niedziela, 29 kwietnia 2012

Your Hand My Hand Fits So Easy

Piękno, ciepło i majówka. Drzewa pączkują, promienia słońca zatapiają się we włosach ślicznych dziewcząt, lodziarnie przeżywają nalot spragnionych zimnych doznań podniebień a na plantach panowie żule zaczęli okupowanie ławek w celu uskutecznienia popołudniowej drzemki. No cudnie jest. Nie tylko brać przykład z tych ostatnich i zatopić się cielskiem w zielonej trawie. Jeno zamiast 'błękitu paryskiego' pod rękę podłożyć zmrożoną lemoniadę (napój w sensie. Nie, nie mówię tu o sobie - wizualizacjo precz! ) i zatopić się myślami w czytanej właśnie książce (czy w czym tam chcecie, grunt żeby się zatopić). Można też oczywiście poszybować na kochanym rowerosie przed siebie, w koszyk wsadzić paczkę truskawek i wkitraszać je na polanie w promieniach zachodzącego słońca. Mrr!

Przez to właśnie biegam cały czas zadowolona i szczerząca się do świata (przez to i przez uratowany kolor włosów). Miła jestem i przyjemna (no dobra, dla tych co mi na drodze rowerowej pod koła jak święte krowy wchodzą i nie reagują na dzwonek nie mam litości. Mam za to potem wyrzuty sumienia, że mój klasyczny 'beszt' okraszony był klasycznymi niecenzuralnymi słowami). Ale i te chodnikowe mimozy mi dnia popsuć nie są w stanie.
No bo jak skoro nawet lumpeksy sprzyjają, w pracy w oknie mam okazję podziwiać krzyczącego 'argh, argh' Pana w białym, lateksowym kostiumie, wymachującego rękami do których przyczepione są peleryniaste skrzydła, a który nie wiadomo skąd się w owym oknie wziął (świat jest pełen wariatów), plus na sam koniec dostać w owym robotniczym przybytku podwyżkę.
How cool is that?



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sweter i rajstopki - od Kiziaczka; sukienka - od Moni; chusta i baleriny - H&M; teczucha - Parfois










niedziela, 22 kwietnia 2012

Seven Angels With Seven Trumpets Send Them Home In The Morning Train

Zaprawdę powiadam Wam, zafundowałam dziś swoim włosom lekką traumę i prawie katastrofę, a sobie stan przedzawałowy.

Ale od początku.

Farbowanie ma to do siebie, że specyfik do tego służący w końcu spływa, a co za tym idzie, samorodnie tworzą się na mym łbie bardzo popularne w tym sezonie 'ombre hair' (prawda, że to lepiej brzmi aniżeli pospolity odrost?). W każdym razie, moja super turbo Fryzjerka poinstruowała mnie co, jak, gdzie, jaki numer farby (w końcu dowiedziałam co to za magiczne mikstury są) i odesłała do hurtowni. Oczywiście bardzo zaradna ja, postanowiłam do owego włosowego przybytku wpierw zadzwonić. I tu rozpoczął się mój mały koszmar. Pani dała mi do zrozumienia, że jeden z 'moich' kolorów nie jest już produkowany, a do tego nie mają go już nigdzie zachomikowanego. No czarna dupa po prostu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zaczęła kombinować.
Pojechałam i zaczęłyśmy wynajdować alchemiczny zamiennik. Coś bardzo podobnego udało nam się wyszukać i zadowolona z siebie wróciłam do domu by wyczekiwać przyjazdu mojej kochanej włoso - cudotwórczyni.

Po powitalnych myzianiach wzięłyśmy się za robotę i ku mojemu przerażeniu, a ogólnej uciesze Kasi i Pawła farby przybrały kolor niezwykle dojrzałej i smakowicie wyglądającej borówki. Ja chciałam uciekać, przyzwyczajać się do życia z wiecznym czarnym odrostem i  pogodzić z myślą o braku ładnych kłaków.

