Rozsmakowałam się w kolorach, w zapach i w słońcu. Ostatnio mogłabym żyć tylko energią kosmiczną płynącą z otaczającej mnie ferii barw i zapachów. Nie ma dnia, w którym nie wylegiwałabym się na zielonej trawie, nie wcinała truskawkowych lodów i nie liczyła nowych liści na drzewach. Malownicze zachody słońca, mieniące się w złocie kwiaty na drzewach i taka dziecięca, prawdziwa radość ze wszystkiego co mnie otacza. Głowna pełna pozytywnych myśli, a twarz wyszczerzona w uśmiechu po same ósemki - nadrabiam zimowe przetrzymanie.
Zaliczyłam pierwsze wiosenne rowerowe przemoknięcie! Wiatr we włosach, orzeźwiające krople na twarzy i ta chwila ulgi w ciężkim od duchoty dniu. Nie ma piękniejszego zapachu jak krystalicznie czyste, rześkie powietrze zaraz po ulewie zmieszane z wonią ukwieconych gałęzi mirabelek. Mój mały raj na ziemi, warto było tyle czekać.
A na zdjęciach poniżej wyleguję się w moim nowym kul komplecie, który wcale kompletem nie jest, ale jak zobaczyłam w zapowiedziach te dwie rzeczy leżące obok siebie, wiedziałam, że stworzą razem idealnie dobraną parę. Nie sposób mi ich rozdzielić. Plus, na stronie sklepiku, sweter został okraszony piękną nazwą:' lemoniada', więc jak mogłam go nie chcieć przygarnąć? No jak? Sami więc rozumiecie;)
Sezon rowerowo - spacerowy w przeciągu kilku dni ruszył z kopyta. Pozimowe zombie przepoczwarzyły się w normalnie wyglądające ludzkie istoty i z przytupem wypłynęły ze swoich przytulnych pieczar by przypomnieć sobie jak wygląda świat nie przykryty płatem śniegu. Niektóre z tych jednostek jednak nie do końca odtajały i przedwcześnie postanowiły opuścić poduszkowe pielesze, a co za tym idzie, po raz pierwszy zainspirowały mnie do wylania żali i poczynienia wpisu o tym: czego kochany człowieku nie powinieneś robić i gdzie być, podczas gdy ja na swym VELOciraptorze przemierzam świat. Czyli o drodze dla rowerów będzie i typach przechodniów, którzy skutecznie próbują wyprowadzić mnie z równowagi.
No to jedziemy z tym koksem.
zakochane pary - rozumiem, wiosna - lafisindier, motyle w brzuchu, rozum niekoniecznie w miejscu gdzie powinien się znajdować, róża w dłoni, ręka na pośladku i lecimy na romantyczny spacer wzdłuż Wisły. Mieszkańcy Krakowa wiedzą, że pas wyznaczony tam do poruszania się jednośladami jest niezwykle wąski (dają na nim radę dwa rowery chcące się wyprzedzić) w porównaniu z deptakiem spacerowiczów. Nic do tego nie mam, ja ze swoją krową się mieszczę. Nie mieści mi się jednak we łbie, jak mając do wykorzystania tak niezwykłej wielkości teren, para gruchających gołąbków postanawia wybrać akurat ten wąski pasek po którym ja, swoim czołgiem staram się przetransportować na drugą stronę miasta. Dzwonek nie pomaga, przepraszanie nie pomaga, może jak któreś usadzę w końcu na kierownicy to da COŚ do myślenia.
matki karmiące dzieci - ja wiem, że żyjemy w dobie niżu demograficznego i pewnie niedługo na budynkach będą powiewać transparenty: 'ludzie - rozmnażajcie się!', ale Panie, które wraz z narodzinami pociech od razu zaczynają chorować na tzw. 'okołopieluszkowe zapalenie mózgu' będą zadziwiać mnie swoją pomysłowością do końca życia. Przypadek z tego samego miejsca jak powyżej, z tym, że na samym środku DDR parkuje Matka Polka (nie, ławeczki w pobliżu nie było, była pięć metrów dalej), wyciąga dumnie pierś i karmi. Tak, karmi. Na moje pytanie dlaczego nie robi tego na środku autostrady, skoro, jeśli chodzi o częstotliwość poruszania się jednośladów po tej ścieżce, niewiele jej do niej brakuje, Pani postanowiła udzielić mi odpowiedzi: 'Bo ja jestem MATKĄ i ja MOGĘ więcej'. Cóż, nie życzę jej na tej drodze kuriera na ostrym, który wraz z przesyłką gwizdnie jej spod cycka dziecko razem z wózkiem.
