Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bąbel the doge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bąbel the doge. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Allow Your Hands To Lose Their Grip And Let It Fall


W ciągu ostatniego roku sporo się u mnie zmieniło. Nie tylko w sprawach życiowych, ale również ubraniowych. Słodkie sukienki i koronki zamieniły się miejscem ze spodniami i raczej minimalistyczną kolorystyką. Od kilku miesięcy w mojej szafie rządzą szarości, czernie (!) i biele.

I ciągle mi mało, ciągle chcę więcej.

Powoli rozstaję się z rzeczami bez których wcześniej wydawało mi się, że nie będę mogła żyć. Trochę fatałaszków trafiło w ręce znajomych, trochę wisi do sprzedania na lemonowym fanpejdżu (proszę się częstować), a ja z uśmiechem przyglądam się zakupionej pasiastej parce, superstarom (nie, nie zdradziłam conversów - nowe już czekają na wyższe temperatury) i prostym, bardzo wygodnym wiosennym uniformom.

Właściwie od dłuższego czasu własnie w takich, bez zbędnych komplikacji ubraniach czuję się najlepiej (co z resztą chyba tu nawet widać). Już nawet zastanawiałam się czy jest sens pokazywać się Wam tu tylko w spodniach i zwykłej koszulce, ale skoro jest to blogasek o moim stylu i mojej szafie no to cóż, musicie być wyrozumiali (nie znasz dnia ani godziny, a nuż któregoś dnia znowu zaszaleję). W każdym razie chyba nie dorosłam jeszcze do tego (zauważcie jak powoli mi to idzie, dopiero pozbywam się słodziasznych kiecek) by zrobić z tej strony zbiór poważnych (HA HA HA), cytrynowych artykułów, bo na litość boru zielonego, z czym do ludzi (od wielkiego pisania są inne blogi, którym ja mogę wiązać sznurówki). Poza tym trochę się wstydzę, trochę mi głupio przewalać jakieś wielkie przemyślenia wśród zdjęć mojej niekoniecznie wyjściowej facjaty i nowych portek.

Z resztą, biorąc pod uwagę mój rozgardiasz myślowy (zacznij pisać pierwszy raz od dłuższego czasu post o szmatach, a skończ na filozofowaniu o wszystkim i o niczym. As always lemon, as always), byłby tu lepszy burdel niż w różowym Cocomo.

Cmok!


zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

koszulka - Zara; spodnie - H&M; pasek - Pawła; sweter - Top Shop; buty - Vagabond






niedziela, 1 lutego 2015

The Open Wound Grows, Melts Away The Water Froze


Ostatnie tygodnie bardzo mnie rozleniwiły. Do tego spadł śnieg, a powszechnie wiadomo, że śnieg to zło. Na nic zdaje się zaklinanie wiosny kupowaniem lekkich okryć wierzchnich i sportowych butów - zima is a bitch (czy jak kto woli beach). Umawianie się do rowerowego serwisu w celu przygotowania Krowy na nowy sezon mogę sobie jeszcze odpuścić - patrząc na pogodę długoterminową spokojnie obie możemy zapatulić się w koc. Spod kołdry może mnie jedynie wyciągnąć wizja śniadania w krakowskiej Tekturze (#lemonapproved bardzo. I miejsce i jedzonko.) lub rzucająca mi z jutuba wyzwanie Mel B. Wtedy też zamieniam się w wielkiego walenia wyrzuconego na brzeg dywanu i udaję, że wiem co robię.

W każdym razie nie będę Was tu zanudzać moim zimowym zmęczeniem materiału (co roku to samo, wypatruję jeszcze mojej truskawkowej obsesji), bo przecież wczoraj miała miejsce ważna dla nas rocznica!
Dokładnie rok temu w naszym domu pojawił się Szanowny Pan Mikropieseł, Zdobywca Patyka, Lord Herbu Miękka Poduszka. Oczywiście odbyła się wielka, trzyosobowa feta. Był pasztetowy tort, były prezenty, nowe zabawki i alkohol (dla starszyzny, Bąbel to przecież wieczny gówniarz). Ponieważ nie wiemy kiedy nasz pieseł ma dokładnie urodziny, postanowiliśmy co roku celebrować dzień jego przygarnięcia. Bąbel był niezwykle z prezentów zadowolony. Do tego stopnia, że ze wszystkimi postanowił spać.
Na mojej poduszce.
Można mu to jednak wybaczyć (tak samo jak wyciągnięcie ze schowka podczas naszej nieobecności trzech rolek papieru toaletowego i poszatkowanie go niczym najlepszy master chief. Sałatkę z celulozy można było znaleźć w każdym zakamarku naszego domu), wszak miał swoje święto.

I teraz, gdy mały, rudy Lucyfer (ostatnio ubolewamy, że Bąbla właśnie tak nie nazwaliśmy - Lucek tak bardzo do niego pasuje) drzemie przytulony do mojej ręki i razem wypatrujemy cieplejszych dni, pełnych przygód i podróży, zostawiamy Was z kilkoma zdjęciami. Z frędzlami i swetrzyskami.