Nastało dwadzieścia minut stresu, emocji i ogólnego wyczekiwania.

Mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, ku mojemu nieopisanemu zadowoleniu, nastał na mym łbie kolor iście rdzawy, oranżowy i lemoniadowy. Uff, a ponieważ jako humanowi - tumanowi reakcje chemiczne kompletnie obce są, takoż nie mam pojęcia skąd jagodowy kolor się wziął.

W każdym bądź razie, na zdjęciach poniżej jeszcze pięknie wypłowiała, wyginam się w prezentowanej Wam już sukience. Pamiętacie jak kilka miesięcy temu odgrażałam się bieganiem w niej wraz z bandaną i jednorożcową kurtałą?
Zatem...Tadaam!



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - Zara; bandana - no name; katana - MerryMeetMe; trampeczki - Converse


P.S. Zapomniałam dodać, że na allegro trwa akcja 'Nakarm Portfel Lemonce' do udziału w której gorąco zachęcam;)












niedziela, 15 kwietnia 2012

Rain On Your Parade

Dochodze do wniosku, że po świętach powinien pojawić się jeszcze jeden dzień wolnego w którym to od tych świąt będzie można odpocząć. Dojść do siebie po przejedzeniu i uciec od nigdy nie zamykającej się jadaczki ciotki Krysi, wyściskującej pucki babci Zosi i wszystkowiedzącego dziadka Kazia (niepotrzebne skreślić, bądź brakujące dodać). Nie wspomnę już o 'niby przypadkiem' rzucanych aluzjach dotyczących ślubu, dzieci, psa i kota, tudzież innych rzeczy o których 'w tym wieku już powinniście myśleć'. Jeden maleńki, nadprogramowy dzień na zrobienie przeciągłego 'uff' - chyba nie proszę o zbyt wiele?

I bez tych właśnie dodatkowych 24 godzin nic nieróbstwa, ja, przyczłapując do pracy we wtorek (przy okazji gubiąc na środku drogi światełko od roweru...why losie, WHY!?) wyglądam jak zombie, czuję się jak typowy zwłok i staram ukryć pod biurkiem, by przypadkiem ktoś nie pomyślał, że mam ochotę uzupełnić stos papierów. Oprócz tego jęczę, rozpaczam nad wpływem księzyca na moją psychikę oraz ciasta na swoją tuszę. Trauma, mrok i Mordor powiadam Wam.

Ale, ale nie mogłam sobie przecież popsuć całego tygodnia jednym dniem. Z resztą jakbym mogła skoro w codziennej drodze do mojego pracowniczego miejsca towarzyszy mi śliczny i kiziaczny królik, który to sobie kica w trawie wzdłuż mojej (prawie) polnej drogi. Jest też bury lisior i piękny bażant dumnie kroczący między pociągami. Od razu micha się cieszy, gdy o świcie właśnie tacy towarzysze podróży stawiani są na mojej drodze. Nic tylko potem skakać i błyszczeć niedorozwojem umysłowym w samym środku parku.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka, spódnica - Zara; golf, czapa - H&M; podkolanówki - Szpiegulowy gift; trapki - Converse; teczka - Parfois












niedziela, 8 kwietnia 2012

You Fit Me Better Than My Favorite Sweater

Robiąc sobie przerwę między ciastem marchewkowym a falami Dunaju oraz odstawiając na chwilę pół kilogramowy wór Haribo (Tata wie jak przywitać córę w święta) wpadam tu na sekund pięć by się zgrabnie przed Wami powyginać.

