niedziela, 29 lipca 2012

I' ve Got My Heart Tight Up Now With The Boom And The Bang

Zakręcone jak jasny gwint miałam te ostatnie kilka dni. Najpierw omal nie zginęłam na masce jakiejś 'mondrej' panienki, która to postanowiła wymusić na mnie pierwszeństwo (i wszystko byłoby nawet ok, gdyby po prostu mnie przeprosiła, a nie pokazała środkowy palec w momencie gdy dogoniłam ją by wyjaśnić zasady ruchu drogowego. Na samym końcu, kulturalnie rzekłam by szła sobie jak najszybciej pobiegać co było chyba słychać w obrębie kilku najbliższych dróg) - chwała za dobre hamulce przy moich dwóch kółkach. I kiedy już nerw ze mnie zszedł, a przekleństwa na czym ten świat stoi i jakiego organu ludzie używają do myślenia zelżały przyszedł piątek i radosna informacja o tym, że linie OLT poszły się...kochać, a na wakacje mogę sobie polecieć najwyżej jak zainstaluję sobie na plecach skrzydełka niczym te z olimpijskiego otwarcia. 

Szał pał, nie pogadasz. 

Niczym błyskawica z samego rana pobiegłam do kas pkp, pokrzykując na siebie, że pociągi są jakie są i wiernym im trzeba być bo na kilka dni przed wyjazdem nie zaskoczą mnie informacją, że z dotarciem na miejsce to co najwyżej mogę pocałować się w tyłek. 'Zachciało mi się to mam' i wymierzyłam sobie w myślach siarczystego plaskacza. 
Ale wracając.
Pani przy okienku okazała się cudowna, kochana i omal nie zgwałciłam jej ze szczęścia kiedy mi powiedziała, że bilety jeszcze są (szok i fuks, bo kilka dni wcześniej z dostaniem powrotnych miejscówek był już spory problem) i mam się nie martwić tylko znowu cieszyć wakacjami. Uff, urlopowa podnieta wróciła! 

Na domiar tego, po przyjeździe w me rodzinne strony Mamulon poszczuła mnie takimi oto słodziakami. Potem było jeszcze lepiej - pogaduchy z przyjaciółmi, poduchowe siedziska, zimne piwo, pyszne jedzenie, trzeci tom 'Pieśni lodu i ogni' i święty spokój. To co wszystkie lemony lubią najbardziej.

A na zdjęciach poniżej wzięłam się i upodobniłam do (jednych z) ulubionych owoców. Bo owoce są zdrowe i dobre. I smaczne przede wszystkim. A najlepsze są teraz kiedy dojrzewać mogą w blasku gorącego, letniego słońca. Obżerać się nimi trzeba na potęgę bo przyjdzie zima i będzie płacz oraz tęsknota za świeżymi truskawami, malinami czy jagodami. Omomommmm:3
Fioletowa, gorszkowa kieca, reszta w podobnej tonacji i możecie na mnie mówić Królowa Borówa.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

spódnica, pasek - second - hand; bandana - vintage; koszulka - House; sweter - Zara; torebka - Asos; butki kapciuszki - Parfois


A jakby ktoś coś chciał, to w sklepiku jest jeszcze sukienka a za chwil kilka do sprzedania będzie jeszcze spódnica, marynara i...rower!;) Stay tuned.











niedziela, 22 lipca 2012

Summertime Of Love

Dziwna ta nasza pogoda ostatnio, oj dziwna. Człowiek postanowi objechać sobie dość spory kawał drogi to go z pińć razy doleje, pińć razy zdąży wyschnąć by tuż pod domem wymoczyć się w deszczu po raz szósty. Nawet zapakowana parka niewiele daje. Co z tego, że zakapturzyłam się i ledwo świat oczami ogarniałam, skoro woda i tak chlupała mi nawet w gaciach. Ale nie ma co, jest pięknie, jest lato - przygoda! 
Prawda jest taka, że robienie kilometrów w czasie nawet najgorszych opadów jest kochane, cudowne i polecam każdemu. I rower się umyje i trampeczki staną się bielsze. Same plusy!
Oprócz tego wakacyjne, górskie wypady są dobre i przemiłe. Nawet jak aura na zewnątrz mocno nie dopisuje oraz gdy omal nie ucinamy sobie pół palca, próbując w nocy pod lasem otworzyć piwo kluczami. Cierpnie i krwotok są niczym w porównaniu ze smakiem Sommersbiego popijanego nad szumiącym Grajcarkiem. Można również z nudów przeskoczyć po kamieniach na drugą stronę rzeki i zafundować sobie własnie taką, wielce rozwijającą rozrywkę. Zaprzyjaźnić się z puchatymi, wszamiającymi trawę kiziakami i objadać nieskończonymi ilościami porcji lodów - no doprawdy mniom weekend. 