Cmok!


zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter nr 1 - Stradivarius; sweter nr 2 - Zara; spodnie - H&M; sztyblety - internety


niedziela, 28 grudnia 2014

Under The Cold And Empty Moon


Poświąteczne rozleniwienie daje mi się we znaki tak bardzo, że od wczoraj mam poważne kłopoty z myśleniem i wysławianiem się (nie żeby zawsze było z tym super, ale teraz, uwierzcie mi, pędzę po równi pochyłej). Wmawiam sobie, że jest to wina pochłoniętego w dużej ilości cukru (nie patrzcie na mnie, nie mam pojęcia kto zeżarł ten wielki tort szwartzwaldzki, przytaszczony do domu przez osobistą Panią Matkę), który skutecznie moje zwoje mózgowe zamienił w cukrową watę. 

By zbyt sobie nie urągać, usprawiedliwiam się, że nikt chodzącej słodyczy na patyku nie każe rozwiązywać w myślach matematycznych zadań ani tworzyć receptury leku na raka czy choćby zwykły katar. Spokojnie zatem rozkładam swe miękkości na łóżku i sięgam po czekoladowego Mikołaja (przysięgam, ostatni w tym roku) by go zdekapitować. 

Każdy ma przecież swoje małe przyjemności, ja na przykład lubię w zamian za prezenty odgryźć komuś głowę (ale tylko wtedy jeśli jest z czekolady).

Mojemu błogostanowi służy jeszcze ciągle okołoświąteczna atmosfera na którą składają się urokliwe migotające świece i choinkowe lampki. Jak tu nie dać ponieść się lenistwu gdy z choinki z uśmiechem spoglądają jelenie a bombki skrzą się w świetle świecznikowego domku? No przecież nic tylko się relaksować (i grać w planszówki, ale to też spokojnie można robić z łóżka, nawet wtedy, gdy odwiedzą nas ulubieni goście).

W każdym razie, dziś kończę ładowanie baterii. Jeszcze do mnie nie dociera, że już jutro o 5.40 zadzwoni budzik (#notetoself - lemonu, pamiętaj żeby go nastawić) i pobiegnę w ciemny, ośnieżony świat. Tego jeszcze nie wiem, to mnie jutro zaskoczy. Sprawi niespodziankę. Póki co jednak lecę wstawić wodę na czwartą herbatę, zaszyć się w poduchach i mam nadzieję poczytać o tym jak Wam minęły tegoroczne święta.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

kurtka - Cubus; sweter - Zara; spodnie - H&M; szalik - Pull&Bear; czapka - House; buty - internety
kurtkę Bablowi uszyła Asia, prawda, że świetna?:)



niedziela, 30 listopada 2014

Every Night Was Cold As I, So You Hold Me Close To Your Heart


Trochę mam do nadrobienia, więc sprężam się raz dwa i już Wam wszystko opowiadam.

We wrześniu wraz ze znajomymi, bardzo spontanicznie wybraliśmy się na nasze ukochane gdańskie plaże. Spontanicznie o tyle, że sam wyjazd zaplanowaliśmy chyba w kilka dni i w środku nocy wraz z dwoma psami pojechaliśmy podbijać nadmorskie deptaki.
Tym razem naszym głównym celem była psia plaża, bo przecież nie mogło być tak, by nasza ukochana ruda morda nie zapałała miłością do morza niczym jej właściciele.
Mało tego, przez te wszystkie lata trójmiejskich wycieczek, to ta podróż była chyba moją najlepszą. Dlaczego? Przez osiem godzin siedziały na mnie dwa psy - Bąbel oraz piękna i długowłosa Retriverka Tunga. Ferajnę na tylnym siedzeniu dopełniał Paweł, moje niezastąpione, życiowe oparcie.

Nie licząc naszego wypadu do Oslo, te trzy dni należały do jednych z najintensywniejszych w tym roku, wykorzystanych w stu procentach od świtu do zmierzchu. Ubolewał nad tym trochę Mikropieseł, którego przespacerowaliśmy prawie całym Trójmiastem i wraz z nami po raz pierwszy porządnie zawitał do Gdyni (której fanką jakoś specjalnie nigdy nie byłam, jednak Paweł zawziął się i postanowił mnie w tym roku do niej przekonać. Muszę przyznać, że bardzo mu się to udało). Obstawiam, że wizyty w Śródmieściu - najlepszej burgerowni świata nie pamięta, bo przespał ją biedny od momentu położenia pyska na moich kolanach.

