niedziela, 31 stycznia 2016

No Giving Up Our Paradise


Ostatnie dwa miesiące minęły jak z bicza, a ja nawet nie miałam czasu zajrzeć tu nawet na minutę. Remontowe prace pochłonęły mnie do tego stopnia, że zaprzestałam myśleć o czymkolwiek innym niż flizach, panelach, parkiecie, garderobie i tym, co mnie jeszcze może zaskoczyć. Na ten moment mam nadzieję, że już nic. Ba! Na ten moment pierwszy raz od dwóch miesięcy leżę jeszcze w łóżku i zastanawiam się czy aby zamiast tego nie powinnam dobijać kolejnych targów z Panami w Leroy Merlinie czy innej Castoramie. Paweł jednak uspokaja, że nie. JESZCZE nie. Czyli mam chwilę dla siebie.

Mam już też za sobą chyba wszystkie fazy uczuciowo remontowe, począwszy od wielkiej ekscytacji do totalnego załamania i zwątpienia w sens wszystkiego. Zwątpienie dopadło mnie całkiem niedawno i walnęło tak mocno, że siedząc w południe w pracy, na myśl o prostowaniu ściany zalałam się potokiem łez. Na szczęście 'ogarnięcie się' to moje drugie imię, więc szybko wytarłam oczy rękawem i zadałam sobie jedno ważne, retoryczne pytanie: Ja sobie nie dam rady? Weź Lemą nie kpij.
Ściany zostały wyprostowane, ja przez Teścia i najlepszych Panów Majstrów we wszechświecie ustawiona do pionu i pocieszona, że to już finisz. W tym momencie największą radość sprawia mi wybór łazienkowej ceramiki i fakt, że już wkrótce przestanę mieszkać w niekończącym się bałaganie. Bo jednak życie na dwa domy, gdzie jeden jest jeszcze w stanie surowym, a drugi mieści rzeczy swoje i kupowane już do tego nowego jest odrobinę wykańczające.

Dajcie mi proszę jeszcze chwilę, aż ze wszystkim wyjdę na prostą a obiecuję, że postami i migawkami z nowych czterech ścian będę sypać jak z rękawa. Teraz wracam tulać się z Mikropiesełkiem, który na tydzień wrócił do nas z wakacji u Dziadków i dziś obchodzi swoje drugie urodziny (a bardziej dzień przygarnięcia, niestety nie wiemy kiedy dokładnie przyszedł na świat). Jest pasztetowy tort, parówki, psie ciasteczka i dużo czułości. Party like a boss.



zdjęcia - Paweł

 ________________________♥_________________________

sweter - Medicine; mom jeans - Pull&Bear


Na zdjęciu jest Kixi, dziewczyna Bąbla, największa miłość i najlepsza przyjaciółka;)


niedziela, 29 listopada 2015

All I See We're All Ghosts, We Are Broken


Zawsze miałam problem ze zbyt wielkim przywiązywaniem się do miejsc, rzeczy i ludzi. Hm, może 'problem' to nie jest do końca to słowo, którego powinnam użyć. Powiedzmy, że raczej skłonność. 
Tak. Tak jest lepiej. 
Jeśli już poczuję do czegoś lub z kimś emocjonalną więź, naprawdę bardzo trudno jest mi to nasze niewidzialne powiązanie przerwać. Od trzynastu lat używam tych samych perfum, jadam w tych samych ulubionych knajpach, jeżdżę do tych samych ulubionych miejsc i gdy tylko ktoś lub coś zagnieździ się w moim spokojnym i błogim życiu niczym klocek w Tetrisie to zmiana tego dobrego stanu rzeczy bardzo mnie uwiera.

Za około miesiąc będziemy się przeprowadzać i teraz, za każdym razem gdy wracam późnym wieczorem do domu, pokryta kurzem, brudem i zmęczona jak po przebiegnięciu maratonu, mam w sobie dwa zupełnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony skaczę ze szczęścia i gdybym mogła o naszym nowym kwadracie zagadałabym wszystkich na śmierć, ale z drugiej ogarnia mnie nieskończony smutek związany z pozostawieniem już za sobą pewnego długiego etapu w moim życiu.

Nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy zakotwiczyłam się w obecnym domu na dobre. Paweł śmieje się, że najpierw pojawiły się moje ubrania a dopiero potem ja. Pamiętam za to dokładnie kiedy 'mieszkanie' stało się moim domem. Pierwsze kłótnie przy wyborze mebli (i pamiętny czerwony stolik, przez który Paweł ma do tej pory zakaz dekorowania w naszych wnętrzach czegokolwiek), pierwsi wspólni goście, pierwsze całonocne rozmowy i wpatrywanie się zimowymi wieczorami na padający za oknem śnieg. Wiele dobrego pomieściły te ściany, wiele uśmiechów, wiele łez szczęścia i wiele pięknych słów. Rodziły się w nim przyjaźnie, szalone i nie zawsze do końca mądre pomysły. Każdy mógł, i z resztą wpadał o każdej porze dnia i nocy i mimo, że naprawdę te nasze cztery ściany są tak naprawdę bardzo małe, potrafiły zawsze wszystkich pomieścić. Przez wiele lat dopieszczaliśmy je, dbaliśmy oraz otulaliśmy tym ciepłem do którego chce się wracać po najgorszym dniu w pracy. I nie bacząc na tych kilka zadanych przez nas ran, np. po szalonym cydorwym korku, który nieomal pozbawiając mnie życia wbił się w sufit, zbudowaliśmy tu taką naszą małą niezniszczalną fortecę.

A teraz, za kilka tygodni przyjdzie nam się z nią rozstawać i tworzyć wszystko od nowa. Pomimo całej wielkiej ekscytacji i przeogromnej radości coś mnie jednak kuje w sercu i wkłada do oczu łzy bo właśnie tutaj wiele się zaczęło, tutaj wiele powstało i wiele w naszym życiu się zmieniało. Dokładnie pod tym dachem.



zdjęcia - Paweł

 ________________________♥_________________________

sukienka - prezent od Ritki




niedziela, 15 listopada 2015

Keep Your Lips Sealed


Kurcze, nie wiem czy w ogóle jest sens wrzucania zdjęć na których mam tylko sweter i jeansy, ale kiedy przychodzi do obcowania z niedzielą totalnie leniwą i deszczową, o smaku crumble z lawendową posypką oraz pachnącą herbatą owocową to naprawdę, nic wymyślnego do głowy mi nie przychodzi. 
Z resztą, ostatnio w takich rzeczach czuję się najlepiej. Na wychodne z domu owijam się tylko swetro płaszczem i wielkim szalikiem, które z resztą kilka wpisów wcześniej już pokazywałam, wbijam w ulubione superstary i wybiegam na miasto. Wszystko jest miękkie, przytulne i żadna wichura ani chłód nie są w stanie przedrzeć się przez mój ochronny, listopadowy pancerz. 

Puchowo - swetrowa zbroja jesiennego rycerza. 

Do tego ostatnio w myślach dywaguję sama ze sobą czy aby przypadkiem nie dać ponieść się fantazji i rozjaśnić włosy do jasnego blondu. Ot tak, królowa śniegu, zimowa panienka. W sam raz na nadchodzącą porę roku. Bo jak już tyle zmian się w moim życiu szykuje to czemu nie iść za ciosem i zmienić przy okazji kolor włosów? Takie to proszę Państwa problemu ludzi pierwszego świata.



zdjęcia - Paweł

 ________________________♥_________________________

sweter - Zara; jeansy - od Ritałke



Bardzo mi dziś nie szło rozpisywanie się, za co proszę o wybaczenie. Jednakże tyle się dzieje, a bez sensu pisać non stop o tym samym, że chwilowo popełnię tu tylko kilka zdań. Celebrujcie tę pyszną niedzielę, stukającą do okna kroplami deszczu. Cześć!




niedziela, 8 listopada 2015

I'm Everywhere If You're Alone


Z rzadka tutaj ostatnio wpadam, ale mam na to bardzo dobre usprawiedliwienie. Większą część czasu zabiera mi ostatnio przeglądanie ofert marketów budowlanych, Ikei i sklepów oferujących niestandardowe włączniki światła. Wybieram płytki, projektuję meble do kuchni i wyliczam ile będzie kosztować mnie cyklinowanie parkietów. Do tego co rusz moja ręka sięga do internetowych sklepów ze starociami w poszukiwaniu idealnego retro fotela nie kosztującego majątek. 

