niedziela, 27 maja 2012

Sunset Drive

Iście letni i kalifornijski był to tydzień (no przynajmniej do piątku). Porno, duszno i gorąco. Jak ja, biedny biurowy żuczek w takich warunkach miałam podjąć naukę i dokształcanie się w kwestiach bezpieczeństwa i higieny pracy (bo BHP jest najważniejsze!), no jak? Jak przez sześć godzin wysiedzieć na okrutnie niewygodnym krześle (zapomniało się już o całodniowym wierceniu pośladem na wykładach, na których to i uciąć drzemkę się dało, a siedzenia do luksusowych nie należały.) w męczarniach bólu przewianego we wszystkie strony świata kręgosłupa? I wcale nie pomagał fakt zaliczenia na wejściu gleby bo nie rzucił się w oczy wydłużony stopień. Spóźnialskich zawsze dopadnie kara w postaci prawie pięćdziesięciu par karcących oczu. Fuckyeah, a koleżanka trzymająca miejscówkę oczywiście gdzie? W pierwszym rzędzie.  Dobrze, że mi przynajmniej wianek z rudego łba nie zleciał. Przykład mojego łosioferostwa i gapiostwa w czystej postaci. 
Ale i tak było fajnie.

Weekend zleciał na przeprowadzaniu przyjaciół do ich nowego, świeżutkiego gniazdka i odkrywaniu w sobie żyłki budowlańca (ha! komu pomalować sufit i wygładzić ściany, komu!?) oraz obżarstwie, obżarstwie i jeszcze raz obżarstwie. Wszak lody i pomarańczowe ciasta to to, co lemony lubią najbardziej.

A jeśli chodzi o szmatki (moje Drogie Gagatki;p) to na promienie słońca wystawiam się w lekkiej, zwiewnej i delikatnej spódnicy od mojego Pompona. Już kiedyś zachwycałam się nią na Riennaherowym blogu i przez myśl mi nie przeszło, że trafi ona w moje małe łapy. Cudniasta jest jak nie wiem co i ładnie komponuje się z gorsetem. I z wiankiem też! Bo kwiaty we włosach to mój hit nad hity.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

gorset - Stradivarius [allegro]; spódnica i wianek - KiziakDnia; pasek - sh; butki - H&M; torba - Parfois











niedziela, 20 maja 2012

The Taste Was Sweeter, The Nights Of Wonder

Kończy się niestety weekend idealny. Nieśpieszne miejskie wędrówki, wylegiwanie do południa w promieniach słońca i narkotyzowanie się zapachami kwiatów w Ogrodzie Botanicznym. Uwielbiam właśnie taki czas, kiedy człowiek nigdzie się nie śpieszy, leniwie popija owocowy koktajl i wsłuchuje się w wieczorne śpiewy ptaków. I  nawet ludzie dziwnie się do siebie uśmiechają (serio, już nawet myślałam, że coś ze mną nie gra, upaćkałam się czymś czy jak, skoro co druga napotkana persona wysyła mi promienny obraz szczęki. Miłość do świata wszystkich ogarnęła. W sumie to smutne, że takie zjawiska dziwią a nie są spotykane na porządku dziennym). Nawet pobudka, która ma nastąpić za kilka godzin boli jakby mniej w tak przyjemne dni. 

Wszystko staje się proste. Dobre, niezłośliwe myśli cisną się do głowy (co mnie, jako osobę wiecznie dogryzającą i wyśmiewającą cały świat również dziwi). W sumie chciałoby się tyle napisać, tyle powiedzieć, ale jakaś tam wewnętrzna obietnica, że ta mała strona nie będzie kopalnią moich małych filozofii, przemyśleń kłębiastych i nie do końca mądrych słów mnie powstrzymuje. Bo nie lubię łamać postanowień. Czy to swoich, czy takich składanych otaczającym mnie osobom. Poza tym gupek ze mnie i mięsny jeż i pewnie przestalibyście mnie lubić (o ile w ogóle). 

Także dość, dość, wracam do sedna ubraniowej sprawy. 

Sukienka to lumpkowe znalezisko, funkiel - nówka, nieśmigana. Z koronkowymi mankietami przy rękawach i trzema falbankami - uroczość nad uroczościami. Do tego grochowe rajtki, wygodne szybkobiegi i tak odziana ruszam na podbój świata. 



