Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszula w kratę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszula w kratę. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2014

The Cracks In Blackout Blinds Cast Patterns On The Ceiling


Kilka dni temu miała miejsce wiekopomna chwila tej zimy, czyli w Krakowie sypnął pierwszy śnieg. I to dosłownie sypnął nim po oczach wiatr sprawiając, że nagle wskaźnik mojego nerwa (żeby nie powiedzieć wulgarnie i dosadnie, czyli dokładnie tak jak w tamtej chwili było) związanego z tą sytuacją zrobił sobie plus milion na skali. Tak też idąc, a raczej próbując przebić się przez wiatr i kawałki lodu uderzające mi o okulary na autobusowy przystanek, rzucałam sobie pod nosem najgorsze znane mi przekleństwa, a ten kto podszedł mi nie z tej strony co trzeba zostawał obdarowywany spojrzeniem godnym Bazyliszka i z miejsca (jeśli nie zdążył uciec) zmieniał się w kamień.

Na szczęście moje i całego świata wyszło słońce, smog wraz z wiatrem wyemigrował w inne części Polski, mnie na twarzy znowu zagościł uśmiech i spacerowym krokiem wspięłam się na Kopiec Kraka by podziwiać kolejny malowniczy zachód słońca nad miastem.
Oprócz tego powróciło coroczne, styczniowe pragnienie truskawek, którymi to sobie dogadzam jak tylko mogę, czyli czekolada już odłożyła mi się na tyłku, a dzisiejszy makaron z upragnionymi przeze mnie owocami pójdzie w uda.

W każdym razie, zaplątując się teraz w szlafroka, wdychając zapach świeżych róż w wazonie i skupiając się nad kolejną partią 'Ticket to Ride', zostawiam Was ze zdjęciami niezbyt zadowolonej z pogody mnie (to naprawdę bardzo dyplomatyczne określenie) i moim nowym, ulubionym swetrem sprezentowanym mi całkiem niedawno przez Pawła. Miłego wieczoru!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

parka, koszula - House; spodnie, szal - H&M; sweter - prezent, ale na metce jest napisane Medicine; buty - prezent; teczka - vintage




środa, 17 kwietnia 2013

Buy Yourself An Underground Ticket, Take The Subway To The End Of Your Mind

Dziś zaprezentuję Wam zdjęcia, na których niczym zwinna łasica pląsam po gałęziach, buszuję między konarami drzew i kontroluję rozrost zielonych pączków. Prawie ze mnie dziecko lasu. Prawie. Choć biorąc pod uwagę niezwykle przydatną umiejętność dogadania się z każdym psem w tylko mnie znanym języku, można powiedzieć, że całkiem blisko mi do warga (ostro trenuję, kiedyś sprawię sobie wilkora). Wracając jednak do hasania nadwiślanego, zrobię z niego nową, wiosenną tradycję, podobną do tej jesiennej, kiedy to nie ma kępy pożółkłych liści w którą nie pragnę wskoczyć i, jak to trzyletnie dziecie, się wytarzać. Skakanie po drzewach to też całkiem niezła frajda. I podnosi poziom adrenaliny, kiedy tyłek/noga/ręka nagle postanawia zrobić mi psikusa i się niespodziewanie omsknąć. Jednakże żyję, jestem cała, gipsu ani wstrząsu mózgu nie mam (choć niektórzy mogliby się kłócić).