A dziś pokazuję Wam się nie przemoczona, a wywiana we wszystkie świata strony. Po tylu zdaniach pełnych zadowolenia będzie teraz płacz i złość, bo musicie uwierzyć mi na słowo, w ten dzień, który sobie zdjęciowo możecie poniżej podziwiać miałam tak fantastyczny good - hair - day, że jarałam się nim od samego rana. I co? I się zerwało. Wietrzysko. Niedobre, okrutne i wszystko co na mojej głowie było, wzięło i obróciło w drobny mak. 
Ach! 
Do tego moja skóra wampirza, jak śnieg biała odbijała słońce niczym dobra blenda i zamiast pięknych, zacnych fotografii mamy w dużej mierze kremową plamę, którą to jestem ja (w sumie od wielkiej, kremowej plamy nie różnię się prawie niczym, więc może to nie w tym tkwi szkopuł). W każdym razie uznajmy to za jednorazowe potknięcie, ja i Gamoń padaliśmy wtedy na pyski i jedyną radość czerpali przejeżdzający nieopodal panowie, którzy mogli podziwiać sobie wszystko to, co miałam pod mocno podwiewaną mi spódnicą. 



zdjęcia - Paweł Kolankowski

spódnica - Zara; koszula - od Bloove; bandana - iloko.pl; koszyk - H&M; trampki - Converse


Pamiętajcie o ciągle działające akcji Nakarm Portfel Lemonce ;)



P.S. Nieokrzesana i niesforna łydka przeprasza, że w tak niecny sposób wparowała i poszczuła wszystkich swym widokiem na jednym ze zdjęć.

P.S2. Zaczęłam bawić się Instagramem, więc jak ktos sobie chce jeszcze na mnie popaczeć to serdecznie zapraszam - @pannalemoniada ;)











niedziela, 15 lipca 2012

Pictures In The Dark That Live In The Light

Moja urlopowa, nadmorska podnieta trwa w najlepsze. Skreślam dni w kalendarzu i łapię się na myśleniu, że nie mogę się przecież tak cieszyć wakacjami bo wtedy zapeszę i będę rozpaczać z nudów, braku pogody i ogólnej padaki. Co robić, jak żyć!? Wszak ja mam już rozpisaną listę rzeczy do spakowania, mało tego, do władowania w nową walizę, w którą na tę okazję się zaopatrzyliśmy (szaleństwo, no nie?). Bikini kupione, kilka wyprzedażowych kiecek oraz potrzebnych rzeczorów też i teraz paczą na mnie z wieszaków, półek i szczują wypoczynkowym rozmarzeniem. Już widzę jaki stoczą ze sobą bój za kilka tygodni o to które ze mną pojedzie (ja wiem, że lista spisana, ale wiecie jak to jest). I nawet upragniona wskazówka wagi zatrzymuje się już tam gdzie powinna, co traktuję jako wielki sukces lipca. 

Ale, ale prrr! Muszę pohamować entuzjazm. Trzy głębsze oddechy i jedziemy dalej.