matki spacerujące - całą drogą. A dokładnie trzy Panie, trzy wózki, dwóch tatusiów po dwóch stronach, obok nich pusty chodnik, a na wprost ja. Na krowie. Dzwonię...Nic. Dzwonię raz jeszcze...Nic. W myślach mówię, że nie ustąpię bo jednak jestem 'u siebie'. W ostatniej chwili zareagował jeden z Panów Tatów i całą wycieczkę postanowił nieco przesunąć. Pomyślicie, że na chodnik? Och nie moi Drodzy, co to to nie. Chodnik jest dla słabych. Mamusie zostały zepchnięte na parking. Na moje stwierdzenie, że pas dla pieszych obok pozostaje cały wolny i na pewno cała rodzina zdoła się pomieścić bo tu im raczej spacerować nie wolno, dowiedziałam się, że: 'Gówno wiem, wózek jest jak rower i to droga dla nich'. Szczękę zbierałam dosłownie przez pięć minut spod pedałów i do tej pory żadna filuterna riposta nie przyszła mi do głowy.
babcie - dokładnie NADbabcie uznające swą wyższość nad światem, a już na pewno nad drogą rowerową. Są niezwykłymi fankami psioczenia na wszystko i na wszystkich dookoła, oraz z lubością pragną zaznaczać swoją obecność w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Na przykład stanięciem na środku DDR i wyklinaniem każdego rowerzysty, który NIE MA PRAWA tędy jeździć. Prawo ma, kostka czerwona, a na kostce namalowany rower (tego jestem pewna, na wszelki wypadek popatrzyłam pod koła dwa razy). Szanownej Pani Babci niezwykle trudno wytłumaczyć, że jednak się myli i równie dobrze może stanąć na skrzyżowaniu obok i krzyczeć, że samochody nie mogą tędy jeździć. NADBabcia wie lepiej. NADbabcia jest bogiem. Deal with it albo miej ciśnienie pińcet na trzysta i zły humor do końca dnia.
rolkarze - tu jest sprawa dużo bardziej skomplikowana, bo zdaję sobie sprawę, że fani tego typu aktywności fizycznej nie mają po prostu gdzie jeździć. Z ulicy wyganiają, z chodnika tak samo, pozostaje ścieżka. I wszystko byłoby ok, gdyby takie osobniki nie postanawiały zagarnąć sobie całej przestrzeni dla siebie. Nie wiem, nie znam się, ale wydaje mi się, że robienie nogami rozmachu na półtora metra w jedną i drugą stronę nie jest w tym sporcie do końca wymagane. Jeszcze pół biedy żeby to jakoś wpływało na przyśpieszenie, ale z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Ale cóż, ledżinso - majty z wypiętymi pośladkami na wierzchu są, różowy tiszert z push - upem jest, masa odwracających się męskich głów za poruszającą się w zwolnionym tempie niewiastą też, a za nią pokraczna ja, próbująca wyminąć i dostać się jak najszybciej do domu. Umówmy się, że tak samo jak rowerzysta na chodniku (w usprawiedliwionych i dozwolonych przypadkach), tak samo rolkarz na rowerowej drodze jest gościem i to jednak on powinien dostosowywać się do pewnych wymogów, a nie sprawiać, że mam ochotę w niezbyt elegancki sposób ze swojej trasy go usunąć.
