W sumie, mogę powiedzieć, że do tego rodzaju niebieskości (niebiańskości) mam pewien sentyment, gdyż jako mały berbeć zawsze, ale to ZAWSZE życzyłam sobie by wszystkie fatałaszki były właśnie w taki sposób umaszczone. I nie było zmiłuj. Mamulon choćby zobaczyła przepiękną czerwona sukienkę, która to porywała majtki z tyłków, która sprawiała, że wszystkie inne matki patrzyłyby na mnie z zazdrością, która to czyniła mnie gwiazdą przedszkola musiała z niej zrezygnować na rzecz choćby najbrzydszej szmaty koloru nocnego nieba. Co tu dużo mówić...taki upór osła pozostał mi do dziś, zmienił się tylko zakres barw i ich tolerancja.
Może w swoim kolorycie ten wpis będzie już nudny (jakby poprzednie były nie wiadomo jak szalone - wow), ale jednak tak mi przychodzi ostatnio się nosić. Z resztą, granat się bardzo ładnie komponuje z beżowością* płaszcza, kremowością* rajtek i bielą śniegu, który to mi rozkosznie chrupał podczas ostatniego spacerowania. Mimo jednak całej jego rozkoszy i filuterności ja poproszę już o wiosnę. No przecież ileż można w grubych swetrach chodzić?! Tym bardziej, że ja już wiosenną garderobę komponuję, truskawki zajadam, maliny kupuję byleby zmianę pory roku przyspieszyć. Przecież w tym mrozie (tak zimo - rychło wczas sobie przypomniałaś) nie będę w nowych balerinach biegała!
zdjęcia - Paweł Kolankowski
sukienka; płaszcz - HaM; sweter - na allegro było napisane, że vintage; szalik - Cropp; toerbunia - Parfois; pierdzień wiosny - Accessorize
*słowa stworzone na potrzeby bloga przez wielkiego stwórcę - Lemonkę;)