Sami zatem widzicie, że te czynności niekoniecznie wymagają wyglądania jak milion dolców i pozowania przy okazji do foteczek. Dres stał się moim ulubionym przyjacielem, a dokładniej mówiąc wielki kombinezon w jelonki. W takim odzieniu czuję się jak Pan Mietek Malarz i dodaję sobie plus dziesięć do wiedzy na temat równania ścian. W międzyczasie jeszcze umieram ze stresu, bo sami wiecie, pieprznąć coś musi, a ja jeszcze nie wiem co. Czekam zatem czy ze wszystkim się wyrobimy, czy faktycznie będzie to tak straszne jak mi przyjaciele mówią i czy może jednak dalej będę miała szczęście do ludzi i cały remont pójdzie jak po maśle.

W każdym razie, wkrótce (o ile wcześniej nie wyzionę duch z nadmiaru obowiązków i energii) będziemy celebrowali soboty z widokiem na Wawel i Kościół Mariacki. Już samo to sprawia, że mam ochotę z radości skakać aż pod sam sufit i turlać się jak przerośnięta foka po łóżku. Nim to jednak nastąpi dajcie mi jeszcze chwilę na nauczenie się całego asortymentu Leroy Merlin i spokojny powrót do coniedzielnego blogowania



zdjęcia - Paweł

kurtka - Pull&Bear; sweter i spodnie - H&M; torebka - Zara






niedziela, 25 października 2015

Discover Beaches Buried Deeper Underneath The Cement


Październik to miesiąc w którym mój rower powoli zapada w sen zimowy, a ja, powoli, przesiadam się do autobusów. Uroczyście tu przysięgam, nienawidzę jeździć komunikacją miejską. Zwykle każda podróż jest wypełniona przygodami, płaczem dzieci i krzykiem bojowo nastawionych do życia babć. Jednakże jest jedna rzecz, którą w tym momencie bardzo lubię. Spotkanie w tym naszym wspólnym, porannym dyliżansie moich osiedlowych wariatów. Nie widzieliśmy się z niektórymi od marca, więc trochę zaczęłam tęsknić. A wiecie, jak przez najgorszą porę roku codziennie rano swoją niedole dzielisz z tymi samymi twarzami to zaczynacie być sobie bliscy prawie jak rodzina;)
Pozwólcie zatem, że przedstawię Wam tu kilkoro moich ulubionych towarzyszy komunikacyjnej traumy.

Pan Drzwiowy - chcesz stanąć przy drzwiach by móc na przystankach złapać trochę powietrza w tym dusznym i zatłoczonym autobusie? Nie masz na to szans. Oto w drzwiach pojawia się ich strażnik, który będzie tak na Ciebie napierał byś jak najszybciej wróciła do dalszego rzędu a 'świeże' powietrze niech zostanie w Twojej wyobraźni. Pan Drzwiowy nie przesunie się nawet o krok przy wpuszczaniu nowych pasażerów, woli wyjść z pojazdu, poczekać aż nastąpi wymiana podróżników, by następnie wsiąść i dalej pełnić role władcy środkowego wejścia. Pech chciał kiedyś, że wejść nie zdążył. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienia, gdy zaspana i przyklejona do szyby niczym największy glonojad, zobaczyłam Go biegnącego wzdłuż autobusu. Sytuacja była na tyle abstrakcyjna, na tyle filmowa (tu trzeba nadmienić, że Pan nie biegł jak typowy człowiek), że z otwartą gębą obserwowałam ten Jego wyścig. Autobus udało mu się złapać na następnym przystanku, ale od tego momentu już nigdy z niego nie wychodzi gdy następuje pasażerska rotacja.

Pan IPN - Pan IPN jest Panem Ipenem, ponieważ każdy w autobusie usłyszał o nim wszystko już przynajmniej pięć razy. Wiem gdzie mieszka, wiem gdzie pracuje, wiem jak się nazywa, czym się interesuje, kogo lubi a kogo nie i, że zna się (to jest jego subiektywne odczucie) na absolutnie wszystkim (i wcale nie była mi do tego potrzebna moja dusza i skill stalkera). Począwszy od polityki, zanieczyszczeń, funkcjonowania przedszkoli, a skończywszy na plastykowych długopisach skręcanych przez chińskie dzieci. Zna się na mojej pracy lepiej niż ja sama! Do tego ma głos bardzo radiowy więc mimo, że go nie widzicie, mimo, że stoicie z przodu autobusu a On z tyłu, to i tak doskonale będziecie słyszeć czym aktualnie się bulwersuje.