człowieki - jako całość. Droga dla rowerów to droga dla rowerów (jestę Paolo Coelo). Nikt w środku miasta nie spaceruje między samochodami na najbardziej ruchliwych ulicach, nikt wózkami nie tarasuje skrzyżowań, a małe dzieci jednak się pilnuje by pod koła kierowcom nie wbiegały. Nikt nie lubi poruszających się przed nami świętych krów, które na żadne dzwonienie nie reagują, po czym są niezwykle zdziwione mijającym ją na milimetry rowerem. Nie wiem czy to wynika ze zwykłej złośliwości, głupoty czy nie przystosowania do poruszania się po świecie, bo wszystkie opisane wyżej wypadki (o których tak naprawdę mogłabym stworzyć elaborat) miały obok siebie całkiem pusty chodnik/deptak/oddzielone miejsce dla pieszych. Wszyscy jesteśmy w stanie wszędzie się pomieścić i w normalny, przyjazny sposób ze sobą współżyć (nie, nie jest to nawiązanie do hasła: 'Ludzie, rozmnażajcie się'). Wystarczy odrobina dobrej woli, zdrowego rozsądku i ludzkiej życzliwości, a raz, że nikt nie ucierpi, a dwa będzie nam się żyło lepiej.
Dodać muszę, że jest to tylko wycinek, maleńki skraweczek moich 'rowerowych przygód', których 80% miała miejsce w przeciągu ostatnich czterech dni. Do tego dochodzą jeszcze 'trzeźwo' myślący kierowcy, którym bezdyskusyjnie należy się osobny wpis oraz inni rowerzyści, którzy, broń Boże, również święci nie są. Mnie samej przecież zdarzyło się zajechać komuś drogę, wjechać tam gdzie nie powinnam, tudzież w kogoś w kogo nie powinnam - wszak jestem tylko małym, śmiesznym lemonem. Mam w sobie jednak odrobinę kultury osobistej i nie są mi obce takie słowa jak: 'przepraszam', 'najmocniej przepraszam' czy też 'jestem zamyślonym debilem, proszę mnie nie karcić'. Potrafię się również uśmiechnąć, pomachać, a nawet zagadać do nieszczęsnej ofiary i wyrazić swoje zawstydzenie. Skoro mnie takie rzeczy nie bolą, ani w jakikolwiek sposób nie urągają to innym też nie powinny.
Dziś zaprezentuję Wam zdjęcia, na których niczym zwinna łasica pląsam po gałęziach, buszuję między konarami drzew i kontroluję rozrost zielonych pączków. Prawie ze mnie dziecko lasu. Prawie. Choć biorąc pod uwagę niezwykle przydatną umiejętność dogadania się z każdym psem w tylko mnie znanym języku, można powiedzieć, że całkiem blisko mi do warga (ostro trenuję, kiedyś sprawię sobie wilkora). Wracając jednak do hasania nadwiślanego, zrobię z niego nową, wiosenną tradycję, podobną do tej jesiennej, kiedy to nie ma kępy pożółkłych liści w którą nie pragnę wskoczyć i, jak to trzyletnie dziecie, się wytarzać. Skakanie po drzewach to też całkiem niezła frajda. I podnosi poziom adrenaliny, kiedy tyłek/noga/ręka nagle postanawia zrobić mi psikusa i się niespodziewanie omsknąć. Jednakże żyję, jestem cała, gipsu ani wstrząsu mózgu nie mam (choć niektórzy mogliby się kłócić).
Ale żeby nie było, chciałabym Wam tu troszkę o ciuszkach opowiedzieć. Jak widać moja miłość do kraciastych koszul nie mija, wręcz przeciwnie. To samo tyczy się groszków. Groszki lowe forewa i basta. W domu w ten deseń mam wszystko, począwszy od gaci, a skończywszy na kocu - otulaczu. A jak już wpadnę na to by wymieszać to i to w jednym stroju...ach jestem wniebowzięta. Do tego ulubiony sweter, rower i parówki zamiast nóg (generalnie tamten dzień, razem z Kiziakiem, okrzyknęłyśmy kalendarzowym 'Dniem Parówki'). I proszę bardzo, hadzia!
