Jak widać grochomania trwa w najlepsze. I to nie tylko w sukienkowej postaci, ale również innych, miłych dla oka gadżetów. Bordowa kiecunia wisiała sobie sama, ostatnia w internetowym sklepie. Ja nad nią dumałam, dumałam...wypytywałam czy aby na pewno ładna, czy mam w kieszeni jeszcze na tyle funduszy by ją posiąść w ramionach mych, czy aby na 'milion procentów' ją chcę...pytań i wątpliwości było bez liku. W końcu postanowiłam i wsadziłam ją do wirtualnego koszyka. Chwała memu przeczuciu bo okazała się być bardzo przyjemnym i dobrym jakościowo okazem (w porównaniu do innych zakupionych w tym przybytku finansowej rozpusty fatałaszków). Myślę, że jeszcze nie raz, nie dwa będę Was nią katować. Póki co pokazuję ją w całej okazałości bez różnych sweterków, szaliczków i innych jesiennych atrybutów.
Beret - czapunia swój pobyt na mym czerepie powinien w sumie zawdzięczać Zuzie.
Czemuż to, ach czemuż zapytacie?
Ano, kiedy pewnego lipcowego dnia relaksowałyśmy się wydając nasze ciężko zarobione pieniądze, Panna Z. zaczęła przekonywać mnie do zakupienia takiej o to fikuśnej rzeczy na głowę. Ja wtedy wzbraniałam się jak mogłam, zapierałam się rękami i nogami i owego nakrycia nie zakupiłam. Płacz, zgrzytanie zębów i depresja przyszły kilka tygodni temu, kiedy z opóźnionym zapłonem (bo ja zawsze rychło wczas ze wszystkim jestem) przybyła chęć noszenia na mym czupiradle beretki. Tamtej granatowej już nie było (człowieki to są jednak bezczelne, żeby nam, biednym, nieogarniętym istotom wszystko wykupić). Chodziłam, jęczałam i chyba los się nade mną zlitował (tudzież miał dość mojego biadolenia) bo znalazłam identyczną, różniącą się tylko kolorem.
I tako szczęśliwa ja, w grochach, czapie i komunijnych skarpetkach przemierzam krakowskie zakamarki.
zdjęcia - Paweł
sukienka - Romwe; berecior - H&M; skarpetki do komunii - Reserved; buty - Primark; teczucha - Parfois
Jesień mnie rozpieszcza. Chyba po tym jak w zeszłym roku klęłam na nią, z każdej strony cisnęłam niewybrednym słownictwem postanowiła się zreflektować. Mnie w to graj. Generalnie taki klimat za oknem może trwać do marca, ja się nie obrażę.
Weekend spędziliśmy w moim rodzinnym mieście. Wytęsknione spotkania z przyjaciółmi, na których sowicie oblaliśmy wiele okazji, które nam się w ciągu miesiąca nazbierały, pogaduchy, kac morderca, czyli to co lemonki - jelonki lubią najbardziej (prócz tego ostatniego). Nie obyło się oczywiście bez walki z Mamulonem o Jej nowe, lumpeksowe zdobycze. Było ostro, polała się krew, a ja wróciłam z nową sukienką i swetrem w pięknym, butelkowozielonym (skoro słownik nie podkreśla, czyli jednak takie słowo istnieje) kolorze. Ha! Całe lata wyrywania sobie szmat w sh nie poszły na marne. Moja Mama stworzyła potwora, który pokonał Ją Jej własną bronią (tu należy wyobrazić sobie złowieszczy śmiech).
Spódnica to nadmorski dar od Pawła. Przyznaję, że początkowo kiecka wielkich zachwytów u mnie nie wywołała. Raz, że wydawała mi się za krótka, dwa nie widziałam się w niej kompletnie. Ale wystarczyło szmatę tylko przymierzyć i już, już nad głową zapaliła się żarówka. Rękawiczki to mój osobisty hicior tego sezonu. Idealne na rower, grzeją jak powinny, można je nosić na wiele sposobów i pasują mi praktycznie do wszystkiego. Jedynie buty zostały okrzyknięte koszmarkiem. Nie polecam. Co ciekawe, kupiłam je wraz z innymi HaMowymi trzewikami i te drugie, ku memu zaskoczeniu okazały się tak cudownie wygodne, że mogłabym ich w ogóle z nóg nie zdejmować. No cóż, teraz jedynie mogę wypłacić sobie liścia za kolejny poroniony zakup. Plask.