Pan od układu - układ jest wszędzie. Nigdzie nie możecie czuć się bezpieczni. Masoneria Was obserwuje i próbuje prać Wasze mózgi kiedy idziecie na studia. Podsłuchy są wszędzie, agenci są wszędzie, jesteśmy otoczeni. Pan ma córkę, która na nieszczęście urodę odziedziczyła po nim i zawsze zastanawia się czemu nikt z pasażerów nie chce koło nich siedzieć (odpowiedź jest prosta, wiemy, że Pan jest wrogiem masonerii).

Pan Szatan - nie wiem jak wygląda, spotkałam go tylko raz i siedzieliśmy do siebie tyłem, ale szeptanych do siebie łacińskich, szatańskich inkantacji nie zapomnę do końca życia (nawet nie wiem czy były szatańskie, ale łacina mówiona do samego siebie, pod nosem i zapętlająca się co jakiś czas, musi mieć w sobie diabelski pierwiastek).

Pan Generał - Pana Generała poznacie po typowej dla Napoleona postawie i typowym spojrzeniu pogardy omiatającym cały autobus. Czasami mam wrażenie, że nie wytrzyma ciśnienia i wpadnie do kabiny kierowcy by stamtąd rządzić światem, a przynajmniej tym autobusem. Czekam na to z utęsknieniem i bardzo mu w tym temacie kibicuję.

Pani Koza - i nasz jedyny przedstawiciel płci pięknej w tym jakże zdominowanym przez mężczyzn zestawieniu. Pani Koza jest typową kobietą w babcinym wieku do momentu, aż się odezwie. I wcale nie chodzi o głos, nadzwyczajnie zbliżony do głosu uroczego zwierzątka będącego Jej pseudonimem. Pani Koza jedyne o czym może rozmawiać to śmierć. Śmierć, umieranie, rak i inne jakże wesołe synonimy danse macabre. Już zawsze będę pamiętała wigilijny poranek spędzony z nią w autobusie po którym miałam ochotę się zabić. Dziękuję Ci Babciu Kozo, Merry Christmas.

By była jasność, absolutnie się z nikogo nie nabijam, nie wyśmiewam i nie szydzę. Ja po prostu kocham spotykać na swojej drodze takie osobliwości osobowości. Naprawdę lubię te nasz poranne 30 minut, podczas których przy odrobinie szczęścia może wydarzyć się więcej zabawnych sytuacji niż w ciągu całego dnia i myślę, że każdy z nas ma podobnie. I kiedy w połowie tego miesiąca, o godzinie 6.30 wsiadłam do mojego środka transportu i znowu wszystkich zobaczyłam, naprawdę zrobiło się na sercu ciepło. Porządek w kosmosie pozostał niezachwiany.



zdjęcia - Paweł
 ________________________♥_________________________

szary sweter - Top Secret; czarny sweter - H&M; spodnie - Pull&Bear; szalik - Zara; buty - Adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel


niedziela, 11 października 2015

Wesoła Cafe


Właściwie nie wiem dlaczego nie poruszyłam nigdy tutaj dogłębniej tematu, leżącego w głównym kręgu moich zainteresowań. Owszem, gdzieś tam przy okazji wakacyjnych wpisów wspominałam o mojej, a właściwie naszej, miłości do objadania się w sposób niekontrolowany, totalny i po prostu nieskończony. Gastrowczasy zmieniły się nam w gastrożycie już dawno temu więc czemu nie pisać tu też o tym co, dlaczego i gdzie najbardziej lubię jeść. Lecimy zatem!


Wesołą odkryliśmy już jakiś czas temu, ale na samym początku nie było nam do niej zupełnie po drodze. Do czasu. Któregoś poranka wpadliśmy tam na śniadanie i tak już zostało. Bo widzicie, jednym z naszych ulubionych sposobów na spędzanie wolnego czasu i odpoczywanie to całodniowa degustacja tego najważniejszego posiłku. Oczywiście w doborowym towarzystwie, wypełniona zapachami, smakami i pobudzającymi rozmowami. Celebracja codzienności to to, co kochamy robić najbardziej.


