Z rzadka tutaj ostatnio wpadam, ale mam na to bardzo dobre usprawiedliwienie. Większą część czasu zabiera mi ostatnio przeglądanie ofert marketów budowlanych, Ikei i sklepów oferujących niestandardowe włączniki światła. Wybieram płytki, projektuję meble do kuchni i wyliczam ile będzie kosztować mnie cyklinowanie parkietów. Do tego co rusz moja ręka sięga do internetowych sklepów ze starociami w poszukiwaniu idealnego retro fotela nie kosztującego majątek.
Sami zatem widzicie, że te czynności niekoniecznie wymagają wyglądania jak milion dolców i pozowania przy okazji do foteczek. Dres stał się moim ulubionym przyjacielem, a dokładniej mówiąc wielki kombinezon w jelonki. W takim odzieniu czuję się jak Pan Mietek Malarz i dodaję sobie plus dziesięć do wiedzy na temat równania ścian. W międzyczasie jeszcze umieram ze stresu, bo sami wiecie, pieprznąć coś musi, a ja jeszcze nie wiem co. Czekam zatem czy ze wszystkim się wyrobimy, czy faktycznie będzie to tak straszne jak mi przyjaciele mówią i czy może jednak dalej będę miała szczęście do ludzi i cały remont pójdzie jak po maśle.
W każdym razie, wkrótce (o ile wcześniej nie wyzionę duch z nadmiaru obowiązków i energii) będziemy celebrowali soboty z widokiem na Wawel i Kościół Mariacki. Już samo to sprawia, że mam ochotę z radości skakać aż pod sam sufit i turlać się jak przerośnięta foka po łóżku. Nim to jednak nastąpi dajcie mi jeszcze chwilę na nauczenie się całego asortymentu Leroy Merlin i spokojny powrót do coniedzielnego blogowania
zdjęcia - Paweł
kurtka - Pull&Bear; sweter i spodnie - H&M; torebka - Zara
Październik to miesiąc w którym mój rower powoli zapada w sen zimowy, a ja, powoli, przesiadam się do autobusów. Uroczyście tu przysięgam, nienawidzę jeździć komunikacją miejską. Zwykle każda podróż jest wypełniona przygodami, płaczem dzieci i krzykiem bojowo nastawionych do życia babć. Jednakże jest jedna rzecz, którą w tym momencie bardzo lubię. Spotkanie w tym naszym wspólnym, porannym dyliżansie moich osiedlowych wariatów. Nie widzieliśmy się z niektórymi od marca, więc trochę zaczęłam tęsknić. A wiecie, jak przez najgorszą porę roku codziennie rano swoją niedole dzielisz z tymi samymi twarzami to zaczynacie być sobie bliscy prawie jak rodzina;)
Pozwólcie zatem, że przedstawię Wam tu kilkoro moich ulubionych towarzyszy komunikacyjnej traumy.
Pan Drzwiowy - chcesz stanąć przy drzwiach by móc na przystankach złapać trochę powietrza w tym dusznym i zatłoczonym autobusie? Nie masz na to szans. Oto w drzwiach pojawia się ich strażnik, który będzie tak na Ciebie napierał byś jak najszybciej wróciła do dalszego rzędu a 'świeże' powietrze niech zostanie w Twojej wyobraźni. Pan Drzwiowy nie przesunie się nawet o krok przy wpuszczaniu nowych pasażerów, woli wyjść z pojazdu, poczekać aż nastąpi wymiana podróżników, by następnie wsiąść i dalej pełnić role władcy środkowego wejścia. Pech chciał kiedyś, że wejść nie zdążył. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienia, gdy zaspana i przyklejona do szyby niczym największy glonojad, zobaczyłam Go biegnącego wzdłuż autobusu. Sytuacja była na tyle abstrakcyjna, na tyle filmowa (tu trzeba nadmienić, że Pan nie biegł jak typowy człowiek), że z otwartą gębą obserwowałam ten Jego wyścig. Autobus udało mu się złapać na następnym przystanku, ale od tego momentu już nigdy z niego nie wychodzi gdy następuje pasażerska rotacja.
