Miłość ma do wszelkich kiziacznych zwierzątek wiadomo, że jest nieskończona, głęboka i mocna. Tworzymy już stały związek, z długim stażem i nic nie zapowiada by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Razem ze mną, w swoich przytulnych szafkach i półkach, żyją już psy, koty, lisy, króliki, jelonki, dużo jelonków, bardzo dużo jelonków, a sztamę trzymają ze sobą nietoperz i jednorożec. Nie będzie również dla nikogo zaskoczeniem, że nowych towarzyszy przybywa, bo trzeba Wam wiedzieć, że jestem niezwykle gościnnym gospodarzem (tak, najlepsze śniadania robię ja i może to potwierdzić każdy, kto wpadł do mnie choćby na jedną noc (naprawdę zdaję sobie sprawę jak bardzo to dwuznacznie zabrzmiało)).
Wracając jednak do mojej sympatii do puchatych stworzeń wszelakich, chciałabym przedstawić dziś tu nowego mieszkańca cytrynowego grajdołka - Pana Szopa Pracza. Pana Szopa wypatrzyłam podczas mojego ostatniego rajdu za kurtką i nie było mowy by nie wrócił ze mną do domu. Po prostu spójrzcie na niego. Na te oczy, na ten nos...i na TE uszy! Mamy tyle ze sobą wspólnego (szczególnie to ostatnie), że nie sposób było nie zakolegować się z nim. Do tego wygląda jak rozbójnik w masce! No miłość po samą norę!
zdjęcia - Paweł
________________________♥_________________________
sukienka - Romwe; sweter - House; rajstopy - Accessorize; buty - Vagabond via. Zalando.pl; teczka - Not A Virgin Shop