Już samo wnętrze zaprasza do zapuszczenia tam na dłużej korzeni. Lekkie menu i unoszący się w powietrzu zapach kawy - nie może być lepiej. I mimo, że sama kawy nie pijam, a życie obdarowało mnie mężem kawoszem dla którego czarny napój to podstawa egzystencji, to czuję się tam wyśmienicie. Dla takich wybryków natury ja ja jest pyyyyszna herbata, podawana w giga imbrykach o zapachu wdzierającym się przez nozdrza tak mocno, że można się nim ućpać (herbatoholicy na pewno zrozumieją o co mi chodzi).


Na miejscu spotkacie świetną ekipę, wiecznie uśmiechniętą i skorą do rozmów na każdy temat. W tle rytm wybija dobra nuta, a Ty, Drogi Czytelniku, możesz się totalnie wyluzować.


O jedzeniu tutaj mogłabym napisać poemat. Szczególnie o lekkim jak chmurka omlecie. To porównanie naprawdę nie jest przesadzone i nie wzięło się z przypadku. Cały czas nie wierzę, że zwykły człowiek jest w stanie zrobić omlet tak pyszny i do tego mający konsystencję obłoku. Po prostu IMPOSIBRU. No chyba, że na kuchni mają jakąś boginię - wtedy dopuszczę do siebie taką ewentualność.
Moje serce tęskni za letnimi frencz tołstami, tak pysznymi, TAK rozpływającymi się w ustach, że mogłabym jeść tylko je do końca życia. Tona owoców plus malinowy sos i macie lemona w garści. 


Oprócz tego w menu znajdziecie też przepyszne jaglanki, hummusy, tortille, zupki i kanapki. Moim faworytem jest 'Wesoły hot-dog', wybawca po nocnych wojażach i idealny śniadaniowy kompan. 



Nie mogę też zapomnieć o ciastach! Ich sernik czy bezglutenowe brownie z migdałami to po prostu balsam na mój żołądek (Paweł z kolei z rozrzewnieniem wspomina brownie z solonym karmelem<3 )


Wesoła ma jeszcze jedną wielką zaletę. Akceptuje obecność Mikropieseła i jego humory. Bąbel zawsze dostanie miskę z woda, zawsze jest próba pogłaskania i jeśli tylko na to pozwoli od razu kradnie serca wszystkich dziewcząt dookoła. Poza tym, jak widać poniżej, atmosfera Wesołej bardzo mu odpowiada.


Jeśli tylko zrobi się Wam w środku za gorąco możecie szybko wyjść do znajdującego się na tyłach lokalu patio. I mimo, że jakoś niespecjalnie sprawia mi radość przesiadywanie w knajpowych ogródkach, to tutaj spędzaliśmy sporo wakacyjnych weekendów. Z resztą popaczcie sami jaki jest przytulny i ładny.


Całe wnętrze Wesołej, jej klimat i ludzie, których tam spotykam dokładnie wpisują się w moją estetykę (o ile można w ogóle powiedzieć tak o drugim człowieku. Mam nadzieję, Drogi Czytelniku, że zrozumiesz co autor miał na myśli). Wszyscy są tak cudownie radośni, mili, a dookoła panuje ciepła atmosfera. Uwielbiam tamtejszy sobotni gwar, kiedy wszystkie stoliki sa zajęte, dookoła mieszają się rozmowy w różnych językach, a dyskusje są toczone przez wachlarz pokoleń. Bo widzicie, naprawdę w Wesołej można spotkać wszystkich. Bo to knajpa dla każdego z Was.


ul. Rakowicka 17
31- 511 Kraków


zdjęcia robiła ja (prawie wszystkie)

________________________♥_________________________



niedziela, 4 października 2015

The Night Was Warm We Were Bold And Young


Do okna dobija się słońce, z głośników gra nam Emancipator, a w całym domu pachnie kawą. Pierwszą od prawie dwóch miesięcy wolną niedzielę celebrujemy maksymalnie. Wyciskamy z niej lenistwo do ostatniej kropelki. Dopieszczamy się świętym spokojem, karmimy słodyczą nicnierobienia. W wazonach siedzą eustomy, w miseczce żelki Haribo, a w nogach drzemie Bąbel.