W każdym razie, mimo czworonożnego zmęczenia tak wielkiego, że po przyjściu do hostelu (w którym mieszkające tam pieseły z miejsca go polubiły) najpierw musiał zdrzemnąć się piętnaście minut by dopiero po tym wtarmosić całą michę żarcia, Bąbel pokochał Gdańsk całym swoim rudym sercem. Pokochał Pikawę i tamtejsze Panie kelnerki. Pokochał morze, w którym pływał (!) i z którego wyjście na brzeg było chyba największą karą. Pokochał plażę, bo PATYKI. Pokochał wszystkie trójmiejskie psy napotkane na swojej drodze (w szczególności niebieskooką Border Colie piękność o imieniu Kalisi, w skrócie...uwaga...Kasia!). Pokochał Gdynię i wspaniale pozował na tle Daru Pomorza (i nie tylko!). Cały wyjazd był dla niego jednym, wielkim zachwytem, dla nas zaś kolejnym zagryzaniem kilkumiesięcznej tęsknoty, łapaniem wiatru we włosy i tonięciem w szumie fal.



And last but not least...


zdjęcia - ja i Paweł

________________________♥_________________________




niedziela, 23 listopada 2014

Candy Hearts And Chocolate Dreams


Nie ma sensu się po raz kolejny tłumaczyć, więc udawajmy, że wcale mnie tu ostatni raz nie było kilka miesięcy temu, a ostatni wpis był w zeszłą niedzielę. Tak. Tak będzie najlepiej.

Po wakacjach - gdańskich i norweskich, zorganizowaniu weekendowego remontu (tak jest! Jesteśmy jak ta hamerykańska ekipa od stawiania domu w tydzień. Za cholerę nie mogę sobie teraz przypomnieć nazwy programu, ale jak chcecie mieć odpicowany pokój w dwa dni to za dobre ciasto możecie nas wynająć), wróciliśmy do naszej błogiej codzienności. Błogość o smaku malinowej herbaty i czekolady Milki, niezmącona nawet donośnym szczekaniem głównego osiedlowego monitoringu sięgającego 30 cm nad ziemię. 

Bo wiecie, osiedlowy monitoring nie odpuści przywitania się z każdym swoim kolegą. Nieważne czy jest to samo południe, czy siódma rano w niedzielny, mglisty poranek. Kumpel zaszczeka pod balkonem - Bąbel już stoi na baczność na swoich czterech łapach i umawia się na wieczór. Bo jeszcze nie wiecie, ale Mikropieseł stał się gwiazdą osiedla. 
Zna wszystkich. 
A co za tym idzie, ja znam wszystkich właścicieli psów. 
Oczywiście, że znam ich z imienia! 
Z imienia psa. 

Jest więc sympatyczny Pan od yorka Mieczysława, jest starsza Pani od Berty. Jest emerytowany Pan (chyba) profesor od Zuzi (niech Was nie zmyli imię, Zuzia to dostojny Pan Pies, ale to dłuższa historia i na pewno Wam ją wkrótce opowiem), jest też Maja, Zula, Ezo, Rufus, Meggi, Ugly, Edward, Luna, Aramis, Cezary, Bąbel 1, Bąbel 2, Bąbel 4...i mogę tak bez końca bo moje osiedle jest zdominowane przez mocną ekipę miłośników machających ogonów. Dzięki temu spacer główny trwa od godziny wzwyż, a ja zawsze spotkam kogoś kogo mogę do nieprzytomności zagadać (nawet nie wiecie jak Paweł jest tym biednym duszom za to wdzięczny).

Największa psia tragedia jest oczywiście wtedy, gdy dopadnie nas pech i na naszej drodze nie stanie żaden nie tylko przyjaciel, ale jakikolwiek nowy potencjalny kolega (bo Bąbel uwielbia też zawierać nowe znajomości). Wtedy ze smutkiem wraca do domu, bierze w pysk swoją ulubioną piłkę i nie da nam spokoju do tego momentu, dopóki nie spełnimy się w roli czworonożnych substytutów (czyt. Panie, weź Pan rzuć tę piłkę, ja po nią pobiegnę, a Ty rzucisz ją jeszcze raz). I tak w kółko. Dlatego doceniam jeszcze bardziej chwile, kiedy wymęczona ruda pierdoła przyjmuje pozycję rogalika na moich kolanach i wspaniałomyślnie pozwala zostawić tu kilka literek. 



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Zara; skarpetki - z Lidla


Na samym końcu chciałabym Wam podziękować za wszystkie wiadomości i komentarze, które do mnie słaliście przez czas mojej nieobecności. Wzruszyliście mnie i doprowadziliście do śmiechu niezliczoną ilość razy i nawet nie wiecie jak bardzo karcę się w duszy za zostawienie tu takiej pustki. Jednakże im dłużej nie pisałam, tym trudniej było mi zacząć klikać znowu. Właściwie nawet nie wiem czy jeszcze ktoś tu postanowi zajrzeć, ale jeśli tak, to niech wie, że bardzo szeroko się do niego szczerze i dziękuję, że jest i czyta. A ja mam nadzieję, że się rozkręcę i częściej będę Was nawiedzać. Cmok!