lud napiera, wszędzie daje się zauważyć podniecenie mającą się za chwilę odbyć podróżą.

Zamiast autobusu podjeżdża puszka sardynek. O to czy się zmieszczę mogę robić z współoczekującymi na przystanku zakłady. Wpychanie się na studiach do dziekanatu zostawiło jednak po sobie jakiś ślad, bo sprytnie lawirując w końcu udaje mi się dostać na pokład.

Stoję. Nie mam się czego chwycić, ale jestem w środku i stoję. Ktoś na mnie leży, ktoś na mnie się pcha, 'przepraszam, dziękuję, pocałuj mnie w dupę' nie uświadczysz. Po co, kultura osobista to przeżytek. Tylko gdzieś z boku daje się słyszeć wyraźnie jakieś szatańskie inkantacje. Przez pierwsze pięć minut jest to nawet zabawne, potem ogarnia Cię trwoga czy aby to właśnie nie jest Twój transport do czeluści piekieł. 
W pewnej chwili, na swym pośladku czuję zakleszczającą się dłoń. Patrzę na Pawła stojącego przede mną, ale jego jedna ręka sięga ponad głowę do gumowego zaczepu, a druga z trudem utrzymuje torbę. Żadnej mutacji w ciągu dziesięciu minut nie byłam świadkiem, trzeciej ręki (choćbym w tym momencie bardzo tego chciała) nie widzę. Nawet nie mam sposobności by odwrócić się i spojrzeć prosto w oczy romantycznemu zalotnikowi. Cóż za pech. Cóż za rozczarowanie.
Do nozdrzy wbijają się nam zapachy przeróżne. Począwszy od perfum ewidentnej fanki kina bollywoodzkiego, poprzez wszelaką rozkładówkę win z gatunku 'Chateau de Jabol rocznik bieżący', a skończywszy na czyiś okrutnych problemach gastrycznych. Nie oceniam, wręcz współczuję, przecież każdemu mogło się w życiu zdarzyć popijać bigos kwaśnym mlekiem.

Z przodu autobusu dostrzegam jakieś kotłowanie, ruch niczym morska fala, albo fala meksykańska. I sapanie. Przypatruję się i widzę osobnika płci żeńskiej w sile wieku i o aparycji zdrowo wyglądającego słonia. I sapnie. Nad dziewczęciem, które jakimś cudem zajęło sobie miejsce i czyta jakiś ogromny podręcznik. Cały autobus już słyszy ten wdech za wdechem godny warczenia tira, a we mnie budzi się potwór, który pragnie wykrzyczeć: 'Stój! Spalisz więcej kalorii. Twoje serce będzie Ci wdzięczne'.

W końcu lądujemy na osiedlu i niczym to tsunami, wylewamy się z z pojazdu, które podobno ma coś wspólnego z przyjazną komunikacją miejską. Łapanie kilku oddechów 'świeżego', jak przystało na stolice małopolski, powietrza i już można iść do domu. W momencie zakręcenia zza pojazdu, natrafiamy na zakapturzonego osobnika, który myśląc, że jest ninją postanowił ulżyć sobie i swojemu pęcherzowi przed koszem na śmieci stojącym na wprost przystanku. 
Sam środek osiedla. 
Ninja jest oczywiście zaopatrzony w broń w postaci butelki Żywca wciśniętej w tylną kieszeń spodni. 
Po prostu żyć nie umierać. 
Kraków. MPK. Moje małe, prywatne piekło. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz - second - hand; szalik - Zara; spodnie - H&M; koszula - Stradivarius; buty - Massimo Dutti; teczka - Not A Virgin Shop