Pan IPN - Pan IPN jest Panem Ipenem, ponieważ każdy w autobusie usłyszał o nim wszystko już przynajmniej pięć razy. Wiem gdzie mieszka, wiem gdzie pracuje, wiem jak się nazywa, czym się interesuje, kogo lubi a kogo nie i, że zna się (to jest jego subiektywne odczucie) na absolutnie wszystkim (i wcale nie była mi do tego potrzebna moja dusza i skill stalkera). Począwszy od polityki, zanieczyszczeń, funkcjonowania przedszkoli, a skończywszy na plastykowych długopisach skręcanych przez chińskie dzieci. Zna się na mojej pracy lepiej niż ja sama! Do tego ma głos bardzo radiowy więc mimo, że go nie widzicie, mimo, że stoicie z przodu autobusu a On z tyłu, to i tak doskonale będziecie słyszeć czym aktualnie się bulwersuje.
Pan od układu - układ jest wszędzie. Nigdzie nie możecie czuć się bezpieczni. Masoneria Was obserwuje i próbuje prać Wasze mózgi kiedy idziecie na studia. Podsłuchy są wszędzie, agenci są wszędzie, jesteśmy otoczeni. Pan ma córkę, która na nieszczęście urodę odziedziczyła po nim i zawsze zastanawia się czemu nikt z pasażerów nie chce koło nich siedzieć (odpowiedź jest prosta, wiemy, że Pan jest wrogiem masonerii).
Pan Szatan - nie wiem jak wygląda, spotkałam go tylko raz i siedzieliśmy do siebie tyłem, ale szeptanych do siebie łacińskich, szatańskich inkantacji nie zapomnę do końca życia (nawet nie wiem czy były szatańskie, ale łacina mówiona do samego siebie, pod nosem i zapętlająca się co jakiś czas, musi mieć w sobie diabelski pierwiastek).
Pan Generał - Pana Generała poznacie po typowej dla Napoleona postawie i typowym spojrzeniu pogardy omiatającym cały autobus. Czasami mam wrażenie, że nie wytrzyma ciśnienia i wpadnie do kabiny kierowcy by stamtąd rządzić światem, a przynajmniej tym autobusem. Czekam na to z utęsknieniem i bardzo mu w tym temacie kibicuję.
Pani Koza - i nasz jedyny przedstawiciel płci pięknej w tym jakże zdominowanym przez mężczyzn zestawieniu. Pani Koza jest typową kobietą w babcinym wieku do momentu, aż się odezwie. I wcale nie chodzi o głos, nadzwyczajnie zbliżony do głosu uroczego zwierzątka będącego Jej pseudonimem. Pani Koza jedyne o czym może rozmawiać to śmierć. Śmierć, umieranie, rak i inne jakże wesołe synonimy danse macabre. Już zawsze będę pamiętała wigilijny poranek spędzony z nią w autobusie po którym miałam ochotę się zabić. Dziękuję Ci Babciu Kozo, Merry Christmas.
By była jasność, absolutnie się z nikogo nie nabijam, nie wyśmiewam i nie szydzę. Ja po prostu kocham spotykać na swojej drodze takie osobliwości osobowości. Naprawdę lubię te nasz poranne 30 minut, podczas których przy odrobinie szczęścia może wydarzyć się więcej zabawnych sytuacji niż w ciągu całego dnia i myślę, że każdy z nas ma podobnie. I kiedy w połowie tego miesiąca, o godzinie 6.30 wsiadłam do mojego środka transportu i znowu wszystkich zobaczyłam, naprawdę zrobiło się na sercu ciepło. Porządek w kosmosie pozostał niezachwiany.
Właściwie nie wiem dlaczego nie poruszyłam nigdy tutaj dogłębniej tematu, leżącego w głównym kręgu moich zainteresowań. Owszem, gdzieś tam przy okazji wakacyjnych wpisów wspominałam o mojej, a właściwie naszej, miłości do objadania się w sposób niekontrolowany, totalny i po prostu nieskończony. Gastrowczasy zmieniły się nam w gastrożycie już dawno temu więc czemu nie pisać tu też o tym co, dlaczego i gdzie najbardziej lubię jeść. Lecimy zatem!