Z miesiąc temu, biegając po lumpeksach natknęłam się na to maskujące wdzianko. Sobie myślę, wszak moro na czasie (w sumie to jedyny motyw przewodni obecnych 'hitów', który jakoś mną zakręcił. I winą też obarczam za to Zuzkę, która co chwila wyskakiwała mi gdzieś z jakimś zielono - plamiastym odzieniem.) to się zaopatrzę. Plus, że kosztowała jakieś 2,50 zrobiło swoje. Potem nastąpił klops i rozkminy jak ją w ogóle mam i z której strony ugryźć. Radzenie się, podglądanie innych blogujących dziewcząt...no dupa czarna, nie wiedziałam co z nią zrobić. Z pomocą przyszedł omijany przeze mnie szerokim łukiem sklep do którego wzięła mnie i zaciągnęła Matula. 
I nagle, niczym grom z jasnego nieba, PAC! 
Walnęła mnie kamizelka. Fajna jest. Beżowa. Z wielkim kołnierzem i do tego okrutnie uniwersalna. Sądzę, że jesienią też sprawdzi się jako element uwarstwienia i ogólnego ocieplenia.
Do tego wszystkiego przyłączyły się adidasowe sneakery, które mają już swoje dobre, kilka lat i które należą do mojej wielkiej kolekcji adidasowego obuwia. Bo trzeba Wam wiedzieć, moi Drodzy, że swego czasu, pałałam się 'zbieractwem' sportowego odzienia stóp. Począwszy od Superstarów a skończywszy na obszytych rzepowym materiałem smaczków z kolekcji Adicolor. Gdzieś po drodze przewijały się turbo kolorowe buty za kostkę czy też miętowe jednostki z lamą u boku. Teraz wszystkie, wraz z kilkunastoma oldschoolowymi, adidasowymi bluzami (zdobytymi w bojach, walkach i dzięki sercu dobrych ludzi) spoczywają w szafie, a ja lubię sobie na nich od czasu do czasu zawiesić oko. Bo to nie tylko bzdurna kolekcja dziewczyny, która ma nie po kolei w głowie. To takie wspomnienie czasów, kiedy naszym największym problemem była godzina wyjścia na piwo, kiedy pieniądze z pierwszych prac skrzętnie były odkładane na zakupienie rzeczorów o których się marzyło (patrz, choćby te Cadety) i kiedy powietrze wokół  nas pachniało nieco większa beztroską.*



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - second - hand; kamizelka - C&A; sneakers - Adidas Cadet; torba - prezencioch


Po groźbach, prośbach, trudach i znojach ruszyła wielka, wyprzedażowa akcja Nakarm Portfel Lemonce. Na razie są tam tylko butki, ale za chwil kilka uzupełnię asortyment;) Wszystko jest jeszcze w powijakach więc proszę o wyrozumiałość. Można, podglądać, zaglądać, a najlepiej kupować i pozbawić mnie zbędnego, ciuchowego balastu.


*to również czasy, kiedy dolar stał po dwa złote i życie było piękniejsze;)












niedziela, 8 lipca 2012

And Bring Me To The Fire, Throw Me Into The Flames

W dzisiejszym wpisie ciuszki zejdą na dalszy plan. Nawet bardzo daleki. Będzie to miało związek z tym, co obiecałam sobie dawno temu, kiedy blogasek był jeszcze w powijakach, a ja nawet nie wierzyłam w jakiekolwiek jego powodzenie (jakbym nagle teraz zaczęła wierzyć). Mianowicie, powiedziałam sobie, że jeśli kiedyś, jakimś cudem, zrządzeniem losu czy przedziwnym zbiegiem okoliczności związanym z ułożeniem planet, stronę tę zacznie podglądać pińcet osób to, kurcze blade, trzeba to będzie jakoś odnotować. 

Bo tak sobie myślę, że jeśli jakieś duszyczki tu zaglądają same z siebie, podglądają bez przymusu i obdarowują dobrym słowem to oprócz wystawienia im pomnika za cierpliwość, odwagę i same chęci należą im się ogromne podziękowania. Przecież prawda jest taka, że bez Was - Czytelników, prowadzenie takiego swoistego, szmatkowego pamiętnika miałoby dużo mniej sensu niż ma teraz (bo umówmy się, że jednak blog o tym co danego dnia mam na sobie ma tyle głębi i mądrości co ja starająca się obliczyć całkę). Nie zmienia to jednak faktu, że daje mi on, również dzięki Wam, dużo satysfakcji i po prostu takiej czystej radości. I wspaniale czyta się wiadomości od Was (na które wiem, wiem, potrafię odpisywać tempem żółwia na kacu, ale ja mam tak, że jak nie odpiszę od razu to potem mi głupio i im bardziej się ociągam bo: wyleci mi z głowy/zakręcę się jak ruski czołg/jestem łosioferem, to tym bardziej mi wstyd, że ktoś tyle czeka na te moje, nie za mądre kilka zdań i błędne koło się zamyka. Za to strasznie przepraszam - obiecuję poprawę) i w sumie to zastanawiam się za co aż tyle miłych rzeczy mnie spotyka.