Wspaniały to tydzień i wspaniały czas. Siedem dni ostrego napierniczania kilometrów, coby odbić sobie prawie miesięczne opóźnienie w tej materii. W końcu czuję, że wszystko jest na miejscu, wszystko jest tak jak powinno być. Zaćwierkane do granic możliwości ptactwo budzi z samego rana i towarzyszy w skąpanej słońcem drodze do pracy. Do tego delikatnie pruszący śnieg z zabłąkanej chmury i nagle otacza mnie krajobraz wyjęty jak z najpiękniejszej bajki. Wprost nie do opisania. Następny dzień wita splątanymi we wstęgi mgły konarami drzew, tworząc przy tym malowniczy tunel wprost na mojej trasie. Nad głową wielki błękit, plecy muskane ciepłymi, złocistymi mackami...w końcu chce się wstawać.
Ależ mi tego brakowało, ależ ja za tym tęskniłam. Naprawdę dawno tak bardzo nie starałam się chłonąć każdej minuty, każdej chwili i chcieć doznawać jej wprost każdym zmysłem. Ostatnio chciałabym mieć oczy dookoła głowy (bo z tylko jedną parą niechybnie w coś lub kogoś walne, kiedy tak bujając w obłokach i rozglądając się na wszystkie strony szczęśliwa sobie jadę) i więcej czasu by móc do granic możliwości wszystkim tym się nacieszyć.
Do tego przyleciała do mnie idealna wiosenna sukienka (a dawno, naprawdę dawno nie wynalazłam kiecki, która swą zacną urodą zasłużyłaby na wieszak: 'dmuchać, chuchać, kochać po sam grób') i już zdążyła zmoknąć w ciepłym, wiosennym deszczu oraz brać udział w ucieczce przed nadciągającą znienacka burzą (tak, burzą. Zagrzmiało dwa razy i był piorun. Jest kwiecień - więc się liczy). Frufruwasta jest, z klawo wyciętymi plecami i kokardziochą. Tańczy i wiruje przy każdym podmuchu wiatru, a do tego tak bardzo polubiła się z ukwieconym wiankiem. Cud, miód, ciasteczko.
Dodam jeszcze, że wczoraj zakupiliśmy bilety na wakacje w ultra promocyjnej cenie. Teraz pozostaje tylko odliczać dni. Chwilo trwaj!
P.S. Do Koleżanek blogerek. Cudny sklepik SwayChic poszukuje teraz zacnych dziewcząt, co to pragnęłyby w ich ciuszkach pląsać po naszej słodkiej krainie. Jeśli jesteście zainteresowane, to można pisać pod ten adres [reviews@swaychic.com];)
Wiosna chyba postanowiła zapukać w końcu do naszych okien i drzwi i sprawić by lico nam się cieszyło oraz rumieniło podczas promienisto - słonecznych spacerów. Kilka dni temu w radiu mówili, że w ciągu całej cudownej zimy mieliśmy AŻ 15 (słownie: PIĘTNAŚCIE) okraszonych światłem złocistej gwiazdy dni. Szaleństwo, rozpusta, szał pał, taniec pupy na kanapie. Ponieważ w okolicach końca stycznia od tej pogodowej aury miałam ochotę powiesić się na sznurówkach trampków własnych, walić głową w kant komody, wbić sobie szprychy w serce i zaszyć z ciężką depresją w wannie pełnej pachnącej truskawkami piany, zaprawdę powiadam Wam - nie mogłam doczekać się dnia kiedy w końcu do mych nozdrzy dotrze zapach upragnionej pory roku.
Podczas tych utopionych w mroku miesięcy (Ned Stark miał rację - winter is comming i będzie długa, zła oraz przepełniona ciemnością) starałam się jak mogłam by nie popaść w jeszcze większą padakę, czyli oglądałam bazyliony pięknych, kolorowych zdjęć i zazdrościłam...prawdziwie, okropnie, z przelewającą się żółcią zazdrościłam. Gołych nóg, kwiatów, śniadań na trawie, lodów, rowerowania ku zachodzącemu słońcu i TRUSKAWEK. O borze zielony, o chmuro kłębiasta, tych ostatnich zazdrościłam i pragnęłam najbardziej.
Zatem, by uczcić, mam nadzieję, przybycie dobroci w pysznej, zielonej postaci (och niech już liście spowiją korony drzew!) podrzucam Wam maleńki wycinek tego czym ratowałam się w czasach ciężkich, okrutnych i (nie bójmy tego powiedzieć*) zimowych.