niedziela, 31 marca 2013

It's Dare!

Święta świętami, Mazurki Mazurkami, ale lemonowy pościak być musi. Jak w niedziele msza, tak i na cytrynowym wpis, ha! 

Będzie szybko i na temat, bo co chwilę i co rusz, ktoś przychodzi, ktoś przynosi ciastko, ktoś każe mi się szybko ubierać bo już trzeba wychodzić do Ciotuni. 
Zaserwuję Wam dziś jeden z moich ulubionych, pracowniczych mundurków, w którym to dosyć często można spotkać mnie za biurkiem, przedzierającą się przez las papierzysk i próbującą wyplątać z objęć telefonicznego kabla. W nim również obijam się o szuflady i brudzę łapy tuszem do pieczątek. Co jakiś czas również sprawia, że w piątkowe popołudnia, kiedy to zapragnę wzbogacić wieczór wysokoprocentowym trunkiem i wpadam prosto po pracy do losowo wybranego monopola, jestem brana za uczennicę liceum i nie obejdzie się bez okazania dowodu poświadczającego, że tę szkołę mam już dawno za sobą. Jak więc widzicie, przygód z nim bez liku. Do tego ładnie współgra z miętową krową i słuchafonami, a wtedy to już jestem na rowerze 'soł stajlisz' i 'feszyn', że należy mi się za niego co najmniej jakiś Oskar Mody*

Ale, ale, żeby nie wyjść na chama i prostaka, chciałabym Wam życzyć spokojnych, Wesołych Świąt Wielkanocnych. Coby kurczaki były żółciutkie, króliki puchate a barany robiły 'bee'. Dużo prezentów pod choinką, okrągłych jaj w koszyku i niekrzyczących na nas Mam (to ciasto jest jeszcze gorące! Poparzysz się! Zostaw do cholery jasnej ten krem!). A w Śmigusa Dyngusa dużej zaspy i wielu śnieżkowych bitew.

Jedzcie ciastka, nie paczcie co się dzieje za oknem!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter [%], koszula - House; spódnica - lumpek; pasek - vintage; buty - Parfois; teczka - Not A Virgin Shop



*Jak nie Oskar, to chociaż czekolada. Cukierek jakiś...Lizak? No chociaż pastylka gumy Orbit!











niedziela, 24 marca 2013

Fallen For A Guy, Fell Down From The Sky

Dziś mocno zepnę się w sobie by nie poruszać tematu pogody, temperatury i wszechobecnej wiosny. Jak jest za oknem - każdy widzi. Ten kto jest na tyle odważny i postanowił w weekend wyściubic nos zza pierzyny, mógł nawet na własnej skórze przekonać się jakie to ciarki i drgawki mogą człowiekiem zawładnąć pod koniec marca. I wcale nie mam tu na myśli uniesień rozkoszy związanych z otaczającym nas pięknem, zielenią i miłością. 

Co to to nie.

W każdym razie, ja w tym tygodniu żyłam urlopem, który jak ta cwaniara dziabnęłam sobie w samym środku roboczych dni i postanowiłam wykorzystać go w sposób do granic maksymalny. A co! Mogę? Mogę. Wychyliłam zatem głowę do słońca w godzinach prawie przedpołudniowych, na śniadanie (i obiad. I kolację również) jadłam śmietanowego torta na przemian z kruszonkowymi drożdżówkami, spacerowałam i opiekałam pucki w złocistych promieniach oraz cieszyłam się do wszystkiego jak głupi do sera. 
Powiadam Wam, nie ma nic lepszego niż taki zupełnie oderwany od codzienności dzień. 

Do tego, w weekend napłynęli do nas prosto z Łodzi (ale nie w łodzi) goście, czyli kochana cytrynowa Maoam we własnej osobie wraz ze swą uroczą połówką. Pogaduchom, genialnym i odkrywczym pomysłom, napadom śmiechu i ogromnemu obżarstwu (a potem się dziwię, gdy słyszę z ust Gamonia: 'chyba urósł Ci zadek. <tu pada mordercze spojrzenie numer jeden> Hm, albo może jednak to spodnie źle się na nim ułożyły bo krzywo spałaś? <to pada mordercze spojrzenie numer dwa> Ok, do schronu!'. W sumie częściej na tym blogu opowiadam Wam o jedzeniu niż ciuszkach - rzecz do głębszego zastanowienia się;>)nie było końca do bladego świtu, a ja po raz pierwszy od naprawdę dawna położyłam się spać w momencie, gdy na polu było już jasno. 
O, a żeby wszystkiego było jeszcze mało, rozpoczęłam segregacje łaszków i wiosenne porządki. Także ten, no, taka jestem ostatnio obrotna!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka - Zara Kids; koszula [%] - Vero Moda; kapelusz, rajstopy - H&M; płaszcz - Asos; buty [%] - Parfois; torba - od Zuzy; wisiorek - Pracownia Pompon














niedziela, 17 marca 2013

The Beating Of A Million Drums, The Fire Of A Million Guns!