Nie wiem jak jeszcze wyrazić mam taką w sumie wdzięczność za przesiadywanie tu ze mną, więc może po prostu powiem jedno wielkie, ogromnie szczere DZIĘKUJĘ. Mam nadzieję, że swoimi wywodami Was nie zanudzę, nie zniechęcę i nie zawiodę;) 




Wracając teraz na sekund pięć do ubrań. Jak jest na zewnątrz - każdy widzi. Najbardziej cieszą mnie orzeźwiające krople deszczu sączące się z nieba (nie mówię tu o takich w trakcie burzy, przed którą uciekam przez pół Krakowa, zaliczam swój osobisty rekord prędkości na dwóch kółkach oraz omal nie schodzę z tego padołu po powrocie do domu) a najchętniej pacnęłabym się gdzieś na trawie/plaży tak jak mnie Pan Bóg stworzył. Troska o poziom estetyki i zdrowie psychiczne 'współleżakowiczów' jednakże nie pozwala mi na to, ale nie narzekam, jest lato - więc musi być gorąco. Wrzucam na siebie zatem ulubioną, luźną koszulkę i jeden z wyprzedażowych, miętusowych łupów. Wiem, że połączenie iście szalone, zawadiackie i normalnie zrywa gacie z pupencji wszystkim przechodniom, ale...do pracy nijak w niczym innym mi nie pasuje biegać. Z resztą doszłam ostatnio do wniosku, że cierpię na deficyt spódnic i fajnych tiszertów. A tak trudno mi znaleźć takie, które serce skradną i portfel pozostawią pusty.

Poniżej zdjęcia, na którym włączył się i mnie i Pawłowi tryb zombie. A ponieważ miałam bardzo intensywny, rowerowy tydzień, wylałam hektolitry potu i w ogóle ledwo stałam na nogach, także proszę Was o wybaczenie;)



zdjęcia - Paweł Kolankowski

koszulka - Sheinside; spódnica - Pull&Bear; pasek - sh; butki - Primark; teczucha - Parfois; pierdzień mocy - Szpiegowska sprawka












niedziela, 1 lipca 2012

I'm Lucifer's Child, Wild, Acids Done, Black Sunglasses Shade The Morning Sun

Wakacje czuć w powietrzu. Ich woń unosi się, otula i wdziera w nozdrza bez pardonu. Zaczyna się mój ulubiony czas w całym roku. I nie przeszkadza, że gorąc, że duszno i człowiek się topi, grunt, że w duszy zaczyna pierwsze skrzypce grać znowu pewien rodzaj beztroski, który zawsze będzie mi się kojarzył z dzieciństwem. Nawet w pracy zewsząd dochodzi mych uszu taki fajny, melodyjny śmiech, po usłyszeniu którego przyjemniej spędza się te osiem godzin za biurkiem. Odlicza minuty, by tylko kiedy wybije godzina zero, wskoczyć na dwa kółka i nie schodzić z nich aż do późnej nocy. 
Bo najlepiej jeździ się właśnie po zmroku.
Piękne rozgwieżdżone niebo, ogromny księżyc, mnóstwo migotających świetlików i pusta, ciemna, prosta droga na której usłyszeć można tylko szczęk naszych zębatek. I to przyjemne ciepło. 
I zapach! 
Pachnie dosłownie wszystko. Ukochany jaśmin, świeżo skoszona trawa w ogródkach, polne kwiaty...taka namacalna rozkosz.
Potem wystarczy tylko kilka godzin snu, by o świcie zebrać się i powygrzewać kości na odkrytej ostatnio plaży. Idealność chwil nie trwa jednak wiecznie, bo już po siódmej zaczyna się robić mały tłum, przed którym chowamy się w domu i chłodzimy lodami malinowymi. 

Jest pysznie, jest pięknie.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

szorty - second - hand; gorset - Stradivarius via. Allegro; tramposzki - Converse; bandana - siakiś olkuski kram


Do tego, wyobraźcie sobie, w czasie drogi do mojej pracownczej miejscówy na przeciw mnie wychodzi jelonek. Wspaniały, kiziaczny i mimo, że młody - to już majestatyczny. Patrzy na mnie, ja na niego i tak stoimy przez kilka chwil w bezruchu, z zaciekawieniem się sobie przyglądając, po czym każde życzy drugiemu miłego dnia i odchodzi w swoją stronę. 
Mam już w swojej okolicy zająca, lisa i bażanta, ale skąd się wziął ten nieborak? Po prostu magia lata i wakacji:)