Jeśli zimowa pogoda ma się przedstawiać tak jak ta w mijający weekend, to mnie w to graj - znienawidzona pora roku może trwać nawet do połowy lutego (ale ani dnia dłużej). Mało tego! Ja nawet się wtedy ubiorę i wybędę na miasto z ludźmi obcować i dostarczać sobie miłej dla ciała i ducha rozrywki. Ha! I to rozrywki nie byle jakiej, bo tyle co wczoraj, w Krakowie miała miejsce siódma edycja Targów Dizajnu opływająca w piękności nie tylko pod postacią fenomenalnych dziewcząt i chłopców, ale w szczególności małych dzieł sztuki wykonanych ich rękami. W siódmym niebie byłam - tyle Wam powiem...NA RAZIE. Więcej relacji i zdjęć zobaczycie już pojutrze jak tylko siądę i ogarnę kartę pamięci.
Wracając jednak do kwestii ubraniowej, może wielkiej rewolucji u mnie nie ma. Może nawet wieje nudą i przeciętnością, ale jaka to wygoda, jaka miękkość wszędzie, kiedy bez stresu przemykam między stoiskami i o nic nie zahaczam (no dobra, bądźmy ze soba szczerzy, ja zahaczam zawsze o WSZYSTKO. Swetrem o klamki, szlufką spodni o klamki, noga o szufladę, głową o otwartą szafkę, stopą o własną nogę (czasami kończy się to tragicznie gipsem na ręce), itd, itp. Cud, że jeszcze żyję, kaleką nie jestem i wszystkie kończyny mam sprawne). Powiem Wam, że na zakupowy wypad i sobotnie, leniwe obcowanie z fatałaszkami, wystrojem wnętrz i dobrym żarciem, prezentowany przeze mnie strój jest idealny, praktyczny i ustrzelony w samą dychę.
Płaszcz znacie już pewnie na pamięć, a ja Wam powiem, że nie mam pojęcia co zrobię, kiedy ten postanowi odejść do krainy wiecznych łowów. Dmucham na niego i chucham w nadziei, że będzie jeszcze ze mną przez najbliższe dziesięciolecie. Trzymajcie kciuki, zaklinajcie kosmos, bo, na Boga, jak go zabraknie to nie będę miała w czym chodzić (te pięć innych wierzchnich okryć które wiszą w szafie się nie liczy). Bluzę kupiłam na początku roku jako tzw. self - gift, ponieważ uznałam, że mi się należy. Nieważne za co. Należy się i już. Nie ma co drążyć. Spodni nie polecam, obierają się jak rolka do ubrań z Ikei, a rozmiar XS leci mi z tyłka i to wcale nie dlatego, że schudłam (a szkoda). Wyprzedaże tuż, tuż, może tym razem uda mi się zainwestować w lepszej jakości czarne odzienie.
Lecimy jednak dalej.
Nereczkę ukradłam Zuzannie, ponieważ uznałam, że mnie i mojemu rowerowi pasuje ona bardziej (oh come on! Nie oceniajcie mnie. Zuza ma jeszcze trzy.), a czapa to produkt mojej super cool Asi, która takie wełniane cuda potrafi stworzyć dosłownie w kilka dni (jak Jej ładnie napiszecie to też Wam zrobi, a co!). No i taka pastelowa sobie jestem i kicam gdzie poniosą mnie ślepia. Miłej niedzieli!
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
bluza - Paprocki&Brzozowski; płaszcz - Asos; spodnie - Bershka; sztyblety - prezent; szalik - H&M; czapka - Asia mi zrobiła; nerka - zajomałam Zuzce













