Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pull and Bear oxfords. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pull and Bear oxfords. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 stycznia 2014

Girl Take A Seat, Rest Your Weary Bones, Your Secrets Safe In My Hands



Zabiegany tydzień, zabiegana ja.

Kolejny tydzień Nowego Roku wykorzystuje mnie skrajnie fizycznie i emocjonalnie i to w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Godziny w pracy mijają w sekund pięć, a weekendy ilością wydarzeń i spotkań co siedem dni biją swoje poprzedniczki na głowę. Już jesteśmy umówieni na następne trzy wolne końcówki tygodnia i już nowych przygód i wojaży nie mogę się doczekać.
Do tego tyle co właśnie wróciliśmy z popołudnia z planszówkami (w ogóle lowe planszówki soł macz. Jeśli chcecie mi zrobić dobrze nie kupujcie ciucha - kupcie planszówkę), w które z resztą z kretesem i przez własne gapiostwo przegrałam, ale w tak cudownym towarzystwie nawet porażka smakuje jak truskawkowa Milka. 

Mało tego, w nadmiarze energii rozpierającej moją głowę postanowiłam po raz kolejny pozbyć się kilku zbędnych fatałaszków. Jeśli więc chodzi Wam coś po głowie, coś Wam wpadło w oko i nie chce wypaść i któryś mój ciuch podoba się bardzo, to dajcie znać! Być może, w przypływie mego szaleństwa, trafi do rąk Waszych.

Co jeszcze, hm...

O! Dalej cieszę się jak głupi do sera bo nie ma zimy (podobno ma przyjść w środę, ale jeśli tylko będzie słoneczna to nawet mrozy przyjmę z otwartymi ramionami) i biegam sobie w cienkim płaszczu wyrwanym tłumowi podczas wyprzedaży. Fajny jest bo duży i bordowy, a jak wiadomo nie od dziś 'burbundowa miłość'. 
To łapcie jeszcze ładną piosenkę, co to nieprzerwanie w moich uszach od wielu dni gra i zapraszam na garść pogodnych zdjęć.




zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz, oksfordy - Pull&Bear; sweter - H&M; spódnica - Bershka; koszula - Sinsay; teczka - prezent








wtorek, 7 stycznia 2014

And It Goes Dancing By In The Morning And In The Night Time


Nowy Rok, nowe włosy, nowy szablon.

Jak widać trochę mnie poniosło (choć to wszystko wina przypadku - po raz kolejny wycofano z produkcji jedną z farb którą do mej magicznej mikstury dodawałam, by czerep mój zapłonął iście ognistym płomieniem) i troszkę jakby ściemniałam. Nie jest to żadna pomroczność, a już na pewno nie jasna, za to kasztanowa bardzo i wprawiająca mnie za pierwszym spojrzeniem w lustro w zdumienie godne nagłego zrozumienia działania matematycznego.

Czyli generalnie szok.

By Wam to lepiej nakreślić, moment w którym ściągnęłam reklamówkę Biedronki ze łba (don't ask, tak mnie moja Matula kochana robi żeby farba lepiej trzymała - fryzjerstwa domowego miszcz) (i nie, nie wiem czy reklamówka z Biedry jest lepsza od reklamówki z Carefoura czy innej jednorazówki)(nie, zdjęć mnie w reklamówce nie będzie) moja mina była wielką mieszanką rozpaczy, zdziwienia, niedowierzania i po prostu mindfucka.
I tak pacze na siebie...
I krzyczę: 'Matko! Cóż żeś Ty mnie uczyniła na makówce mej?!'
Na co Ona, ze stoickim spokojem: 'Ale o co Ci chodzi, dobrze jest, nie przeżywaj'.
Ja jednak postanowiłam być człowiekiem małej wiary i Jej nie wierzyć, tak jak i umiłowanemu Panu Ojcu i mojej ferajnie, która w Boże Narodzenie wpadła na świąteczną mandarynkę.
Co jakiś czas jednak podchodziłam do lustra i zza winkla wychylałam się by swoją facjatę obejrzeć. Czaiłam się, skradałam, przyzwyczajałam i dzień później doszłam do wniosku, że jednak nie jest aż tak bardzo źle.
Ba! Całkiem zaczęło mi się podobać!

Miła odmiana po tylu latach rudości (choć wszak ich nie zdradziłam, poczyniłam tylko mały skok w bok z innym odcieniem) i na tę chwilę planuję zostać z moim 'kasztaniakiem' na dłużej. Polubiliśmy się, a co! Przecież ja jestem w stanie z każdym się zakolegować;)



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

płaszcz, oksfordy - Pull&Bear; szal - Zara; sukienka - Zara Kids; koszulka - Bershka





wtorek, 5 listopada 2013

Still There's No View...No Green, No Blue


Wczoraj miała miejsce wiekopomna chwila.
Wczoraj po raz pierwszy w moim krótkim życiu zdecydowałam się na zakup biletu miesięcznego (zimno jest i pada, roweros powoli zapada w zimowy sen, a moje serce już za wrażliwe na emocje związane z jazdą na gapę). Tak, dobrze przeczytaliście, to moja pierwsza taka fanaberia. Przez cały okres studiów nie był mi potrzebny wcale (chwała Bogu, za mieszkanie w miejscowości położonej całkiem niedaleko Krakowa), więc wszelakie przygody związane z jego kupowaniem mnie ominęły. A trzeba wiedzieć, że w mieście Królów Polskich o zaopatrywaniu się w bilety krążą wręcz legendy. Sama byłam naocznym świadkiem gigantycznych kolejek, swą wielkością dorównującym tym za komuny (tych z kolei świadkiem nie byłam, a dokładniej rzecz mówiąc - moja pamięć nie sięga aż tak daleko), które zakręcały nieraz kilka uliczek dalej. Wiadomo wtedy było, że wakacje się skończyły, a studenty przyjechały. 