Tego nam było trzeba.

Ładujemy baterie, wymownie na siebie spoglądamy. Nie trzeba słów - wystarczy uśmiech i już wiemy jak jest dobrze. Pochłania mnie oglądanie mebli, wnętrzarskich inspiracji i walka ze sobą czy bardziej podoba mi się parkiet w naturalnym kolorze czy może jednak biały. Jak wszystko pójdzie po naszej myśli, już niedługo pochłonie mnie wir urządzania, malowania i dekorowania. Póki co powstrzymuję swój entuzjazm by nic nie zapeszyć, ale jednak nie jestem w stanie zamknąć strony na której wybieram nową sofę. #fingerscrossed

Wspominamy też jeszcze wakacje i śniadanie na molo, które pochłonęliśmy zaraz po zrobieniu tych zdjęć. Poranne słońce raziło w oczy, wiatr plątał włosy, a chłodna woda zraszała stopy. Mimo, że od tego czasu mija już prawie drugi miesiąc cały czas myślami wracam do tego cudownie beztroskiego poranka. Najlepszego ze wszystkich. Wiele się w tym czasie wydarzyło, a patrząc na kupę spraw, książek i zdjęć, które mi się odłożyły trochę zaczyna kręcić mi się w głowie. Nie wiem kiedy ze wszystkim wyjdę na prostą, tym bardziej, że nic nie wskazuje na to bym miała się w najbliższym czasie nudzić. Na razie jednak o tym nie myślę, na razie mam niedzielę, a podobno niedzielę należy święcić. Nie kłócę się zatem i nie polemizuje - świętuje.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

bluza i bikini - Pull&Bear, buty - Adidas Superstar









poniedziałek, 21 września 2015

Take Me Out Of This State I'm In, Go Somewhere I've Never Been


Gdy kilka dni temu zastanawiałam się kiedy w końcu znajdę jeden dzień w grafiku w którym po prostu będę mogła robić słodkie nic, pospać do południa i bez zaległych zadań snuć się po domu w samej piżamie, życie postanowiło mi zagrać na nosie i wrzucić do niego katar. Gardło otuliło chmurką bakterii, na tyle gęsto, że głos nie miał nawet szans przebić się na zewnątrz. Legenda głosi, że jak lemony zamilkną na siedem dni wtedy pojawią się czterej jeźdźcy apokalipsy i zacznie się koniec. TEN koniec. Z przerażenia nogi postanowiły się same połamać i położyć mnie do łóżka by absolutnie do tego tygodniowego milczenia nie dopuścić.

Nie o takie lenistwo toczyłam bój. Byłam jesienią, a zostałam katarem.

Narkotyzowałam się zatem kupionymi w aptece medykamentami i wlewałam w siebie hektolitry Teraflu. Naprawdę dałam z siebie wszystko by zapobiec wiszącemu nad nami kataklizmowi. Walczyłam jak lwica, jak baba z Radomia o ostatnie Trzy Cytryny, jak tłum dziewcząt na otwarciu limitowanej kolekcji w HaMie i jak możecie zauważyć, kosmos z nami jeszcze trwa. Krwawą batalię wygrałam - bhawo ja.

Miałam z resztą dobry tajming, bo od czwartku bawiłam się wyśmienicie na fantastycznym szkoleniu prowadzonym przez genialną wprost Izę, które dało mi tak niesamowicie wielkiego kopa motywacyjnego i poukładało mi w głowie tyle spraw, sprawiając, że już doskonale wiem czego chcę w swoim wesołym życiu. Od kilku dni biegam nakręcona jak mała bateryjka (hope so ten stan utrzymywać się będzie permanentnie) i tworzę w głowie wielki plan działania. Cudowne to uczucie, tym bardziej, że w otoczeniu tych zmian pojawia się również blog. Chyba skończył się ten czas w którym satysfakcjonują mnie tylko pojawiające się tu ciuszki i chciałabym czegoś więcej. Bo mnie samej jest przecież trochę więcej.

Stay tuned zatem i fingers crossed!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Bershka; buty - Adidas Superstar; torebka - Paulina Schaedel