Wesołą odkryliśmy już jakiś czas temu, ale na samym początku nie było nam do niej zupełnie po drodze. Do czasu. Któregoś poranka wpadliśmy tam na śniadanie i tak już zostało. Bo widzicie, jednym z naszych ulubionych sposobów na spędzanie wolnego czasu i odpoczywanie to całodniowa degustacja tego najważniejszego posiłku. Oczywiście w doborowym towarzystwie, wypełniona zapachami, smakami i pobudzającymi rozmowami. Celebracja codzienności to to, co kochamy robić najbardziej.
Już samo wnętrze zaprasza do zapuszczenia tam na dłużej korzeni. Lekkie menu i unoszący się w powietrzu zapach kawy - nie może być lepiej. I mimo, że sama kawy nie pijam, a życie obdarowało mnie mężem kawoszem dla którego czarny napój to podstawa egzystencji, to czuję się tam wyśmienicie. Dla takich wybryków natury ja ja jest pyyyyszna herbata, podawana w giga imbrykach o zapachu wdzierającym się przez nozdrza tak mocno, że można się nim ućpać (herbatoholicy na pewno zrozumieją o co mi chodzi).
Na miejscu spotkacie świetną ekipę, wiecznie uśmiechniętą i skorą do rozmów na każdy temat. W tle rytm wybija dobra nuta, a Ty, Drogi Czytelniku, możesz się totalnie wyluzować.
O jedzeniu tutaj mogłabym napisać poemat. Szczególnie o lekkim jak chmurka omlecie. To porównanie naprawdę nie jest przesadzone i nie wzięło się z przypadku. Cały czas nie wierzę, że zwykły człowiek jest w stanie zrobić omlet tak pyszny i do tego mający konsystencję obłoku. Po prostu IMPOSIBRU. No chyba, że na kuchni mają jakąś boginię - wtedy dopuszczę do siebie taką ewentualność.
Moje serce tęskni za letnimi frencz tołstami, tak pysznymi, TAK rozpływającymi się w ustach, że mogłabym jeść tylko je do końca życia. Tona owoców plus malinowy sos i macie lemona w garści.
Oprócz tego w menu znajdziecie też przepyszne jaglanki, hummusy, tortille, zupki i kanapki. Moim faworytem jest 'Wesoły hot-dog', wybawca po nocnych wojażach i idealny śniadaniowy kompan.
Nie mogę też zapomnieć o ciastach! Ich sernik czy bezglutenowe brownie z migdałami to po prostu balsam na mój żołądek (Paweł z kolei z rozrzewnieniem wspomina brownie z solonym karmelem<3 )
Wesoła ma jeszcze jedną wielką zaletę. Akceptuje obecność Mikropieseła i jego humory. Bąbel zawsze dostanie miskę z woda, zawsze jest próba pogłaskania i jeśli tylko na to pozwoli od razu kradnie serca wszystkich dziewcząt dookoła. Poza tym, jak widać poniżej, atmosfera Wesołej bardzo mu odpowiada.
Jeśli tylko zrobi się Wam w środku za gorąco możecie szybko wyjść do znajdującego się na tyłach lokalu patio. I mimo, że jakoś niespecjalnie sprawia mi radość przesiadywanie w knajpowych ogródkach, to tutaj spędzaliśmy sporo wakacyjnych weekendów. Z resztą popaczcie sami jaki jest przytulny i ładny.
Całe wnętrze Wesołej, jej klimat i ludzie, których tam spotykam dokładnie wpisują się w moją estetykę (o ile można w ogóle powiedzieć tak o drugim człowieku. Mam nadzieję, Drogi Czytelniku, że zrozumiesz co autor miał na myśli). Wszyscy są tak cudownie radośni, mili, a dookoła panuje ciepła atmosfera. Uwielbiam tamtejszy sobotni gwar, kiedy wszystkie stoliki sa zajęte, dookoła mieszają się rozmowy w różnych językach, a dyskusje są toczone przez wachlarz pokoleń. Bo widzicie, naprawdę w Wesołej można spotkać wszystkich. Bo to knajpa dla każdego z Was.