Nikt tak dobrze nie potrafi rozpocząć weekendu jak ja - zapominając portfela ze wszystkimi pieniędzmi, kartami, dokumentami i, co w tym momencie najważniejsze, biletem miesięcznym (którego doładowywanie jest dla mnie ciągle jedną, wielką, czarną magią i od dwóch miesięcy fuksem chyba mi się udaje to zrobić), a potem zostać złapaną przez Panów Kontrolerów (przemiłych z resztą) wlepiających mi piękny, błękitny mandat (tak wiem, zostanie mi on anulowany jak się zgłoszę ze swoją kartą miejską - w przerwie urządzania sobie ze mnie podśmiechujek zdołali mi to powiedzieć).
Godzina siódma dwadzieścia rano, a ja już dzień miałam zrobiony.
I co w tym wszystkim najlepsze, ani trochę nie byłam z tego powodu zła! Wręcz przeciwnie! Z panami ucięłam sobie jeszcze pogawędkę, poubolewałam nad swoim nierozgarnięciem i poszłam do pracy z uśmiechem po samo ósemki oraz perspektywą braku śniadania. Grunt to dobre nastawienie do świata.
Za to w domu, wieczorem, przepoczwarzyłam się w miękką przytulankę i w miękkim swetrze postanowiłam spędzić resztę dnia. Z resztą w tym samym który to prezentuje się Wam na zdjęciach, o.
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
kurtka, sweter, torebka - Pull&Bear; spódnica - H&M; buty - Stradivarius