Ale żeby nie było, chciałabym Wam tu troszkę o ciuszkach opowiedzieć. Jak widać moja miłość do kraciastych koszul nie mija, wręcz przeciwnie. To samo tyczy się groszków. Groszki lowe forewa i basta. W domu w ten deseń mam wszystko, począwszy od gaci, a skończywszy na kocu - otulaczu. A jak już wpadnę na to by wymieszać to i to w jednym stroju...ach jestem wniebowzięta. Do tego ulubiony sweter, rower i parówki zamiast nóg (generalnie tamten dzień, razem z Kiziakiem, okrzyknęłyśmy kalendarzowym 'Dniem Parówki'). I proszę bardzo, hadzia!


zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

koszula - House; spódnica, pasek - lumpek; sweter [%] - Pull&Bear; skarpetki - Oysho; oxfordy - Primark; torba - od Zuzuni














niedziela, 10 lutego 2013

Cut Off The Bottoms Of My Feet, Made Me Walk On Salt

W końcu od ponad dwóch miesięcy udało mi się zjechać w górskie, szczawniczańskie rejony, zaśnieżone i opatulone bita śmietaną po same dachy. Mimo wszystkich puchatych niedogodności, aura panująca za oknami sprzyjała spacerom i buszowaniu w krzaczorach bardziej niż ta, czyhająca na nas za drzwiami w Krakowie. Tak też, nie czekając zbyt długo, wybyliśmy szukać igły w stogu śniegu i podziwiać rozbestwiający się przed naszymi oczami piękny widok. A naprawdę było co oglądać. Nawet ktoś taki jak ja, niechętnie (to mało powiedziane) nastawiony do obecnej pory roku, musiał dostrzec jej urok. Odpoczęłam, wyspałam się jak nigdy i poznałam nową miłość życia.

Można zatem powiedzieć, że weekend upłynął mi bardzo miło i sympatycznie.

Mało tego, mej prawdziwej radości nie ma końca. Jest cieplej, jest piękniej, a dzień coraz dłuższy. Nawet nie wiecie jak cieszy mnie fakt, że wychodząc z pracy nie zastaje mnie już mrok i zło świata, a depresyjny nastrój, ciążący mi do tej pory na plecach, odchodzi w zapomnienie. Oznacza to też, że zgodnie z obietnicą będę Was tu odwiedzała z większą częstotliwością - tak, tak, już widzę jak z tego powodu skaczecie w euforii aż po sam sufit. Pragnę wiosny, ciepła i śpiewu ptaków. Chcę by już na drzewach były pąki, powietrze pachniało zielenią, a niebo tonęło w promieniach słonecznych. Przecież wcale nie proszę o zbyt wiele.

Wracając jednak do tematyki blogaska - kiełbaska, ubraniowe kombinatorstwo ma ostatnio zwrot iście wiosenny i coraz częściej w ruch idą krótkie pantalony i lekkie sukienki. Do nich dokładam ulubioną, kraciastą koszulę, gruby sweter, marynarkę, a całość przyprawiam odrobiną futrzastej kamizelki oraz ciepłego szala (ten otulaniec to w ogóle najlepszy zakup tegorocznych wyprzedaży. Zakładając go, mam nieodparte wrażenie jakbym pod szyją opatulała się puchową kołdrą). W takim uwarstwowieniu nie przeszkadza mi nawet siorbiąca z nieba mżawka (ok, przeszkadza mojemu kołnierzowi, który postanowił przybrać kolor rudych włosów), a ja sama czuję się jakby mniej zimowo.



zdjęcia - Paweł

 ________________________♥_________________________

kamizelka, sweter - Pull&Bear; szalik - Oysho; marynarka, spodenki - vintage; koszula, torebka - House; buty - prezent



niedziela, 27 stycznia 2013

Wasted All My Time On You

Ostatnie siedem dni umknęło mi przez palce i nawet nie wiem kiedy ten cały tydzień przeleciał. Sporo rzeczy w tym czasie się zmieniło i powoli przyswajam sobie zupełnie nową dla mnie rzeczywistość. Nie jest to jednak miejsce by zagłębiać się w 'życiowe zakręty lemona', także dla spokojności tylko powiem, że prę do przodu z uporem osła i uśmiechem na ryjku. Póki co, w końcu mogę spocząć w poduchach, zawinięta w koc siorbać herbatę i upajać się spokojnym wieczorem. Zagryzam 'Jeżyki', odmrażam truskawki i mam niecny plan przemielenia po raz setny 'Przyjaciół'. 

