niedziela, 27 stycznia 2013

Wasted All My Time On You

Ostatnie siedem dni umknęło mi przez palce i nawet nie wiem kiedy ten cały tydzień przeleciał. Sporo rzeczy w tym czasie się zmieniło i powoli przyswajam sobie zupełnie nową dla mnie rzeczywistość. Nie jest to jednak miejsce by zagłębiać się w 'życiowe zakręty lemona', także dla spokojności tylko powiem, że prę do przodu z uporem osła i uśmiechem na ryjku. Póki co, w końcu mogę spocząć w poduchach, zawinięta w koc siorbać herbatę i upajać się spokojnym wieczorem. Zagryzam 'Jeżyki', odmrażam truskawki i mam niecny plan przemielenia po raz setny 'Przyjaciół'. 

Sama pora roku również daje się we znaki, a co za tym idzie, z moją niewyjściową mordą wyglądam jak, za przeproszeniem, pół dupy zza krzaka (i nie, nie jest to jakaś tam kokieteria, co to to nie, nie ze mną te numery). Lustro mam, totalny brak ciuchowej weny też (albo inaczej, wena jest, ale na bieganie w trampeczkach, koronkowych gaciach i łapanie podmuchów wiatru podczas rowerowania), a to wszystko jednak widać. Mrozy wychodzą mi uszami, a ja zakładam tonę tiszertów, koszul i swetrów by jakoś móc przetrwać trasę między domem a pracą. O! Jedyne co w tej materii robi szał na dzielni to prezentowany niżej szalik, który w momencie zamotania działa na szyję niczym odkręcony na full kaloryfer i nawet najmniejsza mroźna szpila nie jest w stanie się przez niego przebić. Tak też pozawijana pod sam nos, hycam w miejscówki okraszone porozwalanymi butelkami Wyborowej, ostatkami wypalonego ogniska i różnymi innymi cieczami, w których pochodzenie zupełnie nie miałam ochoty się zagłębiać. 



zdjęcia - Paweł

sweter - House [%]; koszula - Pull&Bear [%]; szalik - Oysho [%]; spódnica - SheInside.com; płaszcz - Asos; buty - prezent; torebka - Not A Virgin Shop












niedziela, 20 stycznia 2013

All Lying Across The Ground, Trying Hard To Make No Sound

Łapię się już wszelkich sposobów by tylko w jakimś małym (malutkim, malusieńkim) stopniu przybliżyć sobie ukochaną, cieplejszą porę roku. W domu kwitną mi hiacynty, rozsiewając dookoła wiosenny zapach, ja wpadłam w szał porządków, czyli przewalając oraz wywalając z szafy wszystko co niepotrzebne i zbędne, narobiłam sobie miejsca na nowe zdobycze i skarby. Jakby było cieplej to pewnie jeszcze rzuciłabym się na mycie okien, ale póki co bieganie ze szmatą po całym mieszkaniu powinno mi wystarczyć (kura domowa ze mnie po całości, cud, że też jeszcze nie straciłam życia potykając się o odkurzacz). 

Mało tego, będąc na kwiatowej fali, po raz kolejny na swe pośladki naciągnęłam upaćkane roślinnością gacie. Tym razem długie, ciemnozielone, w tonacji nieco bardziej odpowiadającej ponurości panującej dookoła. One i futrzasta, piękniasta kamizelka są jednymi z wyprzedażowych zdobyczy. Ta druga z resztą skradła mi serce po całości, choć myślenie nad nią miałam siedmiodniowe, a kiedy już powzięłam decyzję o pieniężnej adopcji bezrękawnika, okazało się, że wcale nie będzie to takie proste. Wspaniała Pani ekspedientka przez telefon postanowiła mi sprawę w każdy możliwy sposób utrudnić, wmawiając, że na pewno takich rzeczy u nich nie ma, wynajdując w czeluściach sklepu zupełnie inną kurtkę, a na sam koniec krzycząc, że i tak mi jej nie odłoży ponieważ, azaliż zwolnią ją z pracy. Nie chcąc mieć dziewoi na sumieniu, zrezygnowałam i na własną rękę postanowiłam wyłowić upragniony kubrak w morzu przecenionych szmat. Tak, #problemyludzipierwszegoświata -  można już się ze mnie śmiać. W każdym razie jak widać, nie ze mną te numery, kamizela spoczywa na mych plechach, a ja z nią hycam po zamkniętych samolotowych cmentarzyskach. 



zdjęcia - Paweł

kamizelka - Pull&Bear; golf - Zara Kids; koszula - Stradivarius; spodnie - Zara; ramoneska - wiekowa, allegrowa zdobycz; buty - prezent; teczka - Not A Virgin Shop




Zła jestem okropnie, bo zdjęcia ciemne i ponure nie ukazują w pełni urokliwości - romantyczności portek, ale to wszystko wina mroku, Mordoru i zimy. Proszę o wybaczenie i zrozumienie:3









niedziela, 13 stycznia 2013

And I Always Sleep With My Guns When You're Gone

Powoli zaczyna dopadać mnie już totalny, zimowy przesyt. Jak co roku, o tej porze marzą mi się truskawki prosto z krzaczka, lody na patyku i narzekanie na to czemu jest tak parno, duszno i gorąco. Upust swemu niezadowoleniu daję podczas wyprzedaży, dzięki którym już zaopatrzyłam się w nowe szorty na lato, wiosenne trzewiki i cudniaste, piękniaste sukienki. Mało tego! Mój ukochany Zuzon wziął i ni z gruchy, ni z pietruchy zaopatrzył mnie w letnią kiecę idealną. Groszkową, z cud, miód kołnierzem. Cały piątkowy wieczór hasałam w niej po mieszkaniu i wyobrażałam sobie, że jestem na wakacjach, zamiast na choinkę patrzę na palmę, a przez różową słomkę popijam cytrusowe drinki. Wizja iście wspaniała, prawda? 

Ale wróćmy do rzeczywistości. Faktycznie nieco zaszalałam podczas tegorocznych przecen, jednak to i tak nic w porównaniu z Pawłem, który na kwadrat sprowadził w tym tygodniu...czwarty rower. Tak, dobrze przeczytaliście - CZWARTY (sama nie wiem, czy śmiać się czy płakać). Będzie na wiosnę ostre, a w me łapy trafi osławiona tu już Ukrainka:) Oprócz tego (z cyklu, ciekawe i mrożące krew w żyłach przygody lemona na kwadracie), przeszłam kilka dni temu mikro zawał, kiedy to podczas kąpieli, pływającą różową maszynkę do golenia wzięłam za odcięty palec. Za dużo horrorów - jednym słowem (zdaniem).

Kończąc już prawie zanudzanie Was opowieściami 'z mchu i paproci', chciałabym Wam - moi Mili, zadać pytanie. Czy jest coś co pragnęlibyście zmienić w sposobie prowadzenia 'cytrynowego', czy jakiś szczególny rodzaj wpisów Was interesuje, czy może chcielibyście pościaków więcej niż raz w tygodniu? Wszelkie sugestie, skargi i zażalenia rozpatrzę, rozważę, a odpowiedź przekażę na piśmie w ciągu 10 dni roboczych.



zdjęcia - Paweł

szorty - Zara; koszula - Stradivarius; sweter - H&M; sztyblety - prezent; wianek - New Look; torba - niespodziewajka od mojej Zuzy <3












niedziela, 6 stycznia 2013

Come On, Lets Get Away. Let´s Get A Place Where The Mountains Meet The Sea

Dzień dobry, cześć i czołem w Nowym Roku. Chyba jestem jedną z niewielu osób, które jeszcze nie zrobiły jako takiego podsumowania ostatnich 366 dni, a muszę przyznać, że były one dla mnie niezwykle szczęśliwe, piękne i godne zapamiętania. Teraz mam stresa, że nadchodząca Dwa Tysiące Trzynastka z nadmiaru dobroci swej poprzedniczki da mi nieźle popalić (wszak równowaga w przyrodzie musi być zachowana), jednak nie ma co gdybać, zobaczymy co nam przyszłość przyniesie.

W każdym razie, jak wspomniałam, poprzedni rok upłynął mi iście wspaniale i sama się sobie dziwię, że tak bardzo cieszył on moje serce. Zaczęło się z wielkim przytupem i pojawieniem się na kwadracie nowego członka rodziny oraz zamknięciem pewnego dwukołowego etapu, które związane było ze sprzedaniem Jantara. Smutek  związany z tym ostatnim został mi jednak szybko wynagrodzony pięknym Velociraptorem, a potem, jak już wiecie, było tylko lepiej. Starałam się łapać i intensywnie wykorzystywać każdą godzinę czy to na rowerowe wycieczki czy też na spędzanie czasu z najbliższymi. Miałam szczęście brać udział w genialnej akcji i wylądować w Warszawie na wizji DDTV, gdzie w mistrzowski sposób robiłam z siebie mięsnego jeża. Wtedy też wymyziałam się z ukochaną Zuzą i Jej Paskudem, zaliczyłam potknięcie o własne nogi i rozwalenie mojej biednej stopy po raz enty oraz pozwiedzałam stolicę nocą. Żeby nie wszystko było tak kolorowe i ochachne nie mogło obyć się bez komplikacji, czyli OLT Ty piczo - oddaj moje pieniądze. W każdym razie wszystko dobrze się skończyło i jednak mogłam, niczym nimfa wodna, wyginać się na ukochanej plaży. W Gdańsku spotkałam też mojego zagubionego bliźniaka, przez co zakwitła wszędzie miłość, dobro i kiziaczność. Do końca roku wspaniałość dni nie uległa zmianie. Znalazłam spodnie idealne, jak niedorozwój tarzałam się liściach i niezmiennie pozostałam lemonkiem - jelonkiem

A co teraz?
Chyba po raz pierwszy jestem na takim etapie*, w którym nie chcę żadnych zmian. Jest mi dobrze tak jak jest i mogę w pełni powiedzieć, że do szczęścia nie brakuje mi niczego (no dobrze, psa mi brakuje, ale i na to przyjdzie czas). Grunt to cieszyć się z tego co przynoszą nam dni i w pełni celebrować każdą chwilę z najbliższymi nam osobami. Dążmy do tego by nasze pragnienia stawały się rzeczywistością, a nie odległymi zachciewajkami. Grunt by nie było gorzej. Tak naprawdę do czerpania radości z życia niewiele trzeba. Również, z tego samego powodu, o wiele nie proszę i nie wymagam. Doceniajmy to co mamy, nie wymyślajmy na siłę problemów, spełniajmy marzenia i bądźmy po prostu szczęśliwi. 

Tego i Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku życzę Wam ja
- Lemon.




zdjęcia - Paweł

sukienka - lumpeks; sweter - SheInside.com; rajstopy - Gatta; opaska - Oysho; torebka - vintage; buty - Primark



*Nie myślcie sobie jednak, że przez to spocznę na laurach, co to to nie. Wszak cały świat stoi przede mną otworem, a kosmos wciąż jeszcze jest do podbicia!