Jako, że pogoda nam się nieco omsknęła w kierunku późno jesienno - zimowym postaram się Was moi mili trochę rozgrzać i pokazać w czym to jeszcze biegałam kilka dni temu, kiedy to temperatura w Krakowie sięgała stopni dwadzieścia a słońce swoimi promieniami brązowiło już co poniektórym twarze (o sobie nie mówię, ja mam całe życie cerę wampiryczną).
Sukienunia przyleciała do mnie ze sklepu Sugarlips i jest naprawdę kochana. Cudnie cieniowana, zwiewna i z namalowanymi ptaszkami. W sam raz na zbliżające się coraz cieplejsze dni, a i jako składnik mojego ulubionego uwarstwowiania się będzie idealna (co już z resztą sprawdziłam). Generalnie szał na kółkach. Do niej dorzuciłam ulubioną, jednorożcową katanę od Aife, która obudziła się ze snu zimowego (kurtka, nie Aife) i znowu patatująco mi towarzyszy. Brakuje do niej jeszcze wianka na głowie, ale ten spokojnie sobie do mnie wędruję od kochanego Kiziaka. Niedługo i z nim na głowie będę tu odstawiała harce na polanach i łąkach.

W każdym razie, święta świętami, jajka się same nie zjedzą a życzenia nie złożą.
Wszystkiego najlepszego i wiosennego. Spokoju i odpoczynku, kwiatów we włosach i przepysznych dobroci. Dungus niech będzie mokry, ale nie od deszczu czy śniegu...oraz by wszystko co zjemy poszło nam w cycki. 
Alleluja i do przodu!



zdjecia - Paweł Kolankowski

sukienka - Sugarlips; kurtka - MerryMeetMe; bransoletki - H&M, Handmade; buty - H&M



P.S. Wrzuciłam trochę łaszków na allegro. Szału nie ma, ale może ktoś coś:>










niedziela, 1 kwietnia 2012

This Is What Makes Us Girls

Wczorajszy dzień dane mi było spędzić na trzeciej już edycji krakowskich Targów Dizajnu. Multum ludzi, bazylion świetnych do oglądania, macania i kupowania rzeczorów oraz sporo rowerowych miłośników. Czyli wszystko to co lemoniady lubią najbardziej. Powęszyłam wśród wieszaków z turbo wypasionymi wdziankami ubraniowych kombinatorów, zapowietrzałam się przy stoisku z łaszkami vintage (i nie powiem, kilka perełek trafiło do mej przepastnej torby), a plotkowaniu z cruiserowymi maniakami nie było końca. Dostałam kilka przydatnych rad odnoście sprzętu a gały wybałuszałam na widok fantastycznie zaprojektowanego i złożonego dwukołowego cuda. 

Generalnie sobota idealna.

Prawie.

Żywot zakończyła moja ukochana parasolka, którą to wiatr dmuchnął i zabił na śmierć łamiąc w pół jej rączkę (przez kilka sekund stałam na deszczu zanim dotarło do mnie, że w ręce trzymam jedynie kikut a reszta drążka wraz z czaszą leci sobie nad Krakowem. Przyznaję - warunki atmosferyczne wprawiły mnie w osłupienie). Jest to jednak mała strata w porównaniu z dniowym całokształtem*

Sukienkę wynalazłam na allegro u użytkownika który własnymi rękami takie oto cudeńka szyje. Przyznaję, że na manekinie nie wyglądała zbyt urodziwie. Ba! Dosyć długo nad jej zakupem się zastanawiałam. Jednak dobrego miałam nosa i wyczułam potencjał. No bo jakże mogłabym nie skusić się groszkom, kokardzie i mocno odkrytym plecom?**



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - handmade Allegro; sweter - Zara; komunijne skarpetki - Reserved; buty, teczucha, kwiatek - Parfois




*Zdjęcia robiłam po pracy w środku tygodnia. Nie myślcie sobie, że w taką sobotnią śnieżno - deszczową zawieruchę byłabym w stanie biegać:>

**I chyba nie tylko mnie się ona spodobała, ponieważ jakaś Pani, widząc moje och ach wygibasy przystanęła i też zaczęła robić mi zdjęcia. Nim coś zdążyłam powiedzieć, wzięła się i uciekła. Ot, takie tam moje dziwne, blogowe przypadki.