Był jeden z tych pięknych, gorących dni końca lata. Słońce stało jeszcze wysoko, lekki wiatr muskał mnie po twarzy, kiedy to w bardzo dobrym humorze wracałam z pracy. Początkowo nic nie wskazywało na mającą się zaraz wydarzyć tragedię (choć może? Ale o tym wspomnę później). Nikt nie zajeżdżał drogi, zielone światło zapalało się jak na zawołanie, a ja pogrążona we własnych myślach (trudno byłoby w cudzych) pedałowałam. Z całej tej kontemplacji nad sensem istnienia wyrwał mnie widok astronomicznej, turbo mega dziury, która to objawiła mi się pomiędzy szyną a asfaltem (należy wiedzieć, że codziennie przejeżdżam przez wielką zajezdnię kolejową, a we wspomnianym wyżej przejeździe brakowało dosyć sporawej drewnianej beli). Zdążyłam tylko wykrzyczeć powszechnie znane wszystkim słowo, przywoływane najczęściej w sytuacjach kryzysowych, dramatycznych oraz dające upust memu zdziwieniu ('kto do jasnej cholery wziął i ukradł tak wielki kawał drewna?!'). Taki lot przez kierownicę mógł się przytrafić tylko mnie. Wstałam, poskładałam się, podniosłam rower i łzy napłynęły mi do oczu po tym co zobaczyłam. Koszyk przybrał postać harmonijki, światła ni mo, hamulec umarł a koło dziwnie skrzeczy. Trauma, mrok i Mordor.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przed tragicznym zdarzeniem, w przeciągu piętnastu minut trzy razy spadł mi łańcuch. Doprawdy można pomyśleć, że Jantar próbował mi powiedzieć: 'Złaź dziewczyno i mnie prowadź bo niechybnie wywiniesz orła'.
W domu Rower został reanimowany. Nie obyło się bez elektrowstrząsów, zapaści i kolejnych nerwów. Jednak mój mieszczuch to twarda sztuka i nie dał się jakiejś tam kraksie.
Powiem szczerze, liczyłam, że ten rok zakończę bez wypadkowo - tak dobrze mi szło. No, ale masz Ci los, grunt, że wszystkie zęby mam na miejscu, co najwyżej kilka siniaków (przy czym jeden wygląda jak modna w tym sezonie galaktyka, do tego jest kształcie gwiazdy betlejemskiej - a o tym już nie wiem co myśleć).
Sukienka przyleciała do mnie od najfantastyczniejszej Ven. Dopiero teraz, po wyszukaniu u Niej wpisu z wspomnianą kiecką zauważyłam, że też do niej dobrałam kapelutek (nie dość, że 'każda szafiara to odgapiara' to na dodatek tego nieświadoma. Choć ja przypuszczam, że mamy tu do czynienia bardziej z jakąś ubraniową więzią). 'Pjona' zatem i cześć!
Pamiętam, że w zeszłym roku o tej porze wszystkie krótkie gacie, sandały i tym podobne letnie oręża leżały już głęboko w szafie. Ja, przygotowana na tę ewentualność zaopatrzyłam się w kilka grubych swetrów, jesiennych botków, kocyko - szalików...i póki co większość leży w szafie. I chwała bo na samą myśl o porannych przymrozkach wzdryga mnie i mdli. Co nie zmienia faktu, że wyjeżdżając do pracy witam się z wschodzącym słońcem, w torbie wiozę spodenki na zmianę (żeby mi się tyłek w jeansach po wyjściu z niej nie zagotował), a łapy ogrzewam w rękawiczkach. Jednakże wolę to niż przywdziewanie bazyliona swetrów, kurtek i majtków z golfem.