Cóż w tych kolejkach się działo, do jakich historii dochodziło...

Jestem pewna, że nawiązały się w nich niejedne przyjaźnie, niejedna dziewczyna spotkała swą miłość, a niejedna ją w tych 'ogonkach' straciła. Niejedna została stoczona walka i niejedno przekleństwo w nich padło. Zdrada, pot i łzy (jak to powiedziała Freta: 'Prawie jak przed drzwiami do Dziekanatu') i nagle, po tylu latach, ta legenda miała dotknąć mnie. Może już nie tak spektakularnie, właściwie to tylko liznąć miała, ale nagle poczułam się osiem lat młodsza (na co komu kremy na zmarszczki, środki odmładzające? Wystarczy iść po Krakowską Kartę Miejską).

Doczłapałam się więc do punktu na Mogilskiej, który powitał mnie już stojącymi za sobą gęsiego ludźmi. 'Yay!' - krzyknęłam w myślach i truchtem, podniecona, pobiegłam na koniec tasiemca. Paweł w tym czasie z rozrzewnieniem postanowił powspominać swoje kilkugodzinne wyczekiwanie na otrzymanie upragnionego, zalaminowanego prostokącika, a ja czułam się jak na początku studenckiej kariery. Odczekałam swoje, by po kilku dłuższych chwilach stanąć oko w oko z Panią z okienka żywcem wyjętą z filmu Barei. Na nic się zdał mój uśmiech numer pięć, dzień dobry, dziękuję i do widzenia. Za szybą spoczywała skała. Nie do tknięcia, nie do skruszenia. Twarda i zimna niczym głaz. Całość mojej podróży w czasie dopełniły stojące w kącie fotele pamiętające chyba jeszcze początki lat siedemdziesiątych. Mówię Wam, retro pełną gębą! 

W każdym razie jakoś mojego życia ponownie poszła o dziesięć stopni w górę (zaraz po zaopatrzeniu się w okulary na początku roku) i już ze spokojem w sercu mogę się bujać gdzie tylko mnie oczy poniosą. Lemon odkrywa świat. Taki ze mnie cwaniak.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka, sweter - second - hand; szalik - H&M; oksfordy - Pull&Bear; teczka - Not a Virgin Shop









wtorek, 22 października 2013

Carpet Of Leaves


W pokoju gorąco jak w piekle. Efekt uboczny konstrukcji bloku, w którym okna naszego mieszkania skierowane są na południe. Siedzę na podłodze popijając sok pomarańczowy ze szklanki w której więcej jest lodu niż samego napoju. Niskie promienie przedzierają się przez zasłonięte żaluzje...palą skórę. Są skurczybyki uparte, nic nie stanie im na przeszkodzie by z impetem buldożera zamienić cztery kąty w jedno z afrykańskich państw. Czuję się jak mrówka przypalana szkłem powiększającym, a jednak w głowie uśmiecham się na myśl, że jest koniec października a ja grzeję się jak w samym środku lata. 
W jaskrawym świetle widzę unoszące się leniwie drobinki kurzu - mienią się w blasku jak karnawałowy brokat. Muszę zawalczyć z odkurzaczem, ale o wyciągnięciu go póki co nie ma mowy. Sama jestem jak ten kurz, ospale wybijam na klawiaturze kolejne litery, które tworzą kolejne słowa a te kolejne zdania. 
Klik, klik, klik. 
Nawet pralka wiruje dziś tak jakby sennie, jakby pod groźbą złomowania zmuszona została do sprania wszelakich plam i brudu ze wszystkich białych rzeczy. W zamian za to postanawia zrobić na złość obrusowi i nie wypłukać go dostatecznie. Taka z niej franca. 
Powoli zmuszam się do życia, do wyjścia z domu, do posmakowania świata. 

Idę!

Skończył  się sok. Skończyła się wena.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter - second - hand; sweter, szalik - H&M; sukienka - Not A Virgin Shop; buty - Pull & Bear; torba - wiadomo;)


















wtorek, 8 października 2013

Trouble Won't Find Me, Sorrow Won't Call, Sadness Will Turn Away Searching For A New Soul


Naprawdę kocham jesień.

Owinięte mgłą poranki, jak koronkowa firana, przepuszczają pojedyncze promienie jeszcze zaspanego słońca. Naciągamy rękawy wielkiego swetra by choć trochę ogrzać dłonie, nie przyzwyczajone do porannych przymrozków. Każda łąka zamieniła się już w pełen magii pajęczynowy raj, gdzie krople rosy na utkanych nitkach zwiastują nadejście kolejnego dnia. Miasto do życia budzi się jakby wolniej, spokojniej. W autobusie większość osób próbuje przywołać na powieki końcówkę snu, który zmuszona była zostawić w ciepłej pościeli. Gdzieś za mną słyszę szept współpasażerki czytającej swojej córce książkę. To Harry Potter. Insygnia śmierci. 

Jeszcze tylko kilka godzin i wrócimy do naszych czterech kątów w których pachnie świeżo upieczonym, 'Wiewiórowym' ciastem* i herbatą z dużymi kawałkami imbiru. Siadam na łóżku, zawijam się w ulubiony koc i z uśmiechem patrzę na przyozdobiony wrzosem parapet. Jest tak ciepło, tak błogo i tak przytulnie.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter, oksfordy - Pull&Bear; koszula - Sinsay; spódnica - Massimo Dutti; pasek - sh; torba - wiadomo; opaska - Oysho



*#funfact na sam koniec. Ciasto było pieczone na odległość, wspólnie z Towarzyszką Fretą, która je wynalazła. Obu nam wyszło pyszne. Mniom.