Ostatnie siedem dni umknęło mi przez palce i nawet nie wiem kiedy ten cały tydzień przeleciał. Sporo rzeczy w tym czasie się zmieniło i powoli przyswajam sobie zupełnie nową dla mnie rzeczywistość. Nie jest to jednak miejsce by zagłębiać się w 'życiowe zakręty lemona', także dla spokojności tylko powiem, że prę do przodu z uporem osła i uśmiechem na ryjku. Póki co, w końcu mogę spocząć w poduchach, zawinięta w koc siorbać herbatę i upajać się spokojnym wieczorem. Zagryzam 'Jeżyki', odmrażam truskawki i mam niecny plan przemielenia po raz setny 'Przyjaciół'.
Sama pora roku również daje się we znaki, a co za tym idzie, z moją niewyjściową mordą wyglądam jak, za przeproszeniem, pół dupy zza krzaka (i nie, nie jest to jakaś tam kokieteria, co to to nie, nie ze mną te numery). Lustro mam, totalny brak ciuchowej weny też (albo inaczej, wena jest, ale na bieganie w trampeczkach, koronkowych gaciach i łapanie podmuchów wiatru podczas rowerowania), a to wszystko jednak widać. Mrozy wychodzą mi uszami, a ja zakładam tonę tiszertów, koszul i swetrów by jakoś móc przetrwać trasę między domem a pracą. O! Jedyne co w tej materii robi szał na dzielni to prezentowany niżej szalik, który w momencie zamotania działa na szyję niczym odkręcony na full kaloryfer i nawet najmniejsza mroźna szpila nie jest w stanie się przez niego przebić. Tak też pozawijana pod sam nos, hycam w miejscówki okraszone porozwalanymi butelkami Wyborowej, ostatkami wypalonego ogniska i różnymi innymi cieczami, w których pochodzenie zupełnie nie miałam ochoty się zagłębiać.
zdjęcia - Paweł
sweter - House [%]; koszula - Pull&Bear [%]; szalik - Oysho [%]; spódnica - SheInside.com; płaszcz - Asos; buty - prezent; torebka - Not A Virgin Shop