To bordowe coś z łatami na łokciach to właśnie jeden z owych ostatnich zakupów (tak jestem hipokrytką i kłamczuchą - jak widać ten na dnie szafy nie spoczywa), ale jest idealny właśnie na wczesnoporanne/wieczorne rowerowanie. Poza tym po wywnięciu rękawów przestaje być tak bardzo 'grzewczy'. Lisek - chytrusek przyjechał ze mną znad morza. Jakże miałabym się oprzeć małemu złotemu rudzielcowi z zielonym brzuszkiem? No jak? Tym bardziej, że Pani która prowadziła kram była tak kochana i urocza, że żal było od Niej czegoś nie wziąć. A wierzcie mi, takiej biżuterii miała masę i trudno było się zdecydować czy chce się może dinozaura, czy wieloryba czy pawia z ogonem pełnym różnokolorowych kamieni. Tak więc mam nowego towarzysza przejażdżek i spacerów.
Na sam koniec jeszcze kącik z cyklu 'Dobre rady cioci lemoniady'.
Nigdy nie przywiązujcie długaśnego szalika do torby! Wkręci się Wam w zębatkę (przyznaję, jestem łajzą i gapą), Wy prawie wybijcie zęby, smar stanie się Waszym przyjacielem do końca dnia, a od niosących pomoc, półnagich (tak, dobrze przeczytałyście) Panów Żuli, umazanych bliżej niezidentyfikowaną cieczą się nie odgonicie. Nie wystarczą słowa: 'Nie dziękuję, ja sobie poradzę', odpowiedź usłyszy cała ulica: 'Dzieee Pani! my pomożemy! my się znamy, pani se rady nie da!'. I tak zobaczyłam mój rower wywijany i obracany w cztery strony świata. W sumie Panowie się spisali, szalik wyciągnęli, rower odstawili, o 5 złotych nie poprosili, a ja byłam tak zdumiona, że zapomniałam im tego zaproponować. Dziękuję i pozdrawiam Panów z ulicy Miodowej.
Tak zabieganego tygodnia nie miałam od dawna. Co chwilę ktoś, coś, gdzieś, a ja biegam z wywalonym jęzorem i załatwiam milion spraw rodzaju wszelakiego. Po prawdzie, by szczerą być - uwielbiam takie zakręcenie.
Mniej może kiedy tyczy się ono kombinowania jak tu sobie poradzić z portalem, który wziął i bez pytania wykorzystał moje zdjęcie. Pomijam fakt ogólnego partactwa Pani autorki tekstu o szkodliwości tatuaży, bo patrząc na zdjęcie obrazujące ten artykuł można pomyśleć, że śmierć wywołują rajstopy kupione w jednej z ogólnie dostępnych sieciówek. Tak więc - wystrzegajcie się kokardowych rajtek. Przyznam szczerze, że sam fakt nienapisania (!) głupiego maila, na który złożyłoby się kilka zdań z prośbą o udostępnienie opatrzonych szkodliwą ozdobą nóg moich i pytaniem weryfikującym prawdziwość owej dekoracji, świadczy albo o niskim ilorazie inteligencji osób tam zatrudnionych, albo o ignorancji wobec swoich czytelników oraz osób takich jak ja - które się po prostu bezczelnie okradło.
Należy zaznaczyć, że fotografię można znaleźć na zaledwie kilku stronach, na których ściśle są określone prawa autorskie. Rozumiem, że Pani 'dziennikarka' i Jej zwierzchnik stoją ponad tym prawem. Nie twierdzę oczywiście, że ktoś, gdzieś wcześniej tego zdjęcia nie wykorzystał, jednak wydaje mi się, że portal związany z modą, stylem życia, który pisze również o szafiarkach powinien mieć nieco lepszy 'research'. Świadczy to w tym momencie tylko i wyłącznie o nim i jego wiarygodności.
Cóż mogę powiedzieć, cycki opadają, a moje dolne kończyny nie są zadowolone z faktu pomówienia i występowania w takiej fuszerce. Co z tego wyniknie? Zobaczymy...
Uf! Wywaliłam z siebie trochę złości i frustracji. Jednak by przy weekendzie poprawić sobie trochę humor i nie przejmować się głupotą innych, zaserwuję Wam kilka wakacyjnych wspomnień. Przy tym małym ataku jesieni przyda się widok rozgrzewającego stopy piasku.
zdjęcia - Paweł i ja
P.S. Chciałabym jeszcze z tego miejsca podziękować wszystkim osobom, które podesłały mi linka z wyżej wymienionym artykułem, w którym to można zobaczyć moje własne, prywatne nogi, pięknie dyndające sobie na stronie.