Sama pora roku również daje się we znaki, a co za tym idzie, z moją niewyjściową mordą wyglądam jak, za przeproszeniem, pół dupy zza krzaka (i nie, nie jest to jakaś tam kokieteria, co to to nie, nie ze mną te numery). Lustro mam, totalny brak ciuchowej weny też (albo inaczej, wena jest, ale na bieganie w trampeczkach, koronkowych gaciach i łapanie podmuchów wiatru podczas rowerowania), a to wszystko jednak widać. Mrozy wychodzą mi uszami, a ja zakładam tonę tiszertów, koszul i swetrów by jakoś móc przetrwać trasę między domem a pracą. O! Jedyne co w tej materii robi szał na dzielni to prezentowany niżej szalik, który w momencie zamotania działa na szyję niczym odkręcony na full kaloryfer i nawet najmniejsza mroźna szpila nie jest w stanie się przez niego przebić. Tak też pozawijana pod sam nos, hycam w miejscówki okraszone porozwalanymi butelkami Wyborowej, ostatkami wypalonego ogniska i różnymi innymi cieczami, w których pochodzenie zupełnie nie miałam ochoty się zagłębiać. 



zdjęcia - Paweł

sweter - House [%]; koszula - Pull&Bear [%]; szalik - Oysho [%]; spódnica - SheInside.com; płaszcz - Asos; buty - prezent; torebka - Not A Virgin Shop












niedziela, 18 listopada 2012

With All Your Superstitions And Empty Lines, I Could Be Just Like You - Withdrawn But Alive

Dziś jestem dziewczyną o dwóch kołnierzykach, bo jeden to stanowczo za mało. Od przybytku głowa nie boli, szczególnie jesienią, gdy każda możliwość docieplenia własnego zmarźlaka staje się sprawą wagi państwowej. Do tego ostatnimi czasy stałam się ogromną fanką wszelkiego rodzaju koszul (a już ponad wszystko miłością swą obdarowuję te kraciaste) i bardzo ciężko jest mi oprzeć się kupnu nowej. Dlatego właśnie na wieszakach wylądowało kilka takich, różnorakich okryć i wielką radość sprawia mi noszenie ich praktycznie do wszystkiego. A jak już dwie na raz na siebie zarzucę to mamy radość i szał w trampkach wieczorową porą. Mało tego, moje grochy bardzo polubiły się z nowymi koleżankami i bardzo często razem pragną udawać się na długie spacery. W tym wypadku dołączyła do nich skórzana kieca, która zresztą  wiedzie prym w moich porannych, ciuchowych kombinowaniach. Pasuje do wszystkiego, w dupkę grzeje i w ogóle fajna jest. Na to wszystko kurtko - sweter, pod spód dresowa bluza i można lecieć walczyć z mrokiem i ciemnością. 

Ponieważ słabo dziś u mnie z pisaniem i sklecaniem myśli, do tego boli mnie życie i głowa, dlatego kończę dziś me marne próby konstruowania zdań kilku (nawet tak głębokich jak opisywanie miłości do fatałaszków) i lecę pić kolejną herbatę, a Was zostawiam z dokumentacją wcześniej opisywanych uczuciowych doznań, które na pewno są lepsze (choć też czterech liter nie zrywają) niż to, co kilka linijek wcześniej na klawiaturze wypstrykałam. Czołem!



zdjęcia - Paweł

kurtko - sweter - Zara Kids; koszula w kratę, bluza - House; koszula w grochy, torebka - vintage; buty - Stradivarius


P.S. Uwaga, uwaga! Na Facebooku lemonowym ruszyła kolejna edycja akcji "Nakarm Portfel Lemonce", chętnych do brania w niej udziału serdecznie zapraszam;)