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - second - hand; buty - H&M; torebka - Parfois; pierdzień mocy - Asos; rajtuzki - od Kiziaka 















czwartek, 17 maja 2012

Zwycięzcą Lemoniadowo - Dobrowiankowego Etapu "Dobrze Zrobić Coś Swojego' Jest...


Turutum tum tu tuum!

Proszę Państwa o uwagę.

Na wstępie chciałabym powiedzieć, że było mi niezwykle trudno wybrać tego jednego, jedynego zwycięzcę z osób, które do konkursu zgłosiły się poprzez widżet na moim blogu. Historie Dziewczyn czytałam po kilka razy, bojąc się podjąć decyzję, bo a nuż którejś bym nie doceniła, którąś pominęła...

Ale zwyciężczynię trzeba było wyłonić.

Poproszę o fanfary...

Zostaje nią Monika Żurawska, która uwiodła mnie swoim talentem, autentycznością i taką rozbrajającą szczerością przez którą cieszyłam michę do monitora.

Serdecznie Moni gratuluję i trzymam kciuki. Myślę, że jeszcze o niej usłyszymy:)



niedziela, 13 maja 2012

Let Me Kiss You Hard In The Pouring Rain

Mija tydzień od majowego powrotu a mnie ciągle jeszcze mało beztroskiego odpoczynku. Cóż się dziwić, skoro niewiele co udało mi się go uszczknąć. 
W piątek wraz z Gamoniem mym wyruszyliśmy w górskie rejony by nacieszyć oczy widokami i oddać się w łapy natury. Moje oddanie skończyło się na poparzonych przez pokrzywy nogach, które to zrzuciwszy z siebie krępujące je buciory zapragnęły pobiegać po porannej rosie. Mój krzyk i pretensje do roślin - niedobraków słyszała cała okolica, pasące się nieopodal barany pod wpływem niosącego się echa zaprzestały na chwilę żuć trawę a pająki ze strachu postanowiły ukryć się w mojej torebce. Przyprawiły mnie tym z resztą o lekki zawał serca i kolejny rozdzierający powietrze ryk.

Ale, ale, można uznać, że były to tylko trudne początki.

Następnego dnia, prawie bladym świtem (tak, dla mnie godzina dziesiąta w weekend to właśnie wczesny poranek) zaopatrzyliśmy się w górskie rowery i dawaj na Słowację. Ostatni raz na tego typu dwóch kółkach siedziałam (by nie skłamać) jakoś rok temu, a biorąc pod uwagę moją niezdarność miałam pewne obawy co do tego jak ta wyprawa się może skończyć (w myślach już widziałam siebie turlająca się po skrapie ku otchłani Dunajca). Okazały się one jednak zupełnie bezpodstawne bo w kilka chwil odkryłam w sobie miłość do górskiego, ostrego napierdzielania kilometrów. Szalałam, wyciskałam z siebie siódme poty i zapragnęłam spróbować większej zabawy na downhillowym zjeździe. Nęci mnie i kręci i strachem napawa ta wizja a koniecznie muszę podjąć kroki ku jej choć małej realizacji (czyt. kopsnę się do kumpli, będę robić maślane oczy żeby pokazali mi co i jak oraz piecze trzymali bym na jakimś drzewie swego jeszcze młodego życia nie straciła). 

Jednakże ileż o mojej rowerowej podniecie można. Blogasek o ciuszkach to i o nich trochę. 
O sukienkę bój straszny i zażarty stoczyłam na allegro jeszcze zimą. Miętusowy kolor, całe koronkowe plecy i guzikowe wykończenie...rozumiecie, że nie mogłam jej sobie odmówić. W szafie ma swój osobny, różany wieszak i wraz z kilkoma delikatnymi, 'typowo lemonkowymi' kieckami otrzymała status tych najulubieńszych. Do niej jak w mordę strzelił pasuje kwiecisty wianek przysłany mi przez moją kiziaczną, rudą siostrę. Oraz, by zbyt pośladami nie świecić pod spód założyłam wiele razy pojawiającą się tu już spódnicę. W takim zestawie spokojnie mogę sobie już podśpiewywać Kazika...albo recytować 'Dziady'.

zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - allegro; spódnica - Zara; torebka - vintage; wianek - dostałam od Kiziaczka


P.S. Za piękny i przelemonowy nagłówek odpowiedzialność bierze Panna Lila, której to uściski i myziania wysyłam ogromne :)














poniedziałek, 7 maja 2012

Dobrze Zrobić Coś Swojego! Akcja Dobrowianka


Dziś zamiast ciuszków i wdzięczenia się przed obiektywem mam dla Was, moi Drodzy, ciekawą akcję.

O co chodzi?

Mianowicie. Każdy z nas robi coś swojego. Coś, co sprawia, że uśmiech nie schodzi nam z pyszczków a dzień nabiera soczystych barw. Coś co daje nam nie dającą się opisać satysfakcję i napawa nas ogromną dumą. Coś niekoniecznie wielkiego, ale w pełni naszego, jedynego w swoim rodzaju.
W moim przypadku jest choćby ten maleńki blog w którym staram się przekazywać Wam co pod moją rudą kopułą piszczy, drzemie i w każdy możliwy sposób stara się z niej wydostać. Słowa wymieszane są z ciuchami i dają cytrynowo - rowerową mieszankę. Bo przyznam Wam szczerze, że jeszcze dwa lata temu, kiedy powstawała ta strona nawet przez myśl mi nie przeszło, że tyle radości owy lemonkowy świat w moje życie wprowadzi. Nowe twarze, nowi, wspaniali ludzie, nowe możliwości sprawają, że wklepanie tu pierwszego posta w lipcu 2010 roku było jedną z fajnieszych rzeczy jakie w mym krótkim życiu udało się zrobić. Stworzenie sobie własnego miejsca w sieci do którego co rusz zaglądają nowi odwiedzacze i umilają czas dobrym słowem daje wbrew pozorom naprawdę dużego kopa pysznej energii.

Dlatego chciałabym Was zmotywować do rozwinięcia tytułowego hasła i opowiedzieć poprzez niżej zmieszczony widżet, stronę Dobrowianki czy też funpage o takiej swojej pasji. Szesnaście najciekawszych zgłoszeń zostanie umieszczone w specjalnie przygotowanej książce, a trzy finalistki zostaną obstrykane i sfotografowane podczas sesji dla dwutygodnika Viva.
Mało tego!
Otrzymają nagrodę pieniężną na realizację swoich zainteresowań! Wydaje mi się, że są to wystarczające powody by podzielić się z nami swoimi pasjami bo przecież właśnie te nasze marzenia, choćby najmniejsze trzeba próbować realizować.

Jak wspomniałam, swoje historie można dodawać poprzez zamieszczoną niżej aplikację. Jeśli właśnie zrobicie to przy jej pomocy możecie dodatkowo wygrać 200 zł w postaci bonu Sodexo.

Serdecznie zapraszam! Pokażcie jak bardzo jesteście pozytywnie zakręceni na jakimś punkcie:)


środa, 2 maja 2012

And My Body Was Loosened, I Was Set Alight

Ponieważ należę do osób, które w długaśny majówkowy tydzień biegają do pracy moje odpoczywanie zostało podziurawione jak szwajcarski ser i zamiast wylegiwać się wśród jabłoni na działce musiałam znaleźć inny sposób na uskutecznienie błogiego lenistwa. Oczywiście dla chcącego nie ma nic trudnego, a jeśli chodzi o kombinowanie sobie błogostanu nic nierobienia nie mam sobie równych. Miszcz ze mnie nad miszcze w tej dziedzinie jest.

Toteż.

Trawiasty kolor przywdziałam na siebie i zaraz po wyjściu z roboczej miejscówy popedałowałam wiślanymi bulwarami na spotkanie z przygodą. I przyrodą. Tak wszędobylską, że z trudem było mi odgonić się od zmutowanych komarów (wielkie to takie, bydlaste, obsiadło całe konary drzew o.O). Ale gdzieżby się człowiek przejmował jakimiś tam owadami (pod warunkiem, że nie mają ośmiu odnóż, odwłoka i nie noszą dumnie miana pająków) kiedy słońce płonie, błękit nieba przywodzi na myśl bezkres morza a kwitnące drzewa swymi zapachami przyprawiają o zawrót głowy. Na chwil kilka można jedynie przysiąść na drewnianej ławce w cieniu obejmujących chmury konarów i rozkoszować się cudownie schłodzoną lemoniadą. Powrót do domu planowany na bardzo późny wieczór, bo nie ma nic lepszego niż rowerowanie po zachodzie słońca.



zdjęcia - Paweł Kolankowski

sukienka - porwana z wieszaka vintage na Targach Dizajnu; buty - H&M; teczucha - Parfois; pierdzień mocy - prezencioch