W tym tygodniu jesteśmy świadkami wielkiej i zażartej walki między sąsiadującymi ze sobą porami roku. Zima postanowiła odejść z przytupem* i chichocząc zagrała nam wszystkim na nosie. Wredna maszkara. Po ciuchu liczyłam jeszcze na to, że Kraków zostanie pominięty w tej mroźnej zemście, jednakże czwartek w pełni rozwiał me nadzieje (o piątku nie wspomnę, bo o godzinie szóstej rano, z lekka jeszcze przymkniętymi oczami doznałam niebywałego 'mindfucka' wyjrzawszy przez okno. True story.). Wraz ze śniegiem mnie spadł cukier i z tej okazji zapycham się wszelkimi słodkościami, które tylko pojawią się w zasięgu mojego wzroku (w szczególności malinowym ciastem sprzedawanym w pracowniczym bufecie. O mamo, niebo w gębie. Kruchy biszkopt, maliny, śmietanowy krem i delikatna chmurka bezowa z płatkami migdałów. Chyba więcej pisać nie muszę.). 

A dupa rośnie. 

Wraz z nią mój nerw na cały świat, zawód - bo przecież jeszcze tydzień temu hasałam na miętowej krowie po polanach, śpiewałam piosenki - czym wprawiałam w niebywałe zdumienie panów motorniczych (bo trzeba Wam wiedzieć, że by dostać się do domu, muszę przejechać ogromną zajezdnię kolejową. Czasami, wspomniani Panowie motorniczy którzy akurat odpalają lokomotywę, ku swej nieskończonej radości, postanawiają się na owej lokomotywie ze mną ścigać. Wynik, jak wiecie, jest przesądzony, ale ziarenko rywalizacji zasiane:>) oraz smut nad smutami. I wcale mojego ponuractwa nie zmienia niezwykle malowniczy zachód słońca na który właśnie sobie spoglądam. Wcale, a wcale. Wolę już poniedziałkową ponurość okraszoną dziesięciostopniowymi upałami, przy których mogłam biegać w lekkich ciżemkach** i bez tony opatulaczy na twarzy, a najbardziej pragnę zeszłotygodniowej wiosno - błogości. O!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

spódnica; teczka - Not A Virgin Shop; sweter, rajstopy - H&M; płaszcz - Asos; buty [%] - Parfois; wianek - New Look


A na sam koniec przedstawiam Wam niezwykle gadatliwego ciapka o imieniu Sonia. Szanowna Pani Właścicielka psiaka, zainteresowana ogromnie naszym zdjęciowym zajęciem, poprosiła o uwiecznienie Jej kochanej pociechy i umieszczenie wraz ze mną na tej stronie. Mówisz - masz, czego się nie robi dla turbo sympatycznych, starszych Pań;)





*chciałam napisać 'z pierdolnięciem', ale jednak moja niezwykle 'wysoka kultura osobista' wygrała;)

**w sobotę było jeszcze na tyle fajnie, że mogłam wyciągnąć fajniej wyglądające cichobiegi. W poniedziałek już się niestety nie dało. Smutek nie do opisania.







niedziela, 10 marca 2013

Biting My Lip And Holding My Tongue Was The Most Stupid Thing That I've Ever Done

Pierwszy marcowy tydzień wypadł w tym roku bardzo kosmicznie, pięknie i rowerowo. Rozpoczęłam dwukołowy sezon (w mrozie bo w mrozie, ale rozpoczęłam), goniłam rano wiosnę i promienie słońca, a wieczorem witałam się z jelonkami i lisami zamieszkującymi moją okolicę. 

Tak. Szczęśliwość i dobroć pełną gębą. 

Do tego w ciągu tych siedmiu dni nastąpiła w moim życiu wielka zmiana, która jakość tegoż poprawiła nieopisanie bardzo i wcale nie mam tu na myśli najwygodniejszej kiecki świata, którą dane jest mi tu na zdjęciach Wam prezentować. 
Nie, nie sukienka jest tu ważna (choć przejścia z nią miałam niczym te z wściekłymi gaciami i przez Towarzyszkę Fretę praktycznie przejechałam za nią całą Polskę, gdyż, ponieważ dorwałam ją w Gdańsku. By nie było zbyt kolorowo i łatwo - podziurawioną w miejscach trzech. Tak TRZECH. Nie poddałam się jednak, wzięłam, zaszyłam i biegam. Dobra ze mnie żona będzie, matka i kochanka.). Ważne jest to, że w końcu mogę w pełni widzieć i cieszyć się wszystkim co mnie otacza  - patrz, kicające wokół mnie zwierzątka (jako ciekawostkę mogę dodać, że jakieś siedem lat temu udało mi trafić do okulisty i przywdziać ustrojstwo poprawiające wzrok. Jednakże świadomość, że wyglądałam jak pół dupy zza krzaka wygrała z chęcią wygodnego życia, takoż przez prawie dekadę się męczyłam. Jednak człowiek z biegiem lat mądrzeje, ekhm.). W końcu twarze na korytarzach są wyraźne, znaki drogowe nie zaskakują mnie pojawieniem się na pół metra przede mną krzycząc przy tym: 'stop', a tramwajowe podróże do domu przestały być codziennym źródłem adrenaliny i zagadki, czy aby nie znajdę się nagle po drugiej stronie miasta, niekoniecznie tej do której chciałam się dostać. Jestę hipsterę, noszę kwadratowe okulary i wyglądam jak kujon z pierwszej ławki. Deal with it.

Do tego moja wiosenna dieta skończyła się w dzień kobiet w którym to opitoliłam mega pizzę (bo przecież w swój dzień do kuchni wchodzić nie będę, chyba że po kolejnego drinka z parasolką. Ha! Nope, to też mi należy przynieść na poduszkowy tron), tort rafaello i czarny las. W tym momencie możecie zacząć do mnie mówić 'Big Mama'.



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sukienka [%] - Bershka; rajstopy - Accessorize; szalik - H&M; teczka - Not A Virgin Shop; wisiorek - Lubimi.pl













niedziela, 3 marca 2013

I'm Rusted Gold, I’m Stripped And Sold, I'm Make Believe

Wszędzie dookoła zapanowało wielkie poruszenie bo słońce. Tak, słońce. SŁOŃCE. Mnie tez to jara. Biorąc pod uwagę, że ostatnie kilka miesięcy siorbało złocistymi promieniami tyle razy, że mogę je chyba policzyć na palcach jednej ręki, także można się podniecać jak stonka na wykopki. Jest czym znaczy się. I nie jest to tzw. temat: 'nie mam o czym pisać, więc naskrobię o pogodzie'. Wiosna wali w nozdrza zapachami, po uszach zbiera się ptasim świergotem, a pucki w końcu ugłaskiwane są wypatrywanymi przez całą zimę ciepłymi mackami. 

No pięknie jest.

Tym bardziej przyjemnie, kiedy to kładąc się w piątek spać z nastawieniem weekendowego leżakowania (bo pogoda mówiła, że zima, że ciemność i burość wróci w weekend!), budzę się w pomieszczeniu rojącym się od drżących i dobijających się do okna szczerozłotych drobinek. Plus pierdyliard do radości z życia (co, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, czyni ze mnie osobę (właśnie mija piętnasta minuta podczas której myślę jak poprawnie mój stan mam określić, a trzeba wiedzieć, że jest grubo po północy. Party Hard pełną gębą) po prostu rzygającą tęczą (niezbyt to kulturalne i dziewczeńskie określenie, ale nie wpadłam na nic innego - wybaczcie, mija właśnie dwudziesta piąta minuta)). W każdym razie, po szybkiej burzy mózgów postanowiliśmy popędzić do przystani słodkości, kiziakowatości i miłości, czyli Zoo. Momentalnie obudziła się we mnie mentalna dziesięciolatka (ha, jakby kiedyś usnęła) więc piskom, czy biegom (bo osiołki! osiołki som pienkne!) do zagród nie było końca. Sobota w całej swej okazałości idealna. 

A poza tym na mojej głowie możecie dostrzec kolejny kapelusz, co to go dumnie noszę i powoli przestaję uważać, że wyglądam w nim co najmniej dziwnie oraz (ale to już nie na głowie) piękniastą, ukwieconą koszulę, którą to wyhaczyłam w gdańskim vintage shopie.

Oficjalnie zatem ogłaszam, że bogata w pączkujące drzewa pora roku do nas przybyła, hellyeah!



zdjęcia - Paweł

________________________♥_________________________

sweter, kapelusz - H&M; koszula - gdański vintage shop; sukienka - stara jak świat; płaszcz - Asos; buty - prezent